Igrzyska Nieznajomego - Runda 3 Scena 1 - Przylądek Gniewu

Turnieje sympatii, urody i talentów! Naliczanie postów w tym dziale jest wyłączone.

Moderator: Nocna Straż

Kto wyjdzie żywy ze spotkania ze snarkiem?

Czas głosowania minął 17 gru 2016, o 17:18Please note that results are sorted by decreasing number of votes received.

Jon
16
67%
Brienne
8
33%
 
Liczba głosów: 24

Ogień i Lód
Ogień i Lód
Awatar użytkownika
Rejestracja: 20 kwie 2006, o 14:33

Igrzyska Nieznajomego - Runda 3 Scena 1 - Przylądek Gniewu

Postautor: Ogień i Lód » 14 gru 2016, o 17:32

Podczas gdy za oknem zimno, szaro i ogólnie obrzydliwie, my startujemy już z trzecią rundą naszego turnieju i lądujemy na tajemniczym Przylądku Gniewu. Autorkami dzisiejszego odcinka jest duet Nettles z Gór i Mya Stone.

Jak zwykle dowiemy się jak zginęli uśmierceni w poprzedniej turze na Stopniach i w Dorne Ramsay i Edd oraz zobaczymy dalsze przygody Jona i Brienne .


Przylądek Gniewu

Obrazek

Jon (O krok od śmierci)

Wszystko było jakimś okrutnym żartem ze strony bogów.
Bracia z Nocnej Straży zaatakowali swojego Lorda Dowódcę, próbując go zabić. Jon śnił, że był Duchem, a później znów był człowiekiem. Po przebudzeniu dowiedział się o inwazji Innych i upiorów, masakrze wojsk Stannisa i Boltona, rozproszeniu Nocnej Straży i opuszczaniu zamków. Zgodnie z radą przyjaciół postanowił uciec byle dalej, czemu więc nie na Stopnie? Uwolnić się od zimna, mrocznych snów i wyrzutów sumienia. Arya. Nie wierzył, by mogła przeżyć rzeź na północy. Nie zdążyłem jej uratować.
Uciekł. Ledwie dotarł na Stopnie, spotkał Edda Cierpiętnika, córkę Krakena i brata Catelyn Tully. Piraci zostali zaatakowani przez Tyroshijczyków. Cudem przeżyli – on, Edd i Duch. O ile Saan nie był krwiożerczym korsarzem, to ciemnoskóry król najwyraźniej pragnął ich śmierci.
Kielich czy zagadka? – pomyślał. „Wiedza to broń” przypomniał sobie słowa Aemona Targaryena. „Uzbrój się dobrze zanim wyruszysz w bój.” Czy mam wiedzę potrzebną do rozwiązania jakiejś zagadki? Może powinienem wybrać kielich?
Edd odezwał się pierwszy: - Kielich.
Jasnowłosy podał mu pucharek, Tollett wypił go duszkiem. Przez pełną napięcia chwilę ciszy król piratów patrzył na niego, po czym wybuchnął śmiechem. Śmiali się strażnicy trzymający sztylety, śmiał się tłumacz i piękność w jedwabiach. Król klepnął ją w pośladek i nakazał nalać Eddowi z butli z ciemnozielonego szkła.
- Teraz ty. – tłumacz zwrócił się ku Jonowi – Rozwiąż zagadkę albo zginiesz jako dar dla bogów. – Przerwał, by wysłuchać słów króla. Uśmiechnął się szerzej. – Po starovalyriańsku nawet się rymuje. – Milczał przez chwilę z zamkniętymi oczami, poruszając bezgłośnie wargami, po czym rzekł: - Czym jest bóg bez ognia? Twórca bez boskiego płomienia?
Czym jest bóg bez ognia? – Jon bił się z myślami – O co mu chodzi? Twórca bez boskiego płomienia? Boski płomień… Przypomniał sobie jedną z opowieści Starej Niani. Bóg bez mocy stwarzania…
- Jest śmiercią. – wychrypiał.
Uśmiech spełzł z twarzy bandy. Król warknął i rzucił swoim kielichem w ścianę. Wartownicy schowali sztylety. Kobieta uciekła z pomieszczenia. A Edd wypił z kielicha i osunął się do stóp Jona, który próbował pochwycić przyjaciela.
Klęczał, trzymając Edda w ramionach. Blask zgasł w jego oczach i nie było już w nich cierpienia, a na ustach brata z Nocnej Straży tkwił blady uśmiech.
Pirat przekładał warkot swego króla: - Zamknijcie go z tą jego bestią. Ciało tego drugiego spalcie.
Pochwycili go i powlekli w ciemność.
***
Resztę pamiętał jak przez mgłę, jakby śnił jeden z koszmarów, które go dręczyły.
Zawlekli go do klatki, gdzie leżał spętany Duch. Pamiętał, że rzucił się w stronę wilkora i zdjął mu pęta. Próbował opatrzyć otarte łapy i krwawą szramę za uchem. Wilkor lizał go po twarzy i wsadzał zimny nos w dłonie, za kołnierz, do ucha. Każdy dotyk niósł ze sobą zapachy i dźwięki wyostrzone po wielokroć.
Usnął z wyczerpania i znowu był Duchem. Warował przez cały dzień nad własnym ciałem. Widział w oddali piratów przenoszących skrzynie i pakunki, czuł woń morza i dymu. Obudził się wraz z zapadnięciem zmroku, obolały i zmarznięty.
Przyszli w środku nocy. Dwóch rosłych drabów z pałkami w rękach i ten brodacz z długimi włosami. Duch bezgłośnie szczerzył kły.
- Dobrze, że ten twój zwierzak jest niemy. Przenosimy was na statek, o ile bestia nie rozszarpie nikogo po drodze. Mamy go pobić i związać, czy pójdzie dobrowolnie na postronku?
- To wilkor. Widziałeś kiedyś wilkora na smyczy?
- Nie. Ale słyszałem o pewnym Lordzie Dowódcy Nocnej Straży, który budził niepokój królowej. – Uśmiechnął się do Jona. – Ten niepokój był tak duży, że planowała wysłać na Mur morderców ukrytych pośród bandy rzezimieszków. Posłuchaj uważnie, bo nie mamy czasu. – Popatrzył na drabów rozglądających się dookoła. – Spętaj tą bestię albo zabij. Jeśli słucha się ciebie i nie rzuci się na mnie, masz szansę stąd uciec. Wypływam ze Stopni sprzedać łupy. Chętnie sprzątnę sprzed nosa nowy nabytek tego ciemnoskórego wariata. No chyba, że chcesz resztę życia spędzić jako niewolnik na Wyspach Bazyliszkowych.
- Czemu miałbym ci zaufać?
- Mam słabość do bękartów. – Jasnowłosy wyszczerzył zęby, przez co nieco przypominał Jonowi Tormunda z tą brodą i uśmiechem. - Jestem Aurane Waters. Bękart, pirat i admirał Wąskiego Morza.
***
Bogowie byli łaskawi w swym szaleństwie. Przebyli Morze Dornijskie w jednym kawałku. Nie zaatakowały ich krakeny, nie niepokoiły obce żagle, a ogromne dromony radziły sobie nieźle podczas sztormów. Jon stał przy burcie głaszcząc Ducha po głowie i wpatrywał się majaczący na horyzoncie Przylądek Gniewu. Waters opowiadał o Złotej Kompanii panującej nad tą częścią Westeros. Gdy przechwycili jeden ze statków bez bandery, załoga i kapitan po zapłaceniu okupu przekazali im wieści o chaosie w Siedmiu Królestwach, wojnie na zachodzie, niepokojach i buntach, smokach fruwających po nieboskłonie.
Zbliżali się do lądu. Ruiny wież strażniczych majaczyły pośród wzgórz i zieleni lasów.
- Niedługo wpłyniemy do Miasteczka Łez. – Aurane podszedł do Jona i wręczył mu niewielkie zawiniątko. – Na twoim miejscu zasięgnąłbym języka w portowej karczmie. Tu masz trochę szmat i miedziaków. Jeśli prawdą jest, że w królestwie panuje wojna i smoki powróciły, ruszaj i znajdź to, czego szukasz. Jeśli nie odnajdziesz, zawsze możesz ruszyć ze mną w rejs. Bękarty powinny trzymać się razem.
Jon uścisnął dłoń Watersa: - Dziękuję za ratunek i pomoc.
Aurane uśmiechnął się i odszedł, pokrzykując i przeklinając na swoich ludzi uwijających się pośród olinowania, a Jon pogrążył się w ponurych rozmyślaniach. Tej nocy śniła mu się Sansa płynąca statkiem i Arya pośród śnieżnej zawiei. Później był Duchem i wpatrywał się w księżyc, gdy nagle zobaczył ogromnego wilkora pośród watahy wilków. Samica popatrzyła wprost na niego. Czy to Nymeria? Jak to możliwe, że Arya żyje? Gdzie jest Sansa?

Ramsay (Hej, ja nie chcę umierać!)

Ramsay rozejrzał się po izbie i uświadomił sobie, że nie jest bez szans. Było tu tyle stołów, krzeseł, ław, a strop był dość nisko, tak że łatwiej mu będzie się obrócić z nożem niż klaczy z długim mieczem. Poza tym stali w rogu karczmy, więc tym razem nikt nie mógł go zajść od tyłu. Przynajmniej tak długo jak klacz z giermkiem będą w stanie powstrzymać bandytów.
W tym momencie Ramsay dostrzegł małe okno i zrozumiał, że nie musi walczyć w obronie dziewictwa klaczy, a o swój tyłek lepiej zadba zmykając przez nie na zewnątrz. Musiał tylko to zrobić szybko, zanim podejdą do nich gadający bandyci, bo tych spod drzwi zatrzyma klacz.
Rzucił się w stronę okna zasłoniętego nie szybą, a błoną i bez trudu znalazł się na zewnątrz. Tak bardzo skupiał się na tym by nie urazić przy upadku poranionych rąk, że nie zauważył kamienia, w który uderzył głową.

Brienne (Walcząca dama)

Brienne podziękowała w myślach ser Goodwinowi, że spędzał z nią długie godziny ćwicząc walkę w różnych dziwnych miejscach, jak na przykład kuchnia Wieczornego Dworu. Wtedy myślała, że chce ją zniechęcić taką „nie rycerską” walką, ale teraz wiedziała lepiej.
Spostrzegła kątem oka jak Domeric skacze przez okno. Nie winiła go. Wiedziała, że niewiele by jej pomógł, a tak nie będzie musiała go pilnować. I nie zobaczy jego śmierci.
- Pamiętam, ser GoodwinieNogami do przodu – pomyślała przewracając stół tak by przeciwnicy mogli zajść ją tylko z przodu. Lewą ręką chwyciła solidny taboret, który przez chwilę mógł robić za tarczę i zaczęła się bronić przed atakiem dwóch bandytów, którzy podchodzili od strony drzwi.
Po kilku złożeniach zdała sobie sprawę, że jej przeciwnicy nie radzą sobie zbyt dobrze z bronią. Co prawda byli silni i szybcy, ale ciągle przeszkadzali sobie nawzajem. Odważyła się zatem rzucić okiem w stronę Poda. Giermkowi szło gorzej niż jej. Walczył tylko z jednym przeciwnikiem, ale zaliczył już kilka lekkich draśnięć, sądząc z rozmiaru plam krwi.
- Ale gdzie jest czwarty? – pomyślała odbijając cięcie jednego z przeciwników i pomimo ryzyka rozejrzała się po karczmie.
Zmroziło ją. Ser Genthon Denys właśnie nakładał cięciwę na krótki dornijski łuk. Z tej odległości nie mógł ani chybić, ani jej kolczuga nie była w stanie powstrzymać strzał.
O ile Pod nie był dobrym celem, bo zasłaniał go jego przeciwnik, to ona szybko musiała tak zaatakować swoich by znaleźć się w tym samym położeniu.
Nagle drzwi karczmy otwarły się z hukiem. Weszła prze nie cała kupa najemników służących lordowi Manwoodowi. Brienne cofnęła się dwa kroki, by być bliżej Poda, a jej przeciwnicy wahali się czy dalej atakować, czy zobaczyć co pojawiło się za ich plecami.
Sztych miecza przebijający szyję jednego z ludzi Qorgylów wyjaśnił intencje nowo przybyłych więc Ślicznotka odwróciła się by pomóc swojemu giermkowi. Jeszcze spostrzegła jak drugi z bandytów upada na kolana. W ostatnim momencie zdążyła odbić swoim mieczem cięcie, które inaczej by dosięgło Poda. Równocześnie usłyszała brzdęk strzały odbijającej się od pancerza i charakterystyczne klaśnięcie kusz, a potem łoskot padającego ciała, więc wiedziała, że najemnicy zajęli się łucznikiem. Jej giermek zaatakował swojego przeciwnika rozpaczliwym, szerokim, płaskim cięciem, które gdyby nie doszło celu, to by go niebezpiecznie odsłoniło, więc Brienne czekała gotowa raz jeszcze zasłonić chłopaka. Ale bandyta nie zdążył cofnąć miecza by się zastawić i cios doszedł celu. Łotrzyk runął na ziemię z rozpłatanym gardłem.
Było po wszystkim.
Brienne czując jeszcze rozgorączkowanie walką rozejrzała się po karczmie. Najemników było pięciu. Wszyscy mieli na sobie szpiczaste hełmy z siatką kolczugi chroniąca szyję, ale tylko dwóch miało porządne napierśniki. Reszta nosiła skórzane kaftany z naszytymi metalowymi płytkami. Przypomniała sobie co widziała chwilę wcześniej. Ten niski, żylasty w napierśniku wszedł jako pierwszy i jako pierwszy zabił. Stojący koło niego młodszy i wyższy wszedł jako drugi i zasłonił swojego towarzysza przed cięciem drugiego z bandytów, a potem obaj najemnicy zaatakowali łotrzyka. Dwa równoczesne cięcia z dwóch różnych stron i pod różnymi kątami, to nawet ser Arthur Dayne by nie odbił. Bandyta zdołał się tylko zasłonić przed ciosem niższego z najemników, a ten drugi ciął go w wewnętrzną stronę uda. Człowiek Qorgylów jeszcze żył, obiema rękami zaciskał udo, ale to nie powstrzymywało krwawienia. Nie mogło skoro przecięta była tętnica.
Niski najemnik odkopnął miecz bandyty, spojrzał pustym wzrokiem pozbawionym wszelkich uczuć na Brienne i spytał z dziwnym, miękkim, łagodnym akcentem:
- Ty jesteś Brienne z Tarthu?
- Tak, komu mam dziękować za ratunek?
- Jestem Jisen z Theru i dowodzę tą kompanią najemników – odpowiedział tamten wycierając miecz z krwi i chowając go.
- Zatem dziękuję, ser za ratunek.
Najemnik była zmieszany. Chyba nie jest przyzwyczajony by mu dziękowano – pomyślała Brienne też chowając broń.
- A co z tamtym? – wtrącił się wysoki, gruby mężczyzna, sądząc ze stroju, to ze straży zamkowej Manwoodych, wskazując na ostatniego żyjącego bandytę.
- Ser Raymundzie, on się zaraz wykrwawi, ale jeżeli chcesz to możesz go dobić.
- Od podrzynania gardeł jesteście wy – odwarknął rycerz bez powodu.
Nagle na zewnątrz ktoś coś krzyknął w obcym języku. Najemnicy wypadli przez drzwi dobywając z powrotem broń, a ser Raymund ze swoim giermkiem ponagli za nimi. Brienne nie miała pojęcia co się dzieje, ale zdecydowała się postąpić jak wszyscy.
Na podwórzu było pełno galopujących koni. Z jeźdźcami i bez.
- Pod ścianę! – usłyszała rozkaz i razem z Podem przywarła do ściany karczmy. Przebiegający jeźdźcy skojarzyli jej się z tymi, których zabiła ratując królową Margaery, ale co...
- Patrz! – krzyknął Pod z zaskoczeniem w głosie.
Brienne od razu zdała sobie sprawę co zdumiało jej giermka. Część najemników nie zsiadała z koni i musieli zaszarżować na rozbójników, bo przynajmniej kilkanaście ciał w dornijskich strojach leżało na ziemi, a teraz z galopu zawracali prawie w miejscu, dalej utrzymując szyk. Wiedziała, że tego nie potrafiła nawet przyboczna straż Tywina Lannistera.
Rozbójnicy straciwszy chyba połowę ludzi zaczęli uciekać, a najemnicy ruszyli w pogoń.
Po chwili na podwórku zostali tylko piesi. Pod obszedł karczmę dookoła, a kiedy wrócił to zapytał:
- Gdzie jest Domeric?
- To ten okaleczony chłopak, który był z wami? – spytał Jisen.
- Tak, wyskoczył przez okno zanim zaczęła się walka.
Konni dość szybko wrócili z krótkiego pościgu. Jisen zamienił z nimi kilka zdań, a potem powiedział Brienne:
- Domerica porwali bandyci. Jeden z moich ludzi widział go przerzuconego przez siodło.
- Po co go porwali?
- Nie wiem. Ale mam kogo dopytać. Jednego z rozbójników przygniótł koń. A co ty wiesz o tym Domericku?
Brienne krótko opowiedziała o tym jak spotkała chłopaka i co o nim wie.
- Tyko tyle? – zdziwił się najemnik – Czemu nie wypytałaś go w Królewskim Grobie, kiedy już poczuł się lepiej?
Ślicznotka nie odpowiedziała, a Jisen dodał z uśmiechem, który Brienne przypomniał ten Renlego – Nie chcesz kupić przypadkiem pałacu w Królewskiej Przystani?
- Nie jestem naiwna.
- To wiesz, że nie będę z tym rozbójnikiem rozmawiał przy ciastkach i piwie? Ale chcę dostać odpowiedzi na pytania, a nie sprawić żeby ser Raymund się porzygał.
Brienne nie miała złudzeń, ale chciała się dowiedzieć co może się stać z Domerickiem, więc zacisnęła zęby i poszła za Jisenem.
Rozbójnik miał związane ręce i nogi, a między kolanami i łokciami przełożono złamane drzewce włóczni. Jisen podszedł do niego, kucnął i bez słowa uważnie oglądał jego złamaną nogę. Potem wstał i zapytał:
- Z jakiej bandy jesteś?
- Pieprz się!
Brienne w pierwszej chwili nie była pewna czy najemnik zrozumiał obelgę, bo odpowiedział spokojnym tonem
- Szkoda pieprzu, a poza tym i tak on nie działa na pchły – ale potem kopnął rabusia w złamaną nogę. Łotrzyk zawył z bólu i zemdlał, a Brienne żołądek podszedł do gardła.
- Nie masz nikogo od brudnej roboty? – zapytał z pogardą ser Raymund.
Jisen się odwrócił – Brienne spostrzegła, że miał takie samo puste pozbawione uczuć spojrzenia jak wtedy w walce – i odparł:
- Mam, ale nie tutaj. Już dość razy wpakowałem się w kłopoty, bo nie chciałem sobie pobrudzić rąk.
Dwóch najemników przyniosło wiadro z wodą i łopatkę gorących węgli spod kuchni. Rozbójnik oblany wodą się ocknął i Jisen zapytał go po raz drugi:
- Z jakiej bandy jesteś?
- Piaskowego Sępa.
Nawet Brienne wiedział, że on kłamie. Głowy Piaskowego Sępa i jego ludzi gniły na bramie Królewskiego Grobu. Czy ten rozbójnik nadal nie miał pojęcia z kim ma do czynienia?
Ślicznotka nie była ani trochę zaskoczona kiedy Jisen wsadził stopy przesłuchiwanego w gorące węgle. Wyciągnął je zanim dornijczyk znowu zemdlał z bólu i powiedział tonem, który sprawił, że Brienne włosy na karku się zjeżyły:
- Nie ma mam czasu na wysłuchiwanie kłamstw. Z jakiej bandy jesteś?
- Z Wesołej Kompani.
- Dlaczego na nas napadliście?
- Blackmontowie zapłacili by was pozabijać.
Jisen kiwnął głową, a Ślicznotka nie zauważyła by był choć trochę zdziwiony w przeciwieństwie do ser Raymunda.
- Jak przejechaliście obok wieży w Pustej Dolinie?
- Powiedzieliśmy, że jesteśmy ludźmi lorda Fowlera.
- Był taki chłopak, młody, grubokościsty, długie czarne włosy, szeroki nos. Obcięliście mu dłoń i trzy palce z lewej ręki, a on wam uciekł po przeciwnej stronie gór. Kto to był?
Rozbójnik rozglądał się w panice. Było pewne, że nie miał pojęcia. Nagle coś sobie przypomniał i zapytał:
- On był z Północy?
- Tak – równocześnie odpowiedziała Brienne i Jisen.
- Stary Jastrząb miał za niego zapłacić złotem. To wszystko co o nim wiem.
Brienne zdała sobie sprawę, że to wszystko co się dowie, więc odwróciła się i poszła pomóc Podrickowi siodłać konie. W stajni słyszała tylko co jakiś czas krzyk rozbójnika i zastanawiała się jakim trzeba być człowiekiem by robić takie rzeczy i potem spokojnie spać. A była pewna, że ten Jisen nie ma kłopotów ze snem.
Gdy skończyła podszedł do niej jeden z najemników i gestem pokazał by szła za nim. Zobaczyła, że ser Raymund jednym cięciem ściął klęczącego bandytę i zbierał pochwały od swojego giermka. Jisen powiedział tylko:
- Idziemy w pościg za nimi. Jak chcesz to możesz jechać z nami, ale weź wszystkie konie, bo to będzie szybka pogoń. Kiedy ich dogonimy i odbijemy żywego Domericka, to będę chciał z nim porozmawiać. Z tym chłopakiem jest coś nie tak.

Ramsay (A jak już to nie tak banalnie!)

Ramsay zdał sobie sprawę, że musiało go zamroczyć od uderzenia, bo następne co poczuł, to to że ktoś go przerzuca przez siodło. Nie miał zielonego pojęcia co się dzieje, bo widział tylko znoszony skórzany but, strzemię, bok myszatego konia i szybko przesuwającą się ubitą ziemię traktu.
Kawałek dalej jeźdźcy się zatrzymali i wsadzono go na siodło luźnego konia. Zorientował się, że to ci sami bandyci co go wcześniej okaleczyli, więc nie był zdziwiony kiedy związali mu nogi pod brzuchem wierzchowca, a wodze jego konia przywiązał sobie do siodła jeden z rozbójników. Zaraz też szybko ruszyli w dalszą drogę.
Ramsay poczuł przypływ nadziei kiedy pod wieczór mijali wieżę strażnicą, lecz nikt z żołnierzy nie próbował ich zatrzymać. Rozbójnicy skręcili ze szlaku w pustą, długą górską dolinę. Kiedy zrobiło się całkiem ciemno stanęli na postój. Bandyci nawet nie rozsiodłali koni, ani tym bardziej nie odwiązywali go od siodła, jednak jakoś zdołał zasnąć. Gdy tylko było coś widać spiesznie ruszono znów w drogę. Koło południa zatrzymali się przy źródle. Bandyci napoili wierzchowce, nabrali wody do bukłaków, a potem wrzucili do wody ścierwa dwóch padłych mułów, które leżały na trakcie.
Syn Boltona nie miał pojęcia przed czym uciekali rozbójnicy, ale był pewien, że nie przed klaczą i jej giermkiem. Zapytał, ale zamiast odpowiedzi dostał drzewcem włóczni w zęby, więc przez następne dni starał się tylko by tym razem nie stracić kolejnych części ciała.
Ale teraz rozbójnicy dawali mu jeść i pić, usłyszał też, że lord Fowler ma za niego zapłacić złotem, więc był dobrej myśli. Uznał, że lord z jakiegoś powodu chce mieć po swojej stronie syna Namiestnika Północy i doszedł do wniosku, iż z jego pomocą zemści się na bandytach.

Brienne (Na nowej drodze)

Rzeczywiście jechali bardzo szybko. Brienne była zaskoczona, że konie najemników wytrzymują takie tempo, bo ona z Podem już musiała się przesiąść na luzaki, podobnie jak ser Raymund, którego giermek wrócił z głowami zabitych bandytów do Królewskiego Grobu.
Wieczorem dojechali do wieży strażniczej u wylotu Pustej Dolny. Potwierdziło się, że rozbójnicy przedstawili się jako ludzie lorda Fowlera i nastąpiła wymiana „uprzejmości” pomiędzy ser Raymundem, a dowódcą wieży. Ponieważ było zbyt ciemno by jechać dalej Jisen nakazał postój do świtu.
Następnego dnia jechali równie szybko. Na trakcie leżały padłe konie, więc uciekający już zaczęli płacić cenę za utrzymywanie szybkiego tempa ucieczki. Jednak gdy późnym rankiem stanęli przy jedynym źródle w Pustej Dolinie stało się jasne, że nie dogonią rozbójników. W wodzie leżały gnijące ścierwa padłych mułów i było jasne, że tu przez pewien czas nikt i nic się nie napije. Ser Raymund nalegał na dalszą pogoń, ale Jisen się sprzeciwił mówiąc, że woda im się skończy na Przełęczy Kości, a jeżeli źródło w Długiej Dolinie też będzie zatrute to do Królewskiego Grobu wrócą pieszo, bo konie nie wytrzymają ani powrotu Pustą Doliną, ani tym bardziej drogi szlakiem przez grzbiety prosto do Królewskiego Grobu.
Brienne zdała sobie sprawę, ze sama nie ma szans odbić Domericka, więc w smutku wracała razem z innymi. Teraz jechali powoli nie chcąc męczyć spragnionych koni, więc dopiero późnym popołudniem stanęli przy wieży strażniczej.
Ślicznotka z giermkiem najpierw oporządzili wierzchowce, a potem wzięli worek z prowiantem i poszli zjeść przy stole w wieży. Chcieli usiąść z boku, ale Jisen machnął ręką by podeszli do jego stołu.
Brienne dostrzegła, że bez hełmu i zbroi najemnik wygląda znacznie starzej. Musi mieć ponad pięćdziesiąt lat, bo jego krótkie włosy są prawie całkiem siwe. Jisen uśmiechnął się do niej tym swoim uśmiechem Renlego i powiedział, chyba czytając jej w myślach:
- Mówi się, że są dobrzy najemnicy i są starzy najemnicy. Ale nie ma dobrych starych najemników.
Nie wiedziała co ma odpowiedzieć. Przypatrywała mu się podczas drogi i wiedziała, że mężczyzna ma nie tylko uśmiech Renlego, ma też jego charyzmę, ale z drugiej strony był jakiś dystans pomiędzy nim a jego ludźmi, taki dystans wynikający z szacunku, co bardziej kojarzyło jej się z lordem Tywinem. Widziała też jak zabijał, widziała jak przesłuchiwał rozbójnika, a jego puste, pozbawione uczuć oczy były straszniejsze niż gorąca nienawiść płonąca w oczach Pani Kamienne Serce.
- Czy to brzydactwo musi z nami siedzieć? – spytał z pogardą ser Raymund.
Jisen patrzył na niego przez dłuższą chwilę, nic nie mówiąc, a rycerz coraz bardziej zapadał się w sobie. W końcu najemnik powiedział lodowatym tonem:
- Kiedy w końcu nauczysz się okazywać szacunek lepszym od siebie? Ja przez ostatnie dwadzieścia lat nauczyłem się ignorować takich jak ty, ale to jest lady Brienne z Tarthu, córka i dziedziczka lorda Selwyna, więc mógłbyś zachowywać się jak przystoi, synu wędrownego rycerza, wnuku nie wiadomo kogo.
Ser Raymund wyburknął przeprosiny, wstał od stołu, a Jisen odwrócił się w stronę Brienne i powiedział:
- Lubię wiedzieć z kim mam do czynienia. Wiem, że jedziesz, pani, do Wysogrodu. Po co?
- Szukam Stannisa Baratheona.
- Taki wysoki, chudy, łysy, tytułujący się królem Westeros?
Brienne kiwnęła głową, bo to była trafna charakterystyka średniego z braci Baratheonów, a najemnik dodał – Ostatnio był w Pentos u Illyrio Mopatisa. Nie dziw się tak, najemnik musi wiedzieć kto może potrzebować jego usług. Najprościej ci będzie popłynąć z Yronwood do Miasteczka Łez i tam szukać statku dalej, bo Yronwoodowie się wadzą z kupcami z Pentos.
Brienne zebrała się na odwagę i zapytała
- Ser, dlaczego jesteś dla mnie taki życzliwy?
Jisen prychnął śmiechem – Bo użyłem was jako przynęty na tego Genthona Denysa. Bo gdybym pojawił się trochę szybciej to by Domericka nie porwali. Bo sam byłem kiedyś młody i naiwny. Bo pewien młody chłopak może potrzebować pomocy lady Szafirowej Wyspy. Wybierz co chcesz, lady Brienne.

Ramsay (Tylko nie obdzierajcie mnie żywcem ze skóry!)

Do Skyreach dojechali czwartego dnia wieczorem. Ramsay ucieszył się z kąpieli, łóżka z białą pościelą i wizyty smutnego maestera, który obejrzał jego rany. Martwił go tylko ten strażnik przed drzwiami jego komnaty. Ale i śmieszył, bo chłop wielkości Greatjona nazywał się Fluff i brzydził się krwi.
Późnym popołudniem następnego dnia zaprowadzono go do lorda Fowlera. Związano mu ręce za plecami i wiedział, że to będzie pierwsza rzecz na jaką poskarży się lordowi Skyreach gdy tylko znajdzie się w jego komnacie.
Lord Franklyn Fowler był starszy od Roose'a, w jego rudych włosach, wąsach i brodzie były szerokie pasma siwizny, a kształt nosa wyjaśniał dlaczego nadano mu przezwisko Stary Jastrząb. Ramsay zdał sobie sprawę, że gospodarz był w stroju podróżnym i śmierdział stajnią, więc uznał za dobry znak, że lord chciał go widzieć zaraz po swoim powrocie do domu.
- Ty jesteś Ramsay Snow, bękarci syn Roose'a Boltona lorda Dreadfort?
- Król Tommen mnie legitymizował, więc jestem Ramsay Bolton, lord Winterfell i Hornwood – odpowiedział tak dumnym i poważnym tonem jak potrafił
- Bękart nie może legitymizować bękarta, bękarcie – prychnął lord Fowler
- To jest niespodzianka – pomyślał Ramsay ze zdumieniem, doszedł do jedynego możliwego wniosku i zapytał – Więc chcesz mnie sprzedać Stannisowi?
Stary Jastrząb się zaśmiał. Nie był to miły śmiech.
- Mam zamiar cię zabić, bękarcie.
Ramsay zdał sobie sprawę, że to nie był żart. Że ten skurwiel naprawdę chce go zabić. I był dziwnie spokojny. Z drugiej strony doskonale wiedział z własnego doświadczenia, że i tak nie będzie w stanie prawie nic zrobić. Ale mógł przynajmniej jedno powiedzieć na swoją obronę:
- Jestem synem Namiestnika Północy. Mój ojciec poskarży się księciu Doranowi.
- Książe Doran daleko, Siedmiu wysoko, a ja jestem prawie królem na Skyreach – Stary Jastrząb podszedł bliżej i dodał – Masz prawo wiedzieć dlaczego chcę cię zabić. Mój ukochany syn, Garrison, zginął na Rubinowym Brodzie kiedy walczył u boku księcia Rhaegara zabity przez jakiegoś skurwiela z Północy. Twój ojciec też tam był, więc z tym większą radością będę patrzył jak zdychasz. A ostatnią rzeczą jaką zobaczysz będzie grób mojego syna.
- Teraz też mówi prawdę – zdał sobie sprawę Ramsay. Na pewien sposób to go ucieszyło, bo przynajmniej wiedział z kim ma do czynienia. Z doświadczenia wiedział, że nie ma sensu błagać o litość, ale że nie dostrzegł ani u lorda ani u żadnego z jego ludzi znajomego kształtu noża do skórowania to postanowił zaryzykować. Może uda się sprowokować tego psa by wyjął miecz, który ma przy boku i wypruł mi flaki.
- Szczam na grób tego kurwiego syna spłodzonego z parszywym żebrakiem - warknął z pogardą - który utopił się uciekając zamiast walczyć z mężczyznami z Północy!
Lord Fowler się tylko zaśmiał. To był straszny, zły śmiech, a coś w spojrzeniu Starego Jastrzębia sprawiło, że Ramsay przypomniał sobie opowieści matki o stonodze w lodowych butach. Dokładnie takie stworzenie zaczęło mu spacerować po kręgosłupie.
- Może nawet ci się uda, bękarcie – ton głosu lorda spowodował, że do stonogi dołączyło całe stado koleżanek. Też w lodowych butach. – Weźcie go na dziedziniec.
Ramsay się nie opierał, bo strażnik trzymał go za ręce związane na plecach i było jasne, że jakikolwiek opór będzie krótki, zakończony bólem i nic nie da. Syn Boltona czuł na plecach wzrok Starego Jastrzębia i w jakiś dziwny sposób był ciekaw co dla niego przygotowano.
Dziedziniec był zaskakująco pusty. Zaprowadzono go pod zamkowy mur, niedaleko septu i w duchu odetchnął z ulgą, gdy zdał sobie sprawę, że nie ma pojęcia co mają zamiaru mu zrobić. Bo dałby sobie głowę uciąć, że nie widział żadnych przygotowań, które były konieczne gdyby mieliby go obedrzeć żywcem ze skóry. A to było jedyne czego się naprawdę bał.
Dostrzegł pociągowego woła z założonym jarzmem. – Jest jeden, to nie będą mnie rozrywać na kawałki. Ale jakby przywiązali do tego szerokiego kamiennego słupka z klamrami, to daliby radę jednym wołem. Może po prostu będą go włóczyć po dziedzińcu aż zedrą mu plecy do samych kości?
Strażnik, który go trzymał stanął. Podszedł do nich inny zbrojny w barwie Fowlerów i wyciągnął nóż. Ramsay odruchowo się spiął, ale tamten przeciął tylko jego ubranie więzy i skórę zostawiając w całości.
Ramsay spodziewał się, że usłyszy kilka niewybrednych żartów. W końcu była nagi, a ręce miał związane na plecach, ale nikt nic nie mówił. Spojrzał kątem oka na tego psa Fowlera i dostrzegł, że skurwiel się uśmiecha głodnym, drapieżnym, pełnym oczekiwania uśmiechem.
Zbrojny schował nóż i podszedł do długiego drąga leżącego na ziemi koło kamiennego słupka. Jednym końcem opierał się on o słupek, a drugi był zaostrzony. Strażnik powiedział cichutko, korzystając, że zbrojny z nożem nie może go usłyszeć – Skończysz jak prosie na rożnie. Nie jesteś pierwszy. Jak będziesz spokojny, to będzie szybko. Zaczniesz się stawiać to lord każe cię najpierw wykastrować i rzuci twoje jaja psom.
Ramsay przełknął ślinę. Nie chciał umierać jako eunuch. Miał nadzieję, że starzy bogowie pozwolą mu zapolować z psami na Margaery. Poza tym skoro ten pies Fowler nie chce go obdzierać ze skóry, to nie należy mu dawać czasu na zmianę zdania.
Strażnik poprowadził go w stronę kamiennego słupka i powiedział – Kładź się na plecach
Ramsay posłuchał. Strażnik razem ze zbrojnym z nożem przywiązali mu do kostek rzemienie idące od jarzma wołu, a potem ten drugi podszedł parę kroków i uklęknął koło ostrego końca drąga. Na ten znak Dornijczyk trzymający woła pociągnął go do przodu. Syn Boltona krzyknął z bólu kiedy kamień uraził kikut jego prawej ręki, ale wiedział, że zaraz będzie znacznie gorzej. Poczuł jak zbrojny łapie go za biodra. Skupił wzrok na oświetlonych zachodzącym słońcem blankach zamkowej wieży i próbował je policzyć. Nie potrafił. Mógł tylko wyć z bólu
Nagle Dornijczyk krzyknął – Stój!
Ramsay zdał sobie sprawę, ze dalej żyje. Był zaskoczony. Ból jakby trochę zelżał i zaczął się zastanawiać na co te skurwiele czekają? Gdy zaczęli odwiązywać rzemienie od jego kostek z wściekłością pomyślał, że go paskudnie oszukali. To się szybko nie skończy. Ale nie potrafił sobie wyobrazić co będzie dalej.
Zaczęli go podnosić do pionu razem z drągiem. Ból stał się taki, że nie potrafił nawet krzyczeć, tylko jęczał, ale gdy skupił wzrok i całą uwagę na pękniętym kamieniu w ścianie septu, to potrafił choć odrobiną świadomości się od niego odciąć.
Zorientował się, że obok niego stoi na drabinie ten skurwiel Fowler – Grób mojego ukochanego syna jest tuż przed tobą, więc szczaj jak potrafisz – w głosie lorda było słychać satysfakcję pomieszaną z nienawiścią i czymś jeszcze, co sprawiło, że pomimo przerażającego bólu poczuł jak stonoga w lodowych butach z powrotem wraca na jego kręgosłup. Ten pies trzymał w ręce łyżeczkę!
Za chwilę świat Ramsaya skurczył się do ciemności i bólu.
Chwilami ból zmniejszał się na tyle, że był w stanie skupić myśli na tyle by modlić się do starych bogów, Siedmiu, R’hllora i wszystkich innych o jakich słyszał by skrócili jego mękę, choćby obdzierając go ze skóry. Częściej jednak ból był tak szaleńczo straszny, że nie pozwalał na żadne myśli. Czasami omdlenie przynosiło mu ulgę na zbyt krótką chwilę.
W którejś z lepszych chwil poczuł na skórze ciepło promieni słonecznych. Nigdy by nie uwierzył, że noc może trwać tak długo.
Dzień był jeszcze dłuższy, a do nieludzkiego bólu doszło jeszcze pragnienie powiększając cierpienie. Ramsay jakiś sposobem wiedział, że ten skurwiel Fowler długimi godzinami patrzy na jego cierpienia.
Zaczął czuć chłód. Miał nadzieję, że to śmierć, a nie kolejna noc. To jednak musiała być noc, bo ból wcale nie malał. Był tak samo przeraźliwie szarpiący jak na początku. Tak samo zabijał wszystkie myśli nieubłaganie zajmując całą świadomość.
Nagle Ramsay zdał sobie sprawę, że już nie czuje żadnego bólu. Patrzył z góry na swoje ciało i w słabym świetle świtu widział jak ostrze pala wychodzi pomiędzy łopatką a prawym ramieniem. Było zaskakująco mało krwi. Zrozumiał, że w końcu umarł i był przewrotnie dumny, iż tak długo wytrzymał. Ale tak naprawdę to zrobiłby dosłownie wszystko by skonać jak najszybciej.
Robiło się coraz jaśniej. Te dornijskie sk****syny zdały sobie sprawę, ze skonał i zawołali lorda. Ramsay uśmiechnął się widząc rozczarowanie na pysku tego psa Fowlera. Nie przejmował się tym, że zaczęli rąbać jego zwłoki na kawałki i wrzucać do zamkowej gnojówki. Ważne, że już nie bolało.

To co widział zaczęło się rozmazywać i znikać, ale chwilę później Ramsay zorientował się, że jest w jest w dobrze znanym sobie miejscu.
Były to lochy Dreadfort.
Widział, że ma obie ręce i czerpał czystą, żywą, przeogromną radość z tego, że nic go nie bolało. Nie miało znaczenia, że był nagi i rozpięty na tym samym krzyżu, na którym wcześniej wisiało tylu ludzi obdzieranych przez niego ze skóry.
Nie był sam w lochu.
Nieznajomy nie był ani mężczyzną, ani kobietą, lecz jednym i drugim, zarazem czymś mniej i czymś więcej niż człowiek, czymś nieznanym i nierozpoznawalnym – tak wyznawcy Siedmiu opisują Nieznajomego – uświadomił sobie Ramsay.
- Jeżeli myślałeś, że to koniec, to nie przykładałeś uwagi, Ramsayu Snow – powiedział Nieznajomy tonem towarzyskiej rozmowy przy piwie.
- Ale ja nie żyję i nie możesz mnie znów zabić.
- Siedem Piekieł to moje królestwo i mogę w nim robić co chcę. A ja akurat lubię spełniać życzenia ludzi, którzy za życia nie zaznali sprawiedliwości.
- Ale ja jestem z Północy i wierzę w starych bogów.
- Ślub brałeś w sepcie, a przez ostatnie dni modliłeś się też do Siedmiu. Więc o co chodzi? – Ramsay nie odpowiedział, więc Nieznajomy mówił dalej – Nie uwierzysz, Ramsayu Snow, jak wielu ludzi ucieszyło się z twojego przybycia tutaj. Dawno już nie miałem takiej lawiny próśb, na przykład staruszek, którego kazałeś ściąć za to, ze nazwał ciebie „lordem Snow”, chciał żebyś umarł z głodu, tak jak jego wnuczęta, kiedy zabrakło jego i kozy żywicielki, która zjedli twoi ludzie. Lady Hornwood miała podobne życzenie, ale kiedy zobaczyła w jaki sposób umierasz, to z litości wycofała swoją prośbę. Dobra z niej kobieta i nie zasłużyła na to jak ją potraktowałeś. Wiesz, Ramsayu Snow, kilku prośbom musiałem odmówić. Niejaka Jeyne Snow, z domu Poole, chciała żebyś został zgwałcony przez psa, ale ja z zasady nie znęcam się nad zwierzętami, a Ogar nie zasłużył by spotkało go coś takiego.
Ramsay słuchał nie wiadomo czy bardziej przerażony, czy zafascynowany, a Nieznajomy ciągnął dalej, spokojnym tonem głosu
- Ale najpierw twoja własna prośba, Ramsayu.
I w jego dłoni nagle pojawił się doskonale znany synowi Boltona nóż do skórowania z rękojeścią z żółtej kości.

Jon (Skupiony w Duchu)

W „Pijanym Dornijczyku” wspólna sala była wielka i wypełniona przekrzykującymi się marynarzami. Nawet jeśli człowiek z wilkorem wzbudził sensację, to na widok miny Jona żaden z obecnych nie wniósł sprzeciwu. Karczmarz co prawda próbował coś powiedzieć, ale po otrzymaniu pieniędzy zamilkł i wskazał na najczystszy kąt i sam poszedł przetrzeć blat. „Szmaty” od Aurane Watersa okazały się być całkiem przyzwoitym strojem i Jon mógł uchodzić za bogatego kupca, rycerza lub młodego lorda. „Miedziaki” oznaczały mieszek pełen srebrnych jeleni. Bękart z Driftmarku zapowiadał, że będzie w porcie 2, najwyżej 3 dni. Snow postanowił się dowiedzieć jak najwięcej o sytuacji w Westeros i o swoich siostrach, a w razie niepowodzenia ruszyć w dalszy rejs.
Pił piwo, jadł i słuchał. Duch leżał pod stołem i ogryzał wielką kość. Jon pozornie nie zwracał uwagi na otoczenie, przymykał oczy, ziewał i się drapał. Wilkor strzygł uszami.
- … miał zapłacić mu z góry za ten kamień, ale już go nie zobaczył. Dostał kosą w żebra…
- … i wtedy ja mu na to: pocałuj w d*pę wielkiego septona!...
- … ruszył z wielką armią na zachód, bo ta lwia wariatka zabrała króla i uciekła na Skałę. Siedmiu się zmiłowało, te cholerne słonie wszystko tratowały…
Kilku próbowało się przysiąść. Wiedział, że zwraca uwagę, ale nie większą niż Letniak w płaszczu z piór, grupa Dornijczyków w jaskrawych jedwabiach czy karzeł próbujący przepić brzuchatego łysola.
Pierwszy mężczyzna proponował mu zakup koni. Wysłuchał go i obiecał, że może później obejrzy jego zwierzęta. Drugi był pijany i próbował wszcząć bójkę. Jon siedział, nie wyciągając sztyletu, a gdy tamten chciał zaatakować, Duch wysunął łeb spod blatu. Trzecia była czerwona kapłanka, tak bardzo różniąca się od Melisandre, że zaskoczony Jon pozwolił jej na zbyt wiele – zaczęła wygłaszać przepowiednie donośnym głosem: że zabłądził za daleko, czeka go długa droga do domu na północ, nie odnajdzie swej rodziny i będzie walczył aż po kres dni. Od dalszych proroctw wyratował go łysol, który rzucił sprośnym żartem i kapłanka wzięła go sobie na cel.
Słuchał. Karczmarz dosiadł się do niego i powtórzył historię, którą Jon słyszał od marynarzy z przechwyconego statku: chaos, słonie i smoki, smoczy król na zachodzie, przewroty w Królewskiej Przystani i ci przeklęci Dornijczycy zapuszczający się coraz dalej do Krain Burzy.
Do karczmy weszła wielka kobieta z młodym chłopakiem. Wyglądała jak rycerz. Gdyby nie absurd sytuacji, Jon nazwał by chłopca jej giermkiem. Słuchał dalej.
- … szpiedzy Pająka, szpiedzy Dornijczyków, szpiedzy Złotej Kompanii. Wszyscy chcą ją znaleźć. Każdy oferuje duże pieniądze, w końcu to zbrodniarka, czarownica i dziedziczka Winterfell. Sansa Stark zniknęła z Doliny Arrynów. Widziałem ją w Pentos i słyszałem jej pieśń.
- Masz kozie bobki zamiast mózgu.
- Był tam też chłopiec jeżdżący na wielkim słudze, który wołał: „Sansa! To ty?”...
Jon odwrócił się w kierunku dwóch mężczyzn, którzy toczyli tą niezwykłą rozmowę. Miał wstać i podejść do nich, ale wówczas podeszła do niego ta wysoka kobieta i zapytała:
- Jesteś bratem Sansy Stark?
Przeczesał palcami włosy i próbował wyjrzeć zza niej. Tamci nadal pili i jedli. Zdążę do nich podejść.
- Skąd taki pomysł? – odparł i wskazał kobiecie zydel. Skinęła głową, usiadła naprzeciw niego z dala od Ducha, który nie zwrócił na nią większej uwagi. Giermek przyniósł talerz parującej brei i dwa kufle.
- Ser? Pani? – wyjąkał zakłopotany.
- Siadaj, Pod. Jedz. – odparła. Podrick usiadł, uważnie stawiając nogi. Duch ziewnął i chłopak chciał zerwać się na nogi, ale widząc, że nic mu nie grozi, przysunął do siebie talerz.
Brienne rozejrzała się czujnie dookoła sprawdzając, czy nikt ich nie słyszy i odpowiedziała: - Ten wilkor jest bardzo charakterystyczny.
- Może go kupiłem? – Jon za wszelką cenę nie chciał, by ktokolwiek poznał cel jego poszukiwań. Nie zamierzał jej zdradzać, kim jest. Nie znał jej. – Kim jesteś i czego chcesz?
- Moja pani opowiadała mi, że na świecie było tylko 6 wilkorów i wszystkie należały do Starków, ale jeden biały odmieniec do bękarta nazwiskiem Snow. Jeśli nim jesteś to ukrywasz swoją tożsamość, bo zdezerterowałeś z Nocnej Straży.
- Nocna Straż nie istnieje. – Dopił z kufla i odstawił go na stół. Chce ponurego bękarta? No to będzie go miała. Czy już zawsze to miano będzie mi towarzyszyć? – Rozpadła się. Biali Wędrowcy zaatakowali północ. Zamki padły, lordowie, zbrojni, dzicy - wszyscy rozpierzchli się i uciekli. – Odchrząknął i nalał jej z dzbana. - Twoja pani? Catelyn Stark? Ona nie żyje. Zabili ją na Krwawych Godach.
- Jestem Brienne z Tarthu. – Kobieta zignorowała spojrzenie swojego giermka i kontynuowała. – Złożyłam przysięgę, że odnajdę Sansę i zaprowadzę ją do domu. Przemierzyłam wiele mil. Nie tylko ja jej szukam. – Dodała po chwili milczenia. – Mój… przyjaciel także. Zbiry, banici, ludzie Lannisterów, najemnicy i wielu innych.
- Czemu miałbym ci uwierzyć i zaufać? Bo przysięgałaś Catelyn Stark? – Jon pokręcił głową i podrapał Ducha za uchem. - Moja siostra podobno jest w Pentos. – Wstał i szukał wzrokiem dwóch mężczyzn, którzy o niej rozmawiali.
- W Pentos? W Pentos jest Stannis Baratheon!
- Stannis? – Wychrypiał i przez chwilę przyglądał się jej twarzy. Nie dostrzegł w niej fałszu, jedynie zmęczenie i determinację. Znów omiótł wzrokiem salę i wyminął Brienne. Podszedł do kupca, który dopijał właśnie piwo. Kobieta ruszyła za nim. Duch pilnował kości i kręcącego się nerwowo giermka. – Gdzie twój towarzysz?
- Kto? – Kupiec udawał zdziwionego.
- Ten, który opowiadał o Pentos.
Na brak reakcji Jon chwycił go za kapotę i potrząsnął. Mężczyzna chrząknął i rozejrzał się po sali, ale obecni wydawali się niezainteresowani interwencją tylko z zaciekawieniem przyglądali się, czy poleje się krew. – Mój… znajomy ruszył właśnie w drogę.
- Dokąd? – Jon wygładził poły ubrania i odsunął się od kupca.
- Do… do Mglistego Lasu. Po drodze chce odwiedzić rodzinę.
- Wiesz, którędy ruszył?
Kupiec oblizał wargi. Snow sięgnął do pasa, Brienne chwyciła go za łokieć i pokręciła głową. Stanowczo odsunął jej rękę i rzucił kupcowi srebrnego jelenia. Tamten złapał go w locie i schował. – Być może Was zaprowadzę.
Jon stracił cierpliwość. Chwycił mężczyznę za gardło. Bękart, zdrajca, dziki, warg. Takiego mnie zapamiętają? Nieważne. Muszę odnaleźć siostrę. – Jeśli mnie oszukasz, odbiorę swoją monetę, choćby mój wilkor miał rozerwać ci gardło i brzuch. Ruszaj rzyć albo pożałujesz.
Puścił go, znów czując rękę Brienne na ramieniu.
- Dostaniesz więcej po dotarciu na miejsce. – dodał i gwizdnął na Ducha, po czym ruszył do drzwi gospody.

Brienne (Dzień cudów i dziwów)

Poszli najpierw do handlarza końmi, który tak zachwalał Jonowi swoje wierzchowce. Na miejscu okazało się, że określenie „konie” pasuje do tych stworzeń tak samo jak „piękna” do Brienne. „Wierzchowce” też byłoby złym słowem, bo na żadnym z nich nie dało się pojechać wierzchem. To po prostu były stare, chore szkapy, a jeden ogier, który jako tako wyglądał miał tak paskudnie rozwalone kopyto, że właściwie z litości należałoby go dobić, żeby się nie męczył.
A handlarz za każde z tych stworzeń liczył sobie więcej niż Brienne dostała w Yronwood za całą szóstkę swoich wierzchowców. Bo w promieniu kilkunastu mil nie było innych koni, mułów, osłów, czy nawet wołów na sprzedaż. Złota Kompania o to zadbała.
Więc poszli pieszo. Brienne dzięki polowaniom była przyzwyczajona do chodzenia, Jon Snow tez nie narzekał, a kupiec dotrzymywał im kroku.

Człowiek, którego szukali miał rodzinę w małym przysiółku liczącym kilka chat, jakąś godzinę drogi od Miasteczka Łez. Nazywał się Ebben i był obnośnym handlarzem. Jak tylko go znaleźli, to kupiec od razu znikł ze swoim drugim srebrnym jeleniem.
Jon Snow zaczął wypytywać handlarza o Sansę Stark i chłopaka noszonego przez olbrzyma, ale nie dowiedział się wiele więcej niż to co usłyszał w karczmie. Jednak wyszło na jaw, że Ebben nigdy nie był w Pentos.
- Skąd to wszystko wiedziałeś? – spytała Brienne – Może po prostu zwyczajnie zmyślasz?
- Nie zmyślam, pani. Kawałek stąd w podziemiach starej wieży mieszka człowiek, który wie wszystko. Wie gdzie mają się odbyć wesela, na których najlepiej zarabiam, wiedział kto ukradł krowę Zielonemu Osneyowi, wiedział, że z Królewskiej Przystani przyjedzie handlarz sprzedający oszukańcze srebra. Wie co się dzieje w szerokim świecie, że smoki powróciły. Wielu ludzi chodzi do niego się pytać. Podobno też doradził lordowi Whitehead którego króla ma poprzeć.
Wróżbita – pomyślała Brienne, ale i tak nie mieli lepszego tropu, którym by mogli podążyć, więc spytała:
- Gdzie jest ta wieża?
- Skoro Uren dostał dwa srebrne jelenie za to, że przyprowadził was do mnie, to zależy wam by się dowiedzieć. Zapłaćcie mi złotego smoka to zaprowadzę was do wieży.
- Chyba cię straszy! – wybuchnął Pod
- Straszy nie straszy, ale to wy chcecie wiedzieć – odpowiedział handlarz.
Jon zaczął się targować, że skoro tak wielu ludzi chodzi do jasnowidza, to w miasteczku bez trudu dowiedzą się jak go znaleźć. Handlarz jednak nie spuszczał z ceny i Brienne pomyślała, że człowiek zna się na ludziach, bo ktoś inny mógłby po prostu wydusić informację z Ebbena nie płacąc mu wcale. Brienne ostatnio poznała takich „ktosi” w aż za dużej liczbie.
Wreszcie Jon wyciągnął złotego smoka, ale postawił warunek, że handlarz da im pochodnie, smolne łuczywo, czy jakieś inne światło, które używał schodząc do podziemi wieży. Ebben się zgodził, więc szybko ruszyli w drogę, żeby jeszcze powrócić do Miasteczka Łez przed zmrokiem.
Wieża strażnicza był z tych mniejszych jakie stawiano w Krainach Burzy, przynajmniej sądząc z tego co z niej zostało. O ile ponad drugą kondygnacją były tylko smętne resztki murów, to parter był uprzątnięty z gruzów, a na schodach prowadzących do podziemi nie było nawet ani jednego suchego liścia. Wyraźnie ktoś tu sprzątał.
Ebben powiedział czego mogą się spodziewać na dole, więc Brienne zapaliła smolną szczapę i śmiało ruszyła schodami w dół. Nie sądziła by taka mała wieża miała duże piwnice. Jednak zanim weszła w ciemność korytarza sprawdziła czy może szybko sięgnąć po broń. Zapewnienia zapewnieniami, ale lepiej być ostrożnym. Pod zrobił podobnie, a Jon poszedł za ich przykładem mimo, że Duch nie okazywał zaniepokojenia. Wilkor najzwyczajniej w świecie połykał upolowanego przed chwilą królika.
Przeszli krótkim korytarzem i weszli do piwnicy.
- Ale to jest ogromne – powiedziała z najszczerszym zdumieniem w głosie Brienne – Ta sala jest większa od spichrza w Wieczornym Dworze.
Z podziemnej komnaty wychodziły trzy korytarze i w jednym z nich migotało światełko wskazując drogę, dokładnie tak jak powiedział handlarz. Gdy podeszli bliżej Brienne mało nie padła z wrażenia, gdy dostrzegła, że światłem jest niebieskawy płomień zawieszony w powietrzu. Nic dziwnego, że Ebben pominął ten drobny szczegół, bo w życiu byśmy mu nie uwierzyli jeżeli by zaczął mówić o latających płomieniach.
Płomień prowadził ich krętymi korytarzami, które się ciągnęły znaczenie dalej niż Brienne by kiedykolwiek przypuszczała. Po którymś z kolei rozwidleniu zdała sobie sprawę, że nie byłaby w stanie samemu wrócić z powrotem do wyjścia.
W pewnej chwili usłyszeli cichy szum jakby strumienia, a po kilkunastu krokach doszli do miejsca, w którym rzeczywiście płynęła woda. Komnata była słabo oświetlona, a nad brzegiem podziemnego strumyka siedział niewysoki, skromnie ubrany człowiek, który spojrzał na przybyszów swoimi niesamowicie zielonymi oczami i powiedział:
- Lady Brienne z Tarthu. Lordzie Dowódco Jonie Snow. Powinieneś wiedzieć, że Mur jest tak silny jak są silni jego obrońcy. Ale nigdy nie jest tak, ze wszystko zależy wyłącznie od jednego człowieka. Obiecany Książę to bajanie. Wiem kogo szukacie, lady Sansy o wielu nazwiskach nie ma już w Pentos. Zmierza ona do Królewskiej Przystani. Młody lord wraz z olbrzymem zginął za Wąskim Morzem. Lady Arya jest daleko od swojego wilkora.
Patrzyli ma niego ze zdumieniem, a jasnowidz mówił dalej wpatrując się w wodę:
- Stannisa też już nie ma w Pentos, odpłynął do Westeros. Ostatnio, pani, poznałaś ciekawych ludzi. Dobrze, że nie powiedziałaś Jisenowi, dlaczego szukasz Stannisa, bo on by cię wtedy zabił. Bez wahania. Chłopak, którego znałaś, pani, jako Domerica nie żyje. Ale choć nazywał się Snow, to miał na imię Ramsay, a nie Domeric i był bękarcim synem lorda Boltona.
Jon Snow słuchał tego z szeroko otwartymi ze zdumienia oczami, ale szybko się pozbierał i zapytał:
- Lady Brienne, jakie oczy miał ten Domeric?
- Dziwne, takie bardzo jasne. Jak dwa kawałki brudnego lodu.
- Tak, to był Ramsay. Mam nadzieję, że miał paskudny koniec.
- Jonie Snow – odezwał się jasnowidz – On nie skrzywdził twojej siostry...
Jasnowidz urwał jakby coś go zaniepokoiło, spojrzał na wodę, zerwał się na równe nogi i krzyknął:
- Uciekajcie! Ja go zatrzymam, a wy idźcie za wilkorem! On zna drogę.
Brienne spojrzała na wilkora. Wyglądał jak przestraszony psiak i jak najbardziej chciał być zupełnie gdzie indziej. Co mogło go tak przerazić? - zastanowiła się zrywając do biegu.
Biegli ciemnymi korytarzami oświetlonymi tylko migoczącym łuczywem niesionym przez Poda i prowadzeni przez Ducha. Tym razem droga była znacznie krótsza i nie miała tylu zakrętów, ale i tak zaczęło wszystkim poza Duchem brakować tchu w momencie kiedy dostrzegli odległe światło dnia błyszczące w wyjściu. Jednak gdy wpadli do tej dużej podziemnej sali, to spostrzegli, że coś przesłania blask dnia.
Stanęli jak wryci. Jeżeli coś czaiło się przed nimi, to lepiej by samo weszło w krąg światła rzucany przez łuczywo niż żeby wpadli na przyczajone to coś.
Stworzenie, które po chwili wyszło z cienia było dwa razy większe od konia. Przypominało kaczkę bez skrzydeł na sześciu kocich łapach i ze smoczym pyskiem. Jego upierzenie i łuski w świetle łuczywa wydawały się wściekle kolorowe.
Duch zjeżył się, obnażył kły i zaczął warczeć, a stworzenie kocim ruchem położyło się na ziemi, czając się do skoku i sycząc. Brienne jakimś sposobem nabrała pewności, że to coś chce kogoś pożreć.
Sięgnęła po miecz. Jon i Pod zrobili podobnie. Spojrzała na nich. Zdała sobie sprawę, ze oni też wiedzą. Jeżeli mamy mieć jakąś szansę, to musimy razem je zaatakować.
- To musi być grumkin – szepcze Pod ni to ze zdumieniem, ni to z przerażeniem w głosie.
I nagle słyszą w swoich głowach głos - Nienawidzę jak ktoś mnie nazywa grumkinem. Jestem SNARK!
Stworzenie rzuciło się na nich z wystawionymi pazurami długości porządnych sztyletów we wszystkich sześciu łapach.

Disable adblock

This site is supported by ads and donations.
If you see this text you are blocking our ads.
Please consider a Donation to support the site.


Argotin
Poziom 2
Awatar użytkownika
Rejestracja: 28 sty 2016, o 14:58

Re: Igrzyska Nieznajomego - Runda 3 Scena 1 - Przylądek Gniewu

Postautor: Argotin » 14 gru 2016, o 23:05

Błędy, które wyłapałem
Salladhor Saan w serialu był czarny, a w książkach pochodził z Lys i wyglądał jak Valyrianin.
"średnie z braci Baratheonów" średniego?
"Roosego" jest błędem, powinno być "Roose'a"
No i Snarki i Grumkiny wyglądały zupełnie inaczej, ale to może być celowy zabieg autorów, także pewnie nie jest to błędem.

No to są te które zapamiętałem. Szczerze mówiąc, najgorszy z dotychczasowych tekstów, a głos leci na Jona ;)

Nimue
Starsza siostra :)
Awatar użytkownika
Rejestracja: 28 gru 2004, o 08:14

Re: Igrzyska Nieznajomego - Runda 3 Scena 1 - Przylądek Gniewu

Postautor: Nimue » 15 gru 2016, o 09:57

Argotin - "O ile Saan nie był krwiożerczym korsarzem, to ciemnoskóry król najwyraźniej pragnął ich śmierci." To dwie różne postaci.
Błędy poprawione.
Natomiast co do Snarków, to nie przypominam sobie opisu. ;) Ten mi się podoba.

Natomiast głos na Brienne. :)
"Jestem ci wdzięczna, ale... byłeś już daleko. Dlaczego wróciłeś?
Przyszedł mu do głowy tuzin złośliwych odpowiedzi, każda okrutniejsza od poprzedniej, wzruszył jednak tylko ramionami.
– Przyśniłaś mi się – odparł. "

Luiza
Poziom 7
Awatar użytkownika
Rejestracja: 22 paź 2013, o 01:56

Re: Igrzyska Nieznajomego - Runda 3 Scena 1 - Przylądek Gniewu

Postautor: Luiza » 15 gru 2016, o 10:02

Nie byłabym aż tak surowa, Argotin. Mi się bardzo podobało. Fajnie, że wykorzystałyście hak fabularny w postaci tego, co ja napisałam w Pentos :D Świetny pomysł z tym snarkiem, można w sumie zrobić na końcu turnieju podsumowanie kto jak zginął i to będzie na pewno jedna z ciekawszych śmierci.

Mój głos na Jona. Brienne musi wziąć odpowiedzialność nie tylko za siebie, ale i za Poda, a już udowodniła, że jeśli chodzi o chłopaka, to potrafi zaryzykować życiem. Więc obstawiam, że zginie w jego obronie, bądź będzie chciała za bardzo uważać na giermka i przez to jej uwaga się rozproszy. No i Jon ma Ducha @werewolf
Obrazek Obrazek
Shameless SanSan shipper#teamSansa
Front Obrony Sansy #teamSandor

Bombacjusz
Poziom 10
Awatar użytkownika
Rejestracja: 27 lip 2006, o 15:17

Re: Igrzyska Nieznajomego - Runda 3 Scena 1 - Przylądek Gniewu

Postautor: Bombacjusz » 15 gru 2016, o 10:26

Mię się podobało, zwłaszcza końcówka Ramsaya. Oj, wieczne odpoczywanie raczej nie dla niego. A mój głos na Jona. Brienne będzie się martwić o Poda i niestety.
Pani, Twych wdzięków nie trzeba mi wcale, co rzekłszy odszedł, nie wrócił...

Nettles z Gór
Poziom 9
Awatar użytkownika
Rejestracja: 2 mar 2015, o 21:59

Re: Igrzyska Nieznajomego - Runda 3 Scena 1 - Przylądek Gniewu

Postautor: Nettles z Gór » 15 gru 2016, o 10:40

Argotin, gdzie znalazłeś opis snarków i grumkinów? Na awoiaf.westeros.org tego nie ma. Grafik też nie udało mi się znaleźć.
Ja pamiętam, że o nich było tylko tyle, że straszono nimi dzieci i używano do złośliwych żartów z Nocnej Straży. Zatem bardziej takie "Beboki" niż Yeti, więc pozwoliłam sobie na trochę zwariowany pomysł, bo mityczne stworzenia dość często były zlepkami najróżniejszych stworzeń (patrz sfinks, czy mantykora). Poza tym według słownika angielsko-polskiego "snark" to jest sarkastyczny komentarz :D
Jeżeli snark przypadkiem przywędrował do Westeros z innego uniwersum, tak jak Kermit (Tully), to jego wizerunek nie musiał iść w ślad za nim. Bo Kermit Tully raczej nie wyglądał tak:
Spoiler:


Edycja - fajnym przykładem są treecaty. Nazywają się tak samo, wyglądają inaczej:
ten westeroski z herbu rodu Myatt
Obrazek
i treecat ze świata Honor Harrington
Obrazek

Dzięki wszystkim za miłe słowa.
Ostatnio zmieniony 15 gru 2016, o 11:00 przez Nettles z Gór, łącznie zmieniany 1 raz.
"Laws should be made of iron, not of pudding."
"Prawdziwa wolność, to jest żyć według praw i nic ani nie czynić, ani nie zamyślać przeciwko nim"
(Wawrzyniec Goślicki, O senatorze doskonałym księgi dwie, 1568)

Nimue
Starsza siostra :)
Awatar użytkownika
Rejestracja: 28 gru 2004, o 08:14

Re: Igrzyska Nieznajomego - Runda 3 Scena 1 - Przylądek Gniewu

Postautor: Nimue » 15 gru 2016, o 10:55

Btw. interesujące wywody na temat pochodzenia snarków snuł niegdyś Majkosz: viewtopic.php?t=409
"Jestem ci wdzięczna, ale... byłeś już daleko. Dlaczego wróciłeś?
Przyszedł mu do głowy tuzin złośliwych odpowiedzi, każda okrutniejsza od poprzedniej, wzruszył jednak tylko ramionami.
– Przyśniłaś mi się – odparł. "

Mya Stone
Poziom 3
Awatar użytkownika
Rejestracja: 31 maja 2015, o 14:32

Re: Igrzyska Nieznajomego - Runda 3 Scena 1 - Przylądek Gniewu

Postautor: Mya Stone » 15 gru 2016, o 13:50

Nimue pisze:widzieć grumkiny w stosie drewna

Normalnie dzieci lasu! :wink:

Snark Nettles mi się bardzo podoba. @piwo

Aczkolwiek wbiłam sobie swego czasu do mojej sfilcowanej głowy, że snarki to... Inni :mrgreen:

Muszę podkreślić - Nettles jesteś Wielka. Zniosłaś pewnie ok 50 wiadomości spamu ode mnie, wspierałaś, rozjaśniałaś w głowie i ogarniałaś me szalone pomysły :wink: @kwiatuszek

Kto by nie przeszedł - brace yourself! Kolejne rundy to dopiero będą... @aragorn
na Skagos @xmass2

Argotin
Poziom 2
Awatar użytkownika
Rejestracja: 28 sty 2016, o 14:58

Re: Igrzyska Nieznajomego - Runda 3 Scena 1 - Przylądek Gniewu

Postautor: Argotin » 15 gru 2016, o 16:42

Nimue, masz racje, moje niedopatrzenie ;)
A co do snarków, to też macie racje, pomyliłem je z grumkinami, o co z resztą nie trudno, ale tak, przyznaje sie, popełniłem błąd.
Moja culpa :P

maciupka
Poziom 4
Awatar użytkownika
Rejestracja: 12 paź 2014, o 18:16

Re: Igrzyska Nieznajomego - Runda 3 Scena 1 - Przylądek Gniewu

Postautor: maciupka » 15 gru 2016, o 21:09

Głos na Jona ;)
Tekst czytało mi się bardzo dobrze, choć muszę przyznać, że śmierć Ramsa była okrutna- a to, co po niej jeszcze bardziej :D
" A wszystko to jest identycznie trwałe jak numer telefonu na pudelku zapałek... "

Mya Stone
Poziom 3
Awatar użytkownika
Rejestracja: 31 maja 2015, o 14:32

Re: Igrzyska Nieznajomego - Runda 3 Scena 1 - Przylądek Gniewu

Postautor: Mya Stone » 18 gru 2016, o 12:30

Chyba wiem, dlaczego Jon przeszedł :wink: Po prostu zaczarował Snarka wzrokiem!

uwaga: zdjęcie z 7. sezonu
Spoiler:
na Skagos @xmass2

Disable adblock

This site is supported by ads and donations.
If you see this text you are blocking our ads.
Please consider a Donation to support the site.



Wróć do „Westeroski turniej na śmierć i życie!”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości