Igrzyska Nieznajomego - Runda 2 Scena 7 - Niedźwiedzia Wyspa

Turnieje sympatii, urody i talentów! Naliczanie postów w tym dziale jest wyłączone.

Moderator: Nocna Straż

Kto przeżyje?

Czas głosowania minął 7 gru 2016, o 17:55Please note that results are sorted by decreasing number of votes received.

Jaime Lannister
14
58%
Petyr Baelish
10
42%
 
Liczba głosów: 24

Ogień i Lód
Ogień i Lód
Awatar użytkownika
Rejestracja: 20 kwie 2006, o 14:33

Igrzyska Nieznajomego - Runda 2 Scena 7 - Niedźwiedzia Wyspa

Postautor: Ogień i Lód » 4 gru 2016, o 19:10

W Lannisporcie wciąż niespokojnie. Tymczasem przenosimy się na Niedźwiedzią Wyspę by zobaczyć jak Daenerys i Melisandre zginęły w rundzie pierwszej, oraz zobaczyć jak Jaime i Petyr będą w stanie ze sobą współpracować. Autorem jest WielkiMou.

Macie więc jeden głos który możecie przyznać osobie, która Waszym zdaniem ma większe szanse.

Valar morgulis!

***
Niedźwiedzia Wyspa

Obrazek


Daenerys była niespokojna. Atmosfera unosząca się w powietrzu była nieco napięta, a na dodatek Królobójca najwyraźniej postanowił wpakować się w kłopoty. Jakby było tego mało, irytujące dziecko chciało ją teraz zabrać do jakiejś krypty. Nadal ma w głowie małe kotki, a możnaby niemal uznać, że sprawuje tu władzę.
- Małe kotki ? Z przyjemnością bym je obejrzała. - Uśmiechnęła się najcieplej jak umiała. Nie miała wyboru.
- Chodźmy więc ! - Lyanna wydawała się podekscytowana.
- Ja też chętnie poszłabym z wami. - Odezwała się Melisandre z Asshai. Wyglądała na nieco zaniepokojoną. Przez twarz dziewczynki przebiegł cień niepewności. - Ruszajmy.
- Zaczekajcie chwilkę. - Mała Lyanna Mormont wręczy czerwonej kapłance niezapaloną jeszcze pochodnię. - Ciocia Jo mówi, że ogień jest niebezpieczny i nie powinnam się nim bawić. Nie pozwala też zapalać pochodni w domu, a bardzo je lubię. Wiesz, że jeśli nią pomachasz to będzie wyglądać jak kometa? Potem zobaczysz, bo w kryptach możemy ich używać. Chodźmy, chodźmy! - Dziewczynka wzięła to ręki niewielką lampę i ruszyła. Do podziemi prowadził ciemny korytarz. Na dworze gwiazdy i księżyc przejęły już rolę słońca i tylko niewielkie światełko, które w większości zasłaniała Lyanna Mormont rozpraszało mrok przed nimi.


Po raz ostatni tak źle czuł się po pojedynku z Brandonem Starkiem. Głupi czubek z zamarzniętym mózgiem. Od tamtego czasu większość spraw układała się nie najgorzej. Krok po kroku Petyr Baelish wspinał się na kolejne stopnie drabiny. Już widział szczyt. Był tak bliski… A teraz niemal wszystko posypało się jak domek z kart, akurat teraz kiedy władza Lannisterów upadała, a królestwem zawładnął kompletny chaos. Nie dość, że stracił Sansę to wpadł jeszcze na tego cholernego Lannistera. Jakby było tego mało do królestwa wróciły smoki, które ponownie mogły zjednoczyć je pod silną władzą. Cholerni Targaryenowie. Daenerys była młoda i nie wyglądała na szczególnie inteligentną. Mógłby wyprosić u niej jakieś przytulne stanowisko, może nawet tytuł Namiestnika… Miał jednak inne ambicje. Musiała zginąć. Gdyby to było takie proste… Gdyby miał sztylet w ręce i został z nią sam, bez tej jej przerośniętej jaszczurki, przeklętej kapłanki i Lannistera, w którym nagle obudził się honor. Wylądowałem w domu bandy czubków z Północy z ostatnią Targaryenką jeżdżącą na smoku; kapłanką, która potrafiła zamienić się w Cat i Królobójcą, a Sansa zniknęła. To brzmiało tak niedorzecznie, że przez chwilę był gotów uwierzyć w istnienie Innych. To nie pora na bajki. Rozejrzał się. Smarkula której wydawało się, że rządzi na tej wyspie, a także czerwona kapłanka i smarkula, której wydawało się, że będzie rządzić Westeros wyszły z sali. Może to i lepiej. Dzieci są zbyt prawdomówne. Poza tym teraz nikt nieodpowiedni nie widział jego ruchów. Ich myśli są przy tym idiotycznym mieczu, a także przy przeszłości. Jemu nie poświęcali jednak najmniejszej uwagi, może poza Lannisterem, który na szczęście przepadł. Petyr Baelish uśmiechnął się pod nosem. Gra toczy się nadal. Wstał i powolnym krokiem ruszył, by raz jeszcze rozdać karty. Tym razem po swojemu.


Widziała śmierć. Była tego niemal pewna. Zawsze kiedy zaglądała w płomienie najpierw szukała czegoś co zagraża jej życiu, nigdy nic nie dostrzegła. Aż do dziś. Przeszły ją dreszcze. Widziała strzały i ostrza mieczy, ogień i śnieg, A także ciemność. To jej najbardziej się bała. Noc zapadła już dawno i Melisandre wyczuwała jej strachy. Za kilka godzin R’hllor da nam kolejny dzień, a wraz z nim powstanie Azor Ahai narodzony na nowo, który kroczy tuż obok mnie. Daenerys Targaryen rozmawiała z Lyanną Mormont, a Melisandre wiedziała, że nie może pozwolić by weszły do krypty. Widziała to w płomieniach. Ciemność była tam jeszcze gęstsza niż tu, a wśród niej jak zawsze czaiła się śmierć.
- A pani lubi małe kotki? - Zapytała niewinnym głosem. Czerwonej kapłance było niemal żal tego co musiała zrobić.
- Nigdy jeszcze nie widziałam małych kotków. - Uśmiechnęła się.
- Naprawdę? U nas jest ich pełno. - Skinęła głową. Przez chwilę szły w milczeniu starając się coś dostrzec w niewielkim świetle lampy.
- Czy wie pani, że pani brat porwał Lyannę Stark? - Dziewczynka nie wytrzymała ciszy. Daenerys spojrzała na nią i nie zaprzeczyła. Małej to wystarczyło. - Dlaczego to zrobił? Znała go pani? A Lyannę? Czy lubiła małe kotki?
- Daenerys z tego co mi wiadomo urodziła się już po wojnie. - Przystanęła i uśmiechnęła się do małej lady Mormont. Uklękła i wyciągnęła pochodnię, niewielki płomyk z lampy tańczył między ich twarzami. Melisandre czuła jego ciepło. - Pokażesz nam tę kometę ? - Lyanna Momront zawahała się, lecz chwilę potem zbliżyła ogień. Pochodnia zapaliła się w mgnieniu oka. Kobieta w czerwieni szybkim ruchem wydobyła proszek z jednej z kieszeni i cisnęła go w ogień. Lyanna Mormont krzyknęła, a Daenerys Targaryen odsunęła się o krok, kiedy płomień buchnął w górę i zaczął wydobywać się z niego gęsty dym.
- Straże! - Krzyknęła dziewczynka, lecz Melisandre zamknęła jej usta dłonią.
- Co ty wyprawiasz? - Daenerys podeszła do czarodziejki i szturchnęła ją w ramię.
- Gdzie trzymasz miecz swojego rodu? - Odsłoniła na chwilę usta lady Mormont.
- Pod łóżkiem w mojej sypialni. - Miała rację. Mała była bystrzejsza niż się zdawało. Ale nie bystrzejsza niż płomienie. Melisandre z Asshai usłyszała kroki, ktoś biegł korytarzem.
- Szybko. Musimy biec. - Puściła dziewczynkę i zaczęła uciekać.
- Złapcie je! Łapać je! Łapać je! - Trzeba było ją zakneblować. Albo zabić. Na szczęście słyszały tylko jej oddalający się głos. Nie miała sił lub odwagi, by rzucić się w pościg. Coraz bliżej byli za to strażnicy, ich pościg wyraźnie się zbliżał. Daenerys otworzyła któreś z drzwi na korytarzu i wbiegła do środka, a Melisandre za nią.


- Co ty zrobiłaś? - Zapytała zdyszana Dany, gdy już zamknęła drzwi.
- Ona pragnęła twojej śmierci. - Trzy zdrady cię spotkają. Za złoto, za krew i za miłość. Czy mała dziewczynka mogła być jedną ze zdrajczyń?
- Niemożliwe… To tylko dziecko.
- Widziałam to w płomieniach, a płomienie nie kłamią. - Stukot nóg i krzyki na chwilę stały się dużo głośniejsze, lecz wkrótce zaczęły cichnąć. Daenerys poczuła ogromną ulgę, nie miała żadnej broni. - Musimy iść po miecz. - Czy ona jest szalona?
- Nie możemy. Nie mamy broni, nie wiemy gdzie są nasi towarzysze, nie mamy nawet pewności gdzie jest.
- Mamy pewność. Słyszałaś Lyannę Mormont.
- Skoro knuła zdradę mogła też kłamać.
- Nie kłamała. - Rubin u szyi czerwonej kapłanki świecił niemal tak jasno jak jej pochodnia.
- Nawet jeśli miecz tam jest, zapewne znajdziemy tam też ludzi z bronią. - Usilnie próbowała wymyślić jakieś wyjście z tej sytuacji, ale Melisandre z Asshai rozciągnęła tylko usta w niepokojącym uśmiechu.
- Żadna broń śmiertelników nie jest straszna tym, którzy służą Panu, póki mają jego święty ogień, by rozpędzić ciemności. Wyglądała na gotową do drogi, lecz Daenerys nadal słyszała inne ludzkie głosy. Pełne niepokoju i gniewu. - Może pójdę przodem. Noc jest ciemna i pełna strachów, ale ogień pokonuje je wszystkie. - Wyszły na korytarz. Ruszyły w prawo oglądając się za siebie.
- Chyba je słyszę! - Ledwie to usłyszała i miała nadzieję, że nie jest to prawdą.
- Biegnijmy. - Powiedziała do Melisandre, gdy kroki, które nie należały do nich robiły się coraz głośniejsze. Jej serce zaczęło bić mocniej. Za chwilę mogli ją złapać i rzucić do kolan dziewczynki, by błagała o jej łaskę… mogli też ją zabić. Raz jeszcze spojrzała do tyłu, lecz korytarz był pusty, ścigający ją ludzie byli duchami. Jak psy uzurpatora, o których całe życie mówił Viserys.
- Uważaj! - Głos czerwonej kapłanki nie pomógł jej obrócić się w porę. Uderzyła w coś i upadła. Nie w coś tylko w kogoś. Musiała uderzyć o coś twardego, bo kręciło jej się w głowie. Nagle poczuła, że ktoś ją łapie i ciągnie w górę. Już chciała podjąć walkę, lecz dostrzegła biały strój Królobójcy… a przynajmniej dawniej biały, teraz był cały w plamach i strzępach.
- Nic ci nie jest? - Kiwnęła głową. - Jak wy się tu…
- Nawet nie pytaj. - Daenerys odzyskała równowagę. Jaime Lannister miał dwie niewielkie rany na twarzy i czerwone plamy w kilku miejscach swojego stroju, był umazany ziemią lub błotem, nie potrafiła powiedzieć. Wyglądał okropnie. Zorientował się, że Dany mu się przygląda.
- Nawet nie pytaj. - Posłał jej nieśmiały i niewinny uśmiech. Wbrew sobie, również się uśmiechnęła. Jego włosy są złote jak ząb Daaria. Nawet teraz.
- Nie chcę wam przerywać, ale tak jakby powinniśmy uciekać. - Dopiero kiedy dostrzegła kilka postaci za Lannisterem, otrząsnęła się z transu. Chyba za mocno uderzyłam się w głowę. Zerwała się do biegu w przeciwnym kierunku.
- Nie powinniśmy z nimi porozmawiać? Jesteśmy tu przecież gośćmi! - Jaime krzyknął do niej w biegu.
- Obawiam się, że po tym co zrobiła czerwona kapłanka, szlag trafił nasze prawa gościa. - Daenerys obejrzała się przez ramię, ale tylko na krótką chwilę pamiętając jak skończyło się to ostatnim razem. Tym razem pościg nie był złożony z duchów. Z przerażeniem dostrzegła, że ścigający ją ludzie są coraz bliżej i ściskają włócznie w swoich rękach. Biegła ile miała sił w nogach. Próbowała jeszcze przyspieszyć, lecz nie mogła. Zaczęła robić się coraz cięższa, coraz mniej powietrza wpływało do jej płuc.
- Zatrzymajcie się ! - Zamiast tego skręcili w lewo i zaczęli wbiegać na górę po drewnianych schodach. Każdy stopień bolał, ale ona nie mogła się ugiąć. Była smokiem. Melisandre dotarła na górę pierwsza i zniknęła w drzwiach, za nią biegła Dany, a z tyłu Królobójca. Zamknęli i zaryglowali drzwi.
- Musimy dotrzeć do komnaty lady Mormont. - Ciężko było jej mówić, próbowała złapać oddech. - Tam jest miecz. - Jaime Lannister spojrzał na nią trochę jak na szaloną. Ne mogła mu się dziwić. Byli bliscy śmierci, a ona myślała o jakimś mieczu. Ale to nie jest jakiś miecz.
- Chodźmy więc. - Rzucił tylko.


Melisandre z Asshai biegnąc cały czas modliła się by jej pochodnia nie zgasła. Ona jedna rozpędzała tu ciemności, ale była też ich jedyną nadzieją. Melisandre wiedziała gdzie są komnaty lady Mormont, była w nich wcześniej, kiedy wręczała dziewczynce miecz. Byli już blisko, a panowała dziwna cisza. Czyżby ich zadanie miało być prostsze niż się spodziewała?
- Spokojnie. - Zwolnili. - To za kolejnym zakrętem w lewo. - Kiedy skręcili w lewo dostrzegli straż. Kilkanaście strażników uzbrojonych we włócznie stało i patrzyło. Melisandre wiedziała, że Jaime Lannister i Daenerys Targaryen chcą uciekać i czują niepewność. Wiedziała też jednak, że pójdą za nią gdy ruszyła do przodu. Przyjrzała się twarzom wojowników. Dostrzegła zarówno mężczyzn jak i kobiety. Może ustąpią.
- Zejdźcie z drogi Daenerys z rodu Targaryenów, prawowitej królowej Andalów, Rhoynar i Pierwszych Ludzi, Pani i Obrończyni Siedmiu Królestw. - Obróciła się by spojrzeć na twarz Daenerys. To jej mają się obawiać, nie mnie. Mimo to patrzyła ona na Melisandre, jakby ta zapomniała wymienić któregoś z jej tytułów. Kapłanka odwróciła głowę. Żołnierze nawet nie drgnęli. Niektórzy gotowali się do walki, widziała to. Widziała też ostre końcówki ich włóczni. Zadrżała. Nigdy dotąd się nie bała, płomienie nigdy nie pokazywały jej, że może zginąć, ale teraz… R’hllor mnie obroni. - Zejdźcie nam z drogi. Jeśli chcecie ujrzeć raz jeszcze piękne światło poranka, zejdźcie nam z drogi. - Minęła kolejne drzwi, które ustawione były w regularnych odstępach z prawej strony korytarza. Od walki dzieliło ich około dziesięć takich wejść. Było w niej coraz więcej strachu. Wojownicy Mormontów stali nieruchomo jak posągi z kamienia. Dlaczego nie atakują? W miarę jak się zbliżała i mijała kolejne drzwi widziała rosnący strach w ich oczach. Boją się, ale nie tak bardzo jak powinni. Ona zaś nie powinna się bać, a z każdym krokiem jej serce waliło szybciej. Gdy usłyszała bęben, myślała że zemdleje. Gdy drzwi za nimi otworzyły się z hukiem i wybiegli przez nie żołnierze odcinając im drogę ucieczki, nogi się niemal pod nią ugięły.
- Poddajcie się. - Usłyszała kobiecy głos, przemawiał sprzed komnaty małej Lady Mormont. Wojowniczka wyszła przed swoją formację bojową. Dziękowała Panu, że nie zaatakowali od razu nie dając jej czasu na reakcję. - Nikt nie musi ginąć. - Mylisz się. R’hllor pokazał mi ostrza mieczy i ogień. A któraś z nas nie dożyje kolejnego poranka.
- Wstrzymajcie oddech i biegnijcie do komnaty lady Mormont. - Zwróciła się do Lannistera i Targaryenki. Nim zdążyli zapytać sięgnęła do najgłębszej kieszeni, wrzuciła proszek w pochodnię, a nią samą cisnęła w strażników. Zerwała się do biegu i zatkała nos. Czarny, gęsty dym błyskawicznie rozprzestrzeniał się po korytarzu. Żołnierze padali na kolana, dusili się, umierali. Ci, którzy byli za nimi, a teraz ich ścigali nic nie widzieli, a także nie mogli usłyszeć, że nie wolno im oddychać. Melisandre mówiła cicho. Poza tym byli z tyłu. Kapłanka wpadła do komnaty, a za nią Daenerys i Królobójca. Zatrzasnęli i zaryglowali drzwi, a potem mogli odetchnąć z ulgą. Kiedy się obróciła, raz jeszcze przeżyła szok. Na krześle siedział Petyr Baelish.


Przybycie do domu, spotkanie z Królobójcą, przedziwny lord i jeszcze dziwniejsza czerwona kapłanka. Czary, płomienie i dym odbierający życie. Była Matką Smoków i przeżyła wyprawę do Domu Nieśmiertelnych, a jednak w żadnej z tamtych chwil nie była choć w połowie tak zszokowana jak tym co się działo teraz.
- Co tu robisz, lordzie Baelish? - Zapytała. Jaime Lannister przyglądał się Littlefingerowi z ogromną nieufnością, a może wręcz wrogością.
- Ależ pomagam Waszej Miłości. Kiedy zniknęliście starałem się dowiedzieć gdzie szukać miecza i oto tu jestem. Chciałem zdobyć go bez rozlewu krwi.
- Skoro tak to dlaczego siedziałeś sobie tu spokojnie, gdy byliśmy w potrzasku ? - Zielone oczy Królobójcy świeciły jasno. Petyr Baelish uśmiechnął się.
- Moją bronią są słowa, nie miecze i włócznie. Poza tym ani przez chwilę nie wątpiłem w siłę i odwagę naszej wspaniałej królowej. - Nie ufała mu. Nie miała jednak czasu na rozważanie tej sytuacji. Komnata była przytulna i dość bogato ozdobiona, mimo swej wielkości. Był tu stół przy którym siedział Littlefinger, a za nim okno. Bliżej drzwi, po prawej stronie w kominku nieśmiały ogień stawał się coraz silniejszy. Naprzeciw niego znajdowało się łoże Lyanny Mormont. W świetle ustawionych wokół świec Daenerys padła na kolana i wyjęła Długi Pazur. Jego rękojeść jest ozdobiona wilkiem, choć Jorah opowiadał mi o niedźwiedziu.
- Zostaliśmy oszukani. - Zwróciła się do towarzyszy. - To nie jest miecz Mormontów. Tamten miał niedźwiedzia na końcu rękojeści, a ten tu…
- Mylisz się, Wasza Miłość. Ten miecz nosił przez pewien czas bękart Eddarda Starka, Jon Snow. To dla niego przerobiono rękojeść. - Odezwała się Melisandre.
- Dlaczego bękart Starka miałby nosić rodowy miecz Mormontów ?
- Nie mam pojęcia, Wasza Miłość. Był Lordem Dowódcą, a Stary Niedźwiedź zginął. Zapewne przekazał mu Długi Pazur. Byłam na Murze przez pewien czas i znałam lorda Snow. Był człowiekiem honoru, możesz być pewna, że nie odebrał sobie tego miecza dla własnej przyjemności.
- Jeśli mogę zapytać. Co czerwona kapłanka robiła na Murze ? - Petyr Baelish wstał i wpatrywał się z uśmiechem w czerwone oczy Melisandre. Nie odezwała się. - Nie jestem pewien czy możesz jej ufać pani. Jako, że jestem dobrze poinformowanym człowiekiem wiem, że pewna czerwona kapłanka podróżowała ze Stannisem Baratheonem, również na Mur. Jej król padł pod Winterfell, więc ruszyła na poszukiwania nowego… lub nadal dotrzymuje mu wierności. Zastanów się pani. Była tu przed nami, jaką mamy pewność, że tego nie ukartowała ? Że to prawdziwy miecz, a nie kolejna pułapka ? - Daenerys spojrzała na Melisandre. Trzy zdrady cię spotkają. Jedna za złoto, jedna za krew i jedna z miłości. Czy czekała ją wkrótce zdrada za krew ?
- To nieprawda. Nigdy nie służyłam Stannisowi Baratheonowi, tak jak nie służę tobie. Służę Panu Światła. Tak jak ten miecz. Możesz na niego spojrzeć. Niewiele jest mieczy z valyriańskiej stali, którą z pewnością… - Daenerys wyjęła ostrze z pochwy. Światło ze świec tańczyło i mieszało się na ciemnej klindze. W całym swoim życiu trzymała w ręce miecz tylko kilka razy, ale żaden nie był tak lekki jak ten.
- Znam valyriańską stal. Właśnie tak wygląda. - Odezwał się Jaime. Lecz Dany wiedziała już wcześniej, że ten miecz należy do Valyrii. Widziała w nim ogień i krew.
- Być może błędnie cię oceniłem, pani. - Baelish się ukłonił. - Lecz czy mógłbym teraz prosić cię o wyjawienie miejsca pobytu młodej Starkówny? Drżę na myśl, że coś może jej grozić.
- Widziałam w płomieniach młodą dziewczynę z wilkorem w Strażnicy nad Szarą Wodą. A przynajmniej sądzę, że tam.
- Zaiste pomyliłem się co do ciebie. Lecz każdy czasem popełnia błędy.
- A my nie możemy sobie pozwolić już na żaden. Jak wysoko stąd do ziemi ? - Spojrzała przez okno. Niebo nad lasem w oddali powoli robiło się czerwone, a śnieg pokrywający świat, wyglądał obłędnie w świetle księżyca. Na dole również było go mnóstwo, Daenerys nie odważyłaby się jednak skakać. - Musimy znaleźć jakąś linę. - Zaczęli przeszukiwać komnatę.
- Wyjdę po broń. - Lannister przyłożył ucho do drzwi, lecz najwyraźniej nie nie usłyszał, bo po chwili zaczął otwierać drzwi.
- Nie musisz wychodzić. Walcz tym mieczem. - Wyciągnęła do niego rękę z Długim Pazurem. - Dopóki się nie wydostaniemy. - Jaime chwilę na nią patrzył, a potem zabrał miecz. Chwilę potem Dany przeszukiwała stojący w kącie kosz. Nic tu nie ma. Słyszała bijący dzwon i zamieszanie w zamku, nawet jeśli z oddali. Jak miała się stąd wydostać ?
- Nie mamy już wiele czasu. - Oznajmiła Melisandre patrząc w płomienie tańczące wewnątrz kominka. - Chyba nadal walczą z tamtymi drzwiami na dole, ale to już nie potrwa długo. Jest dość głośno, więc sądzę, że jest ich wielu. - Gdy oderwała oczy od płomieni, Daenerys, Petyr i Jaime zobaczyli jak jasno one świecą. Były to jednak ledwie dwie iskry, w porównaniu do rubinu na środku jej szyi. - Kogoś z nas czeka śmierć. A być może wszystkich.


Topór przebił się z hukiem na drugą stronę drzwi. Kobieta w czerwieni była już za oknem, miał nadzieję, że szybko zmierza ku ziemi. Daenerys szykowała się do zejścia, a za nią stał Littlefinger. Jaime patrzył na drzwi i był gotowy wyjąć miecz. Poobijany kaleka trzymający ostrze z valyriańskiej stali. Królobójca, który zginął w obronie córki króla, którego zamordował. Nie po raz pierwszy żarty losu średnio przypadły mu do gustu. Byłaby z tego dobra pieśń. Nie pragnął jednak stać się pieśnią, ani… kolejne uderzenie wyrwało go z przemyśleń. Spojrzał na prowizoryczną linę jaką stworzyli z zawiązanych ubrań lady Mormont. Nie wyglądała solidnie. Ubrania były też tak małe, że ich prowizoryczna lina ułatwiała im tylko połowę drogi. Na nic lepszego nie mogliśmy liczyć. Gdy się obejrzał Littlefinger szykował się już do drogi w dół. To on chciał zejść na dół jako ostatni. Jaime nabrał już na tyle podejrzeń by do tego nie dopuścić. Ostrze topora po raz trzeci zatrzęsło drzwiami. Kawałki drewna rozsypały się po całej komnacie, a kilka z nich wylądowało u jego stóp. Ludzie Mormontów zaczęli podnosić rygiel. Ich krzyki i miarowe uderzenia dzwona przyprawiły go o gęsią skórkę. Nawet teraz mógłby się tu bronić jakiś czas, odcinać dłonie, które przez otwory sięgały po zamknięcie drzwi, a w dawnych czasach… Rygiel nie wytrzymał kolejnego ciosu topora. Niepotrzebnie go podnosili. Drzwi zachwiały się i po chwili runęły na ziemię. Za nimi z okrzykiem w ustach biegli wojownicy Mormontów, zalali komnatę jak rzeka zalewa ziemię, gdy pęka tama. Jaime Lannister złapał się liny i skoczył. Pozwolił by niósł go zimny, północny wiatr. Słyszał krzyki i dzwon, a potem jeszcze coś innego. Czuł jak nieznacznie hamuje go prowizoryczna lina. Potem nic już nie czuł. Przez chwilę był wolny, a po niej uderzył w twardą ziemię. Było mu słabo, zamknął oczy i położył się na śniegu. Gdy je otworzył dostrzegł smoczy ogień.


Był jak cień, który przemykając po niebie zasłaniał gwiazdy. Zobaczyła go gdy podniosła głowę po upadku. Na tę krótką chwilę zapadła cisza. Ucichł dzwon i krzyki, wszyscy wstrzymali oddech. A może po prostu znowu uderzyłam się w głowę. Drogon utopił komnatę lady Mormont w płomieniach uderzenie serca po skoku Królobójcy. Czy słyszał, że go potrzebuję ? We włosach i pod ubraniami miała lodowaty śnieg, zadrżała wyobrażając sobie ciepło płomieni. Znowu zakręciło jej się w głowie. Chwilę wcześniej upadła na nogi i ledwie się podniosła. Kiedy rozległy się krzyki, a płonący człowiek wylądował tuż obok niej poczuła jak szybko bije jej serce. Nie poruszył się. Danerys w panice zaczęła się rozglądać. Jaime Lannister leżał na śniegu kilka kroków od niej. Kątem oka dostrzegła Melisandre, która patrzyła w górę i krzyknęła. Wśród zawodzących i umierających wojowników, można było tylko dostrzec ruch jej ust. Chwilę potem Daenerys leżała na lodowatym śniegu. Jej smok zanurkował, złapał w paszczę płonące mięso, które jeszcze przed chwilą było człowiekiem i odleciał. Był potężny, tak bardzo, że nawet podmuch powietrza spod jego skrzydeł mógł zwalić ją z nóg. Wyglądał cudownie lecz jednocześnie przerażająco. Smok nie może się bać. Dany wiedziała, że Drogon odleci teraz posilić się zdobyczą. Chyba że… ostatni raz jego ryk słyszała na Arenie Daznaka. Już wtedy był głośniejszy niż dziesięć tysięcy gardeł. Teraz miała wrażenie, że sam Mur zadrżał kiedy usłyszał jego głos. Głupcy do niego strzelają. Obudzili smoka. Kiedy Drogon zataczał koło nad lasem, który w oddali zlewał się z horyzontem poczuła na ramieniu ciepłą dłoń.
- Musimy uciekać. - Melisandre pomogła jej wstać i zebrać myśli. Wokół panował chaos. Dzwon ponownie zaczął wybijać swój rytm, a krzyki agonii zastąpiły okrzyki wojowników. Nad nią i wszędzie dookoła niej ku niebu wzbijały się gorące języki ognia. Jaime Lannister wyglądał niemal jak żywy trup, blady z przerażenia i czerwony od krwi, która wypływała z jego ran. Ale stał na nogach. - Chodźmy tędy. - Krzyknęła czerwona kapłanka i wskazała na Littlefingera, który wyglądał zza skały stojącej naprzeciw. Gdy uciekali również w ich kierunku posyłano strzały. Jedna z nich niemal trafiła Dany przelatując tuż przed jej nosem. Potem przez chwilę mogli odetchnąć. Tak jak człowiek tuż przed zejściem pod wodę może wziąć ostatni oddech. Chwilę potem byli już w morzu. W morzu ognia.


Melisandre podziwiała płomienie. Dar od R’hllora był teraz wszędzie gdzie okiem nie sięgnąć. Płonęła siedziba Mormontów, drewniana palisada i las, który zza niej wyrastał. Ogień unosił się i wił z każdą chwilą coraz dalej i coraz wyżej. Tylko strzały mąciły wypełnione zapachem ognia powietrze. Nad tym wszystkim krążył smok. Dziki, potężny i nieustępliwy. Jej towarzysze niepotrzebnie lękali się ognia, nawet Daenerys.
- Drogon ! - Krzyknęła wychylając się zza skały. - DROGON ! - Po chwili ponownie się ukryła. Nawet teraz czyhali na nich łucznicy.
- Nie usłyszy cię. - Widziała to. Widziała, że nie powinni tu dłużej być. - Powinniśmy uciekać.
- Uciekać? Jak mamy uciec przed smokiem? - Czy to ciebie czeka śmierć, Królobójco? Wyglądasz jakbyś był jej bliski.
- To nie on jest naszym problemem. - Spojrzała na szalejący wokół pożar. Kiedy skoczyła z prowizorycznej liny, pochodnia wyślizgnęła jej się z ręki i spadła w śnieg. Wtedy była przerażona, nie mając ognia pod ręką. Teraz przynajmniej na to nie mogła narzekać. - Biegnijmy za palisadę, tam powinniśmy być bezpieczni.
- Będą w nas posyłać strzały. Cokolwiek się stanie, nie zatrzymujcie się.
Ruszyli kiedy Drogon kolejny raz opadł na Mormontów. Ogień szalał niczym burza, ledwie przed nim umknęli. Melisandre biegła tak szybko jak tylko mogła. Nigdy jeszcze się tak nie bała. Wyraźnie słyszała i widziała strzały przeszywające powietrze za nią i przed nią. R’hllorze, pomóż nam. Kiedy Daenerys zniknęła za zakrętem, odetchnęła z ulgą. Sama była może dwadzieścia kroków od końca palisady. Odbiła się od ziemi raz, a potem drugi. Upadła kiedy drewniana zasłona się skończyła. Strzała wbita w nogę natychmiast ją powaliła. Jaime Lannister chciał się przy niej zatrzymać, ale gdy tylko zwolnił poczuła drugie uderzenie, a kolejny śmiercionośny pocisk przemknął tuż obok niego. Melisandre zaczęła płakać. Czuła szepty Wielkiego Innego. Szepty śmierci. Zamknęła oczy. Usłyszała krzyki, poczuła kolejne ukłucie bólu. Nic z tego ją już nie obchodziło. Wokół szalało światło Pana, lecz nad nią zapadały ciemności. Raz jeszcze otworzyła oczy. W oddali, nad spokojnym i pogrążonym jeszcze we śnie zaśnieżonym lasem pojawiały się pierwsze promienie słońca. Szarość przechodziła w czerwień, a czerwień w coraz jaśniejsze światło. Nic w całym jej życiu nie było tak piękne. Płakała mocniej, lecz tym razem ze szczęścia. Odchodząc usłyszała trzask. Nic nie poczuła, zobaczyła jedynie płomienie szalejące wokół niej. Ogień był w niej, wokół niej i na niej. Pochłaniał ją i przekształcał. Pan Światła wyciągnął po mnie rękę. Nade mną zapada noc, lecz światu dano kolejny dzień.


Daenerys nie potrafiła uciekać patrząc na umierającą Melisandre. Leżała na brzuchu i krzycząc prosiła w duchu wszystkich istniejących bogów o ratunek. Chciała wierzyć, że czerwona kapłanka podniesie się, że ma jakąś sztuczkę w zanadrzu… Dwa razy uratowała mi dziś życie. Co mogła jednak zrobić Dany ? Płomienie tańczyły wokoło, a tam gdzie ich nie było powietrze przecinały strzały. To była jej wina. To przez nią umierała Melisandre z Asshai, to przez nią ludzie płonęli i ginęli. Była smokiem, a one niosły tylko ogień i krew. Daenerys Targaryen przyniosła ze sobą do domu tylko ogień i krew. Do domu mojego niedźwiedzia. Płonąca palisada nie wytrzymała i z hukiem spadła na kobietę w czerwieni. Kiedy pochłonął ją ogień, jego języki wystrzeliły na kilka stóp w górę, a w powietrze uniosło się tysiące iskier. Dany powstrzymała łzy.
- Chodźmy. - Rzuciła tylko odrywając wzrok od gigantycznego pożaru.
- Dokąd idziemy ? - No właśnie, dokąd? Baelish nie musiał jednak znać jej wątpliwości. - Na razie na tyle daleko by nie mogli nas zabić. - Dopóki byli wewnątrz okręgu ognia jaki tworzyły płonące drewniane mury twierdzy Mormontów mogli zginąć w każdej chwili. Teraz jednak wydawało jej się, że zagrożenie minęło. Pobiegli więc skręcając do lasu. Korony drzew płonęły, ogień schodził coraz niżej, a gałęzie, które nie mogły się już utrzymać spadały od czasu do czasu na ziemię, ale w lesie nie można było ich trafić. Jedyną alternatywą było otwarte pole, na którym byliby widoczni jak na dłoni. Biegli po śliskim i głębokim śniegu, Dany kilka razy niemal się przewróciła mijając pnie drzew. Lodowate powietrze wypełniało jej płuca, ale wiedziała, że jej oddech jest ciepły. Przystanęli na skraju lasu. Musieli odpocząć. Miała zamiar spróbować przywołać Drogona, ale wiedziała, że jeśli nie przyniesie to skutku będą musieli uciekać z wyspy. A port był pełen ludzi Mormontów. Dysząc spojrzała na słońce, było coraz wyżej. Poranny wiatr zza ich pleców nie niósł jednak słodkiego śpiewu ptaków i dzikich zwierząt, tylko zapach dymu i śmierci.


Petyr Baelish usiadł na ośnieżonym kamieniu i uspokajając oddech, chciał opanować też myśli. Przeklinał ich wszystkich. Cholerną czerwoną kapłankę, dziecko zza morza i pieprzonego Lannistera. Nie było gorszej rzeczy w świecie niż plany, które były konsekwentnie niszczone przez wszystkich dookoła. Było już tak blisko. Wystarczyło po prostu powiedzieć Mormontom co zamierza zrobić ich wspaniały gość i czekać na rezultat. Niepotrzebnie chciałem być w tej komnacie. Z jakiegoś powodu chciał usłyszeć konającego Lannistera i resztę tej zgrai. I właśnie przez to wylądował tu. Na skraju lasu jako uciekinier, ścigany przez wszystkich na tej Wyspie Czubków, mając za towarzyszy dziewczynę, która lubi bawić się zbyt dużymi zabawkami i jednorękiego kalekę. Najbardziej bolało go to, że doskonale wiedział jak do tego doszło. Nadal był jednak w grze. I przynajmniej z tego powodu mógł stwierdzić, że mogło być gorzej. Czerwona zdzira mogła przeżyć. Uśmiechnął się pod nosem. Wierzyła w boga ognia i w ogniu zginęła. Gdzie był twój bóg wiedźmo ? Jej śmierć była jedną słodką rzeczą tej nocy i tylko ona dodała mu otuchy w ucieczce przed ludźmi z którymi był w układzie. Co jednak mógł zrobić ? Nie miał pewności, że by go nie zabili, a dwójka z którą jest nie wygląda jakby coś podejrzewała. Albo po prostu wolno myślą. Petyr przez lata nauczył się, że to częsta przypadłość. Musiał się ich jakoś pozbyć, zdobyć statek, ruszyć do Strażnicy nad Szarą Wodą. Tylko jak ? Musiał być krok przed nimi. Krok przed nimi, dwa kroki przed Mormontami i trzy kroki przed smokiem. Wygrywałem trudniejsze rozgrywki.


- Drogon! - Krzyczała najgłośniej jak umiała licząc, że jej smok nie odleciał daleko. Jej głos rozchodził się na wszystkie strony i nie wracała żadna odpowiedź. Czuła się jakby była na pustkowiu. Sama, bo jej towarzysze ruszyli na polowanie, choć tak naprawdę nie chciała po prostu by byli przy niej kiedy przybędzie smok. Bała się jego reakcji. Ostatni raz widzieli go kilkanaście minut wcześniej, kiedy przeleciał nad lasem. Miała ochotę go zawołać, ale nawet jeśli dostrzegłby ją pośród drzew, drogę musiałby utorować płomieniami. Teraz las był za nią, lecz nad nią i przed nią roztaczało się otwarte niebo. Bezchmurne niebo. Było bardzo zimno, drżała. Stała tu już bardzo długo. Na razie jednak o tym nie myślała. - DROGON! - Coś usłyszała. Poczuła ciepło...
- Wasza Miłość! - Na chwilę zesztywniała ze strachu. Kiedy się obróciła zobaczyła przerażonego Baelisha. - Lu… ludzie Mormontów. Zabili Królobójcę, oni… i… idą tu. - Biegł do niej szybko, bardzo szybko. Nie potrafiła mu odpowiedzieć stała tylko jak wryta. On też ? Wtedy dostrzegła, że Littlefinger ściska w dłoni sztylet. Cofnęła się o krok, po plecach przeszły ją ciarki. Był w komnacie zanim do niej weszliśmy. Jaime wiedział. Wybiegającego z lasu Baelisha ścigał cień. Dany nie miała broni, nie zamierzała też uciekać. Smok nie ucieka. Uderzył w brzuch, a ona osunęła się na kolana. Kiedy wyjął sztylet z rany chciał coś powiedzieć lecz zagłuszył go ryk Drogona. Jej smok wypadł zza drzew niczym błyskawica i zatoczył koło widząc Daenerys. Oparła się rękoma i przypomniała sobie wszystko co przeżyła. Dom z Czerwonymi Drzwiami, jej brata, gdy opowiadał jej historię o Westeros, tysiące ludzi krzyczących do niej “matko !”. Chwilę potem zobaczyła płonącą Niedźwiedzią Wyspę, płynne złoto wypływało strumieniami z ust Viserysa, a tysiące wyzwoleńców umierało na ulicach. Ogień i krew. Niech więc tak będzie. Ostatni raz, ostatkiem sił poderwała głowę do góry.
- Drogon! - Jej krzyk był w połowie bełkotem. Littlefinger uderzył drugi raz, lecz uderzył za późno. - Dracarys. - To słowo było słabe, jak ostatni płomyk gasnącej świecy, ale jej smok ją rozumiał. Pochłonął ją ogień. Nie bała się. Ogień nie może zabić smoka.


Jaime Lannister wypadł z lasu trzymając miecz w dłoni i nie mogąc opanować krzyku. Krwawił z kilkunastu niewielkich ran, ale najbardziej bolała go noga na którą upadł. Od początku czuł, że nie można ufać Littlefingerowi, wiedział to, ale Daenerys Targaryen musiała postawić na swoim, a teraz… Przeklinał chwilę, w której dotarli nad niewielką przepaść. Przeklinał chwilę, w której pozwolił by ta kreatura znalazła się za nim. Jego upadek nie był długi, nie mógł też być śmiertelny. Wzniesienie nie było wysokie. Drzewa rosnące na dole u szczytu zapaści były ledwie w połowie. Jaime powinien jednak złamać nogę albo stracić przytomność. Na szczęście stracił tylko i aż czas. Littlefinger wiedział, że minie trochę czasu nim się pozbiera, jeśli to się stanie, więc mógł w spokoju… Widok smoka z tak bliska, tak ogromnego i tak wściekłego wprawił go w osłupienie. Baelish stał trzy kroki od niego. Nigdzie nie było Daenerys. Jaime Lannister wiedział, że powinien się ukryć, ale wypełnił go gniew. Uścisnął miecz mocniej, krzyknął i ruszył na Littlefingera.

Disable adblock

This site is supported by ads and donations.
If you see this text you are blocking our ads.
Please consider a Donation to support the site.


Mya Stone
Poziom 3
Awatar użytkownika
Rejestracja: 31 maja 2015, o 14:32

Re: Igrzyska Nieznajomego - Runda 2 Scena 7 - Niedźwiedzia Wyspa

Postautor: Mya Stone » 5 gru 2016, o 11:27

Piotrek Paluch wobec smoka na pewno ma jakiś plan :wink: Owca z trutką albo monolog :lol:
A smok pożera Królobójcę. Żadne tam smocze jeźdzce = ukryte targaryeńskie bękarty. @ignored
BAELISH!!! @angel/devil
na Skagos @xmass2

Bombacjusz
Poziom 10
Awatar użytkownika
Rejestracja: 27 lip 2006, o 15:17

Re: Igrzyska Nieznajomego - Runda 2 Scena 7 - Niedźwiedzia Wyspa

Postautor: Bombacjusz » 5 gru 2016, o 11:30

Petyr Baelish to Wujek Samo Zło Westeros. I dlatego ma mój głos, bo co to dla niego rozprawić się z leworęcznym z przymusu orędownikiem chowu wsobnego.
Pani, Twych wdzięków nie trzeba mi wcale, co rzekłszy odszedł, nie wrócił...

Nettles z Gór
Poziom 9
Awatar użytkownika
Rejestracja: 2 mar 2015, o 21:59

Re: Igrzyska Nieznajomego - Runda 2 Scena 7 - Niedźwiedzia Wyspa

Postautor: Nettles z Gór » 5 gru 2016, o 22:23

Skoro pojawia się smok, a z najgłębszych ciemności internetu nie wyskoczyła Paluszkowi na ratunek żadna teoria o tym, że LF pochodzi od smoczych jeźdźców, to obstawiam, że następnym pieczystym zostanie Petyr.

A poza tym skoro nie ma już w turnieju Stannisa i szansa na ship "Kark Paluszka + Światłonościa" zmalała do zera, to po co go trzymać w turnieju? Na PetSan się nie piszę :mrgreen:
"Laws should be made of iron, not of pudding."
"Prawdziwa wolność, to jest żyć według praw i nic ani nie czynić, ani nie zamyślać przeciwko nim"
(Wawrzyniec Goślicki, O senatorze doskonałym księgi dwie, 1568)

Argotin
Poziom 2
Awatar użytkownika
Rejestracja: 28 sty 2016, o 14:58

Re: Igrzyska Nieznajomego - Runda 2 Scena 7 - Niedźwiedzia Wyspa

Postautor: Argotin » 6 gru 2016, o 16:27

Ja słyszałem teorie o tym, że Baelish to syn Maelysa, a to, że między jego narodzinami, a wojną a jego narodzinami jest osiem lat różnicy twórca teorii nie uwzględnił, a ktoś mu to wytknął, to stwierdził, że to nieważne.
Także może :D

Luiza
Poziom 7
Awatar użytkownika
Rejestracja: 22 paź 2013, o 01:56

Re: Igrzyska Nieznajomego - Runda 2 Scena 7 - Niedźwiedzia Wyspa

Postautor: Luiza » 7 gru 2016, o 18:18

@woohoo @gogo @blowkiss

14X TAK DLA JAIMEGO!
Obrazek Obrazek
Shameless SanSan shipper#teamSansa
Front Obrony Sansy #teamSandor

Disable adblock

This site is supported by ads and donations.
If you see this text you are blocking our ads.
Please consider a Donation to support the site.



Wróć do „Westeroski turniej na śmierć i życie!”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości