Pieśń Lodu i Ognia Gra Wyobraźni (vol. Special)

Moderator: Nocna Straż

Przedrzeźniacz
Poziom 5
Awatar użytkownika
Rejestracja: 23 kwie 2014, o 16:39

Postautor: Przedrzeźniacz » 17 sie 2014, o 15:31

Assena Firefly
Dzień 5

Poranek

Korzystając z pierwszych promieni wschodzącego słońca, postanowiłam usiąść i wreszcie napisać list do Harlana. Poza wyrazami wielkiej tęsknoty i niegasnącego uczucia zawarło się w nim kilka konkretnych pytań, dzięki którym miałam nadzieje wkrótce poznać sytuację panującą w obozie lorda Ormunda, oraz zdobyć informacje dotyczące jego najbardziej zaufanych sojuszników, w tym Aidana. Być może Harlan nie był dziedzicem, ale jako syn lorda Hightowera wciąż miał wgląd w wiele spraw, o których chłopcy Anoga mogli tylko pomarzyć. Mimo panującego lata ranek był dosyć rześki, dlatego postanowiłam narzucić na suknię ciepły płaszcz. Choć biblioteka i samotnia maestera Havelocka znajdowały się głęboko w podziemiach zamku, do krukarni trzeba było się wspiąć aż na sam szczyt wieży Świetlika. Oczywiście, jako że spędziłam większość życia u Hightowerów byłam przyzwyczajona do znacznie bardziej męczącej wspinaczki, choć po pokonaniu ostatnich stromych stopni miałam już całkiem zaróżowione policzki. W krukarni panował przyjemny chłód, który rekompensował nieco zapach surowego mięsa i ciasnotę. W jednym z okien dojrzałam sędziwego maestera Havelocka, przywiązującego liścik do nóżki ptaka. Na mój widok starzec uśmiechnął się dobrodusznie.
-Asseno, moje dziecko –zawołał. –Nie sądziłem, że będę miał przyjemność spotkać się z tobą tak wcześnie. Dopiero świta.
-Nie mogłam spać – skłamałam. – Poranek jest rzeczywiście piękny.
-Istotnie. Jak rozumiem, nie przyszłaś pomóc staremu maesterowi nakarmić kruki, hę – wskazał ręką na wiadro pełne rozkawałkowanego mięsa. Część o dziwo wyglądała na dobrze przypieczoną. –Biesiadnicy chyba nie mieli wczoraj apetytu, bo sporo jadła zostało na stołach – wyjaśnił. – Nawet tego prosiaka, którego pan Matthew kazał upiec na specjalną okazję. No cóż, może kruki to zjedzą.
-Właściwie to chciałam wysłać list do przyjaciela – uśmiechnęłam się przepraszająco. – Minęło wiele dni, odkąd opuściłam Hightower.
-Oczywiście, dziecko, oczywiście –mruknął, robiąc mi miejsce przy oknie. – Jak ma się zdrowie drogiego lorda Ormunda.
-Lord Hightower czuje się dobrze, jak na swój wiek, dużo podróżuje, zwłaszcza ostatnio – odparłam, przywiązując list do nóżki kruka. – Niedawno wrócił z wizyty u lorda Tyrella, a wcześniej odwiedził namiestnika w Królewskiej Przystani. To było jeszcze zanim odszedł miłościwy król Viserys.
-Oczywiście. Zapewne chce dopilnować formalności związanych ze ślubem panicza Garetha.
-Możliwe, choć moim zdaniem te spotkania miały raczej charakter polityczny. Trwa wojna.
-Niestety wiem już o tym dobrze, kochana – starzec uśmiechnął się smutno. –Biedny pan Julius cały czas się o to zamartwia, o królową Rhaenyrę i oczywiście małą Lyannę. To straszna tragedia i jeszcze to, co wydarzyło się przedwczoraj…
-Ojciec już wie? – spytałam cicho.
Maester pokręcił głową.
-Lepiej będzie, jeśli utrzyma się go w niewiedzy. Taką decyzję podjął pan Ivar z paniczem Tygetem. Niech starszy pan dożyje swoich dni w spokoju.
-Ktoś jeszcze ma przyjechać?
-Nie sądzę. Rozesłano wprawdzie listy do wszystkich dzieci i przyjaciół lorda, choć na część z nich dotąd nie otrzymaliśmy żadnej odpowiedzi. Z kilkoma wręcz nie sposób się skontaktować. Zresztą nawet jeśli ktoś przybędzie, to nie będzie już miało to większego znaczenia. Stan pana Juliusa wciąż się pogarsza, zapewne odejdzie na dniach.
-A wtedy lordem Eclipse zostanie Ivar. Albo Lyanna – dodałam niewinnie.
Nerwowy błysk w oczach maestera ostatecznie utwierdził mnie w przekonaniu. Ale było w nim coś jeszcze, coś co nie bardzo mi się podobało, choć nie mogłam jeszcze dokładnie określić co.
-Pan Ivar, ttak – zająknął się nieznacznie. – Pierworodny syn, dzielny wojownik, z pewnością stanie na wysokości zadania.
-A jednak ojciec próbował przepisać zamek na Lyannę – zauważyłam. – Powiedział mi to osobiście przy wczorajszej rozmowie.
-Powiedział ci? – spytał zszokowany. - No tak, ale pan szybko zrezygnował z tego pomysłu. Zarówno Will jak i lady Lyanna wybili mu to z głowy.
-Will?
-Kuchcik z wioski, kiedyś pracował na zamku, podobno przyjaźnił się z lordem Juliusem. Panna Lyanna namówiła go, żeby pomówił z pani ojcem.
Kuchcik? Nic dziwnego, że otruli tę idiotkę, skoro nie potrafi nawet trzymać języka za zębami. Ciekawe, z kim jeszcze smarkula podzieliła się swoim szczęściem…
- Iii?
-I nic, pani. Lord Julius zrozumiał szybko, że to nie jest rozsądny pomysł. Więcej już nie wracał do tematu. Naprawdę uważam, że pan Ivar będzie wspaniałym lordem.
-W to nie wątpię, drogi maesterze – uśmiechnęłam się uprzejmie. - Jednakże widzę, że Ivar ma ostatnio wiele zmartwień na głowie.
-Przejmuje się zdrowiem ojca, jak każdy dobry syn – odparł spokojnie. Poza tym na jego głowę spadło wiele obowiązków, jak zadbanie o wygodę wszystkich gości, co, uwierz mi, dziecko, nie jest wcale łatwe, a przy tym te ostatnie, ohydne zbrodnie... Biedny pan musi jutro osądzić z czynów własnego bratanka, a i ofiara była dla niego w jakiś sposób rodziną. Pan Matthew z pewnością będzie żądał głowy chłopca, choć to z pewnością sprowadzi na nas gniew pana Aidana. Do tego ser Velmy dostał wczoraj pilną wiadomość i musiał pośpieszyć do Królewskiej Przystani, więc pan Ivar zostaje tylko z jednym ławnikiem.
-A kto jest tym ławnikiem, przyjacielu?
-Demios Kruggan – odparł po chwili wahania. - Słyszałaś, że pan Julius ponownie przyjął ich pod swój dach? Pogodzili się, to znaczy nasz lord i ojciec tego Kruggana. Kiedyś się przyjaźnili, ale potem lord Julius go wygnał. Ser Krasus uwiódł niegdyś narzeczoną pani ojca, wiedziałaś, Asseno?
-Ojciec kiedyś coś o nim wspominał – mruknęłam, z trudem powstrzymując ciekawość. – Wracając do ser Velmy’ego, czy mój najdroższy brat wspominał, kogo chce wybrać w zastępstwie na jego miejsce?
-Wciąż się zastanawia – odrzekł, otrzepując ręce. – Początkowo pytał mnie i panicza Vimesa, ale chłopiec jest zbyt młody na taką odpowiedzialność, a ja muszę zostać przy panu Juliusie. Ktoś musi opiekować się naszym lordem, kiedy panicz Tyget będzie składał zeznania. Jest jeszcze Ganimedes, ale…
-Możliwe, że będę mogła w tym wypadku ulżyć nieco drogiemu Ivarowi – rzekłam spokojnie. – Tak się składa, że nie było mnie w zamku, kiedy dokonano morderstwa, znałam zaś dobrze Alicię Riverfall, tak samo jak mojego nieokrzesanego bratanka. Być może, nie mam zbyt wiele do powiedzenia jako świadek, ale z chęcią zastąpię ser Velmy’ego, jeśli mój brat oczywiście wyrazi na to zgodę.
Ku mojej wielkiej satysfakcji, stary maester rozpromienił się na te słowa
-To wspaniały pomysł dziecko, ale… nie sprawi ci to kłopotu? To duża odpowiedzialność, bardzo duża, jak na tak młodą dziewczynę.
-Myślę, że podołam temu zadaniu –odwzajemniłam uśmiech. – Ale jak wiadomo, wszystko zależy od Ivara, jeśli znajdzie kogoś odpowiedniejszego na to miejsce, będę się tylko cieszyć.
-Przekażę mu twoją propozycję – zapewnił, odkładając puste wiadro. – Jak tylko pan Ivar wstanie, wciąż jest bardzo wcześnie.
-Quork! – zaskrzeczał kruk.

Południe

Zamkowy sept tonął w półmroku, oświetlany tylko bladym światłem pochmurnego dnia, wpadającym przez niewielkie, witrażowe okna i pół setką wonnych świec palących się pod kamiennymi postaciami Siedmiu. Oprócz mnie tylko dwóch młodzieńców ze świty Matthew modliło się cicho przy posągu Wojownika, a stara, skurczona septa Dulsea zbierała wypalone ogarki sprzed oblicza Nieznajomego. Z kamiennego ołtarza znikło już nakryte czarnym całunem ciało, co pozwalało sądzić, że milczące siostry zabrały się wreszcie do dzieła, aby przygotować Alicię Riverfall na swoją ostatnią podróż. Wszechogarniająca cisza pozwalała mi się lepiej skupić, a miałam sporo spraw do rozważenia. Zaledwie przed chwilą drzwi septu zatrzasnęły się za Jarmainem Flowersem. Bękart oczywiście był niezwykle zainteresowany moją wczorajszą wizytą w celi Laszlo, a ja podzieliłam się z nim paroma moimi przypuszczeniami. To, że podejrzewam rodzonego brata o morderstwo zostawiłam dla siebie. Co by nie mówić, krew to krew, a najstarszemu bękartowi mojego ojca bynajmniej nie można było ufać. Własnemu rodzeństwu zresztą też – Matt tylko utwierdził mnie w tym przekonaniu, wydając swoją idiotyczną ucztę, z Jenną zaś nie zamieniłam słowa od dobrych kilku lat. Zostawał jeszcze Tyg – stary, dobry, przewidywalny braciszek, choć jako maester nie mógł mi zbyt wiele pomóc. Zapewne jego rola się skończy w momencie, gdy pod ciałem naszego ojca zapłonie wielki stos pogrzebowy. I tak będzie najlepiej. Spośród całego pomiotu Juliusa Firefly, Tyget był jednym z naprawdę nielicznych, do których czułam autentyczną nić sympatii, dlatego nie chciałam, żeby stało mu się coś złego. A jeśli byłby na tyle nierozsądny, żeby zaangażować się w walkę o Eclipse, albo co gorsza – poprzeć sprawę Matthew, szanse na to wzrastały i to bardzo. Komu zaufać, do kogo się zwrócić? Anog nie wystarczy, potrzebuję jeszcze kogoś. Nikt ambitny, nie nie… ta gra należy do mnie, ale potężny, tak. Ktoś…
Z rozmyślania wyrwał mnie odgłos zamykanych drzwi. Do septu właśnie dziarskim krokiem wkroczył Matthew, rozsiewając wkoło zapach kuźni. W milczeniu obserwowałam jak klęka przed posągiem Kowala i zapala jedną z woskowych świec. Przez chwilę modlił się bezgłośnie u jego stóp, po czym wstał i zaczął się rozglądać po opustoszałym sepcie. Na mój widok uśmiechnął się promiennie.
-Bracie – przywitałam go krótko, kiedy klęknął obok mnie przed słodką Dziewicą.
-Siostrzyczko, przyszłaś znaleźć ukojenie wśród bogów?
-Odzyskać spokój – poprawiłam go. – Tak wiele się zdarzyło. Co teraz stanie się z biedną Alicią?
-Alicią? Kiedy milczące siostry skończą swą powinność, zostanie odesłana do Dworu Wodospadu, żeby spoczęła obok ojca. Czemu pytasz?
-Była także moją przyjaciółką, Matt, jeśli o tym zapomniałeś. Przyjechała ze mną.
-Nie zapomniałem. Również dlatego sądzę, że powinnaś zeznawać przeciwko temu zwyrodnialcowi.
Czas zapuścić przynętę.
-Zapewne młody lord Riverfall będzie zrozpaczony po stracie siostry – rzuciłam w eter.
Matthew spojrzał na mnie kompletnie zdezorientowany.
-Lord Riverfall? To znaczy…
-Alicia opowiadała mi o swoim młodszym braciszku. Zgodnie z prawem sukcesji jest teraz lordem –zauważyłam niewinnie.
-Ach, masz na myśli Domerica? – uśmiechnął się blado. – Neth sprawuje rządy w jego imieniu, to jeszcze chłopiec. W dodatku chorowity.
-Chorowity?
-Cierpi na padaczkę – wyjaśnił. – Maester Hoglor podaje mu senniczkę, żeby ataki były lżejsze, ale nie za wiele to daje. To słodki dzieciak, ale słaby, zapewne nie dożyje dorosłości.
Interesujące…
-Wiesz Matt, historia mówi o wielu wielkich lordach i królach, którzy nie cieszyli się dobrym zdrowiem, ani tężyzną fizyczną. Aenys Targaryen również był słabowitym chłopcem, do czasu gdy nie dosiadł własnego smoka, a właśnie od niego wywodzi się dynastia Targaryenów.
-A zatem należy się tylko modlić, żeby i Domericowi dopisało takie szczęście – zachichotał. – Możliwe, że będę mógł się bardziej przyjrzeć chłopcu, kiedy już wrócę do Dorzecza.
-A więc jednak wyjeżdżasz? –spytałam cicho.
-Tak mała siostrzyczko, nie widzę sensu zostawać, kiedy reszta rodzeństwa będzie toczyć walki o Eclipse. Tobie zresztą radzę zrobić to samo.
-Naprawdę sądzisz, że dojdzie do walk? Wydaje mi się, że wszyscy tutaj darzą szacunkiem pana ojca. Według wszystkich praw dziedziczy Ivar.
-Moja słodka, mała, niewinna siostrzyczko – zaśmiał się ponownie. – Chciałbym mieć choć trochę twojej dziewczęcej ufności. Ten zamek, to jedno wielkie gniazdo żmij, a ja nie chcę z nimi walczyć. Nawet nie wiesz, o ilu sprawach nie masz pojęcia. Jesteś tego taki pewien, bracie?
-Chcę w spokoju pożegnać i opłakać naszego ojca – odrzekłam, wstając z kolan. – Dopiero wtedy zacznę myśleć o powrocie do Hightower.
-To twoja decyzja, Assi –podążył za moim przykładem. – Ja tylko daję ci dobrą radę.
-Zastanowię się nad nią, bracie. Bardzo dokładnie.
Po czym skinęłam doń pożegnalnie głową i wyszłam z septu. Ciemne chmury zbierały się nad Eclipse. Zapowiada się na burzę.
Chaos isn't a pit. Chaos is a ladder.
[glow=red]AJPK[/glow] Obrazek

Disable adblock

This site is supported by ads and donations.
If you see this text you are blocking our ads.
Please consider a Donation to support the site.


TeomarArryn
Poziom 3
Awatar użytkownika
Rejestracja: 23 sie 2013, o 16:38

Postautor: TeomarArryn » 25 sie 2014, o 18:05

[center]Matthew Firefly[/center]
[center]Dzień 5 - wieczór[/center]

-Ona coś kręci! - powtórzyłem pod nosem już po raz setny, siedząc przy kominku i licząc proporcje żelaza, węgla i barwnika do nowej zbroi Ivara. Obliczenia wykonywałem na małej tabliczce z rozdrobnionego węgla, pisząc po niej kredą. Wychodziło na to, że będzie potrzebne 38 funtów żelaza, 1,7 funta węgla i kilkanaście łutów barwnika. Doszedłem jednak do tego wyniku dopiero po kilku godzinach, gdyż mysli moje zaprzątnięte były przez Assy. Lord Riverfall... Lord Riverfall... Lord Riverfall... Domeric... Doznałem olśnienia.
-A więc o to chodzi jej, Jarmainowi i tym wszystkim plotkarskim sukom! - rzekłem do siebie i roześmiałem się. Wysłałem Assenie posłańca, który wrócił po paru minutach ze zgodą na przyjęcie.
Gdy zapukałem do drzwi, moja siostra natychmiast otworzyła. Miała na sobie tylko koc pozszywany z futer jenotów, którym przykryła się by zasłonić to, co najważniejsze.
-O co chodzi tym razem? - zapytała oziębłym tonem.
-Odgadłem, o co ci chodzi z tym, o czym rozmawialiśmy w sepcie. - oznajmiłem wesołym tonem.
-Jesli tak, to teraz możemy porozmawiać tak, jak feudał z feudałem, jak polityk z politykiem, bo jak rozumiem, masz imperialne zapędy. I usiądź, bo nie lubię rozmawiać z ludźmi w progu. - Ja usiadłem na fotelu, a ona na piernatach.
-Bo widzisz, Assy... Urodziłem się jako najstarszy syn drugiej żony, w dzieciństwie nie chorowałem praktycznie wcale, jestem też drugim najsilniejszym z rodzeństwa, a także mam jedno z najlepszych wykształceń, a także dostałem chyba największy z posagów... Może za wyjątkiem ciebie, jeśli wyjdziesz za tego syna Hightowera. - na moją twarz wpełzł nieopanowany uśmiech, kiedy zobaczyłem jej minę. - Tak, wiem o nim, opowiadała mi o tym... Harlanie... Alicia. Nie myśl, że tylko tobie o wszystkim opowiadała... Nawet w jednym liście do Neth napisała, że kilkakrotnie słyszała jęki dochodzące z twojej sypialni w środku nocy... Ale to nieważne. Mimo tego wszystkiego, o czym ci opowiedziałem, nadal zawsze pozostawałem, pozostaję i pozostanę poza podium. Nie pragnę Eclipse, ale chcę też czegoś więcej, niż zostać zapisanym w historii jako jeden kilkunastu, może nawet dwudziestu paru synów Juliusa Firefly'a... Rozumiesz, ja pragnę być wspominany, zapamiętany jako protoplasta długiej, płodnej i potężnej linii... Jak już mówiłem nie pragnę Eclipse, ale potrzebuję go do realizacji mojego celu. Bo jeśli go osiągnę, mój wnuk, którego spłodzi Aenys za parę lat z Ferionówną, zostanie lordem Eclipse, Wodospadu i Wężowego Dworu. Poza tym, dotarła do nas smutna wiadomosć z Raventree, gdzie wychowywał się Dome... Wiesz, mała siostrzyczko, Domeric nie żyje.
Assy zerwała się z piernatów z oburzeniem widocznym w oczach. Futro obsunęło się i wylądowało na zimnej podłodze komnaty, odsłaniając całą krasę mej nagiej siostry. Schyliła się wstydliwie, by je podnieść. Kąpałem ją, gdy była mała, więc nie zrobiło to na mnie wielkiego wrażenia. Jednym susem podszedłem do niej i złapałem za ramiona. Znów wypuściła futro.
-Zrozum więc, że nie chcę źle dla nikogo, a już szczególnie dla ciebie. I wiem, że Jarmaine cię przekabacił, widzę to w twoich oczach. Ale wiedz, że od tej rozprawy, która będzie miała miejsce jutro, zależy moja pozycja, moje życie i kilka innych żyć. - Pocałowałem ją w czoło, nos a potem policzek.
-Ale śmierć Alicii...
-Wiedz, że w chwili śmierci Alicii akurat pierdoliłem się z moją żoną... Nie zleciłem też tego zabójstwa. Mimo moich motywacji nie jestem aż takim potworem, za jakiego mnie masz. Z resztą... Ty też chya masz na horyzoncie pozycję, która zależy od czyjejś śmierci?
Spuściła głowę. Dotknąłem jej lewej piersi, a potem ust.
-Zrobisz to dla mnie? - zapytałem z czułością w głosie. - Będziesz zeznawać na sądzie po mojej stronie?

[C.d. po stronie Przedrzeźniacz'a]
-Chodźmy coś zjeść. - zaproponował.
-Przecież godzinę temu konałeś... -odparła.
-Ale teraz konam z głodu.

Przedrzeźniacz
Poziom 5
Awatar użytkownika
Rejestracja: 23 kwie 2014, o 16:39

Postautor: Przedrzeźniacz » 25 sie 2014, o 23:34

[center]Assena Firefly[/center]
[center]Dzień 5 CD[/center]

Wieczór

Zapadał już zmierzch, kiedy skierowałam swe kroki ku spiralnym schodom wiodącym do sypialni Lyanny. Wciąż nie opuszczała mnie lekka irytacja spowodowana odmową Ivara. Mój najdroższy brat wyraźnie zaznaczył, że miękkie serce kobiety nie sprosta tak ciężkiemu zadaniu, jakim jest osądzenie mordercy - to, że podczas rozmowy ze mną był już ostro zalany, dodawało tylko tej scenie groteski. Nigdzie nie mogłam znaleźć Tyga, ani maestera Havelocka, ale nie przejmowałam się tym zbytnio. Ostatecznie wiedziałam, gdzie znajdę Lyannę, a wizyta w pokojach młodszej siostry nie wzbudzi tylu podejrzeń u Jarmaine’a Flowersa co przesłuchanie Laszlo. Byłam bardzo ciekawa tego spotkania – w końcu urodę najmłodszej córki Juliusa Firefly sławiono w całym Reach, nawet w samym Wysogrodzie. Uroda to największa broń każdej kobiety, droga Asseno – mawiała lady Velena. – Naucz się jej używać, a będziesz miała cały świat u swych stóp. Niestety lady Velaryon umarła zbyt wcześnie, żeby przekazać tą naukę własnej córce – prócz wieści o niesamowitej urodzie Lyanny rozchodziły się też kwestie gorszące, jak to że lord Julius otwarcie pozwala jej nosić miecz i sztylet, oraz pojedynkować się z mężczyznami. Smarkula na dodatek nie poprawiała swojej sytuacji, odrzucając wszystkie propozycje małżeńskie, których, wbrew pozorom, nie było tak dużo. Ostatni z tego, co pamiętałam, był Leon Dayne, dornijczyk zakochany w niej zresztą bez pamięci. Szkoda biedaka, najprawdopodobniej moja słodka siostra odmówi mu tak samo, jak jego poprzednikom. Nim się zorientowałam, byłam już u drzwi. Zastukałam lekko.
-Kto tam? – rozległ się dziewczęcy głos.
-Można? –spytałam wchodząc do pomieszczenia.
Sypialnia Lyi była jasna i przestronna, a jej centralne miejsce zajmowało wielkie łoże z kolumienkami, na którym siedziała śliczna, choć nieco wymizerowana młoda dziewczyna. Na kolanach trzymała opasłe tomiszcze – widocznie właśnie przeszkodziłam jej w lekturze. Przyglądała mi się z nieukrywaną ciekawością.
-Assena – ubiegłam jej pytanie.
-Aaach, siostra –uśmiechnęła się. –Siadaj –poleciła mi, robiąc miejsce na posłaniu.
Choć na pierwszy rzut oka nie było tego widać, mała Lyanna była bardzo podobna do Veleny – miała dokładnie ten sam uśmiech i zalotne spojrzenie, choć kolor włosów i oczu odziedziczyła po panu ojcu. Większość Świetlików świeciła złotym wzrokiem w ciemności, choć zdarzały się wyjątki – jak Aidan, czy bękart Jarmaine. Choć daleko było dziewczynie do samej Złotej Lwicy z Wysogrodu, jej wygląd wyraźnie cieszył oko – mogłaby wiele zdziałać, gdyby tylko użyła swoich atutów właściwie. Ach, ale czy ona to potrafi?
-Słyszałam o twoim wypadku – rzekłam po momencie milczenia. – Cieszę się, widząc cię na siłach.
-Kiedy przyjechałaś? Nie widziałam cię wcześniej na zamku.
-Całkiem możliwe, jestem w Eclipse dopiero od przedwczoraj.
-Co cię zatrzymało? – spytała zaczepnie. – Mieszkasz w Hightower, najbliżej ze wszystkich. Maester wysłał wszystkie listy tego samego dnia, więc miałaś dosyć czasu.
Moje usta ułożyły się w wymuszonym uśmiechu.
-Wiesz Lyanno, głos Starego Miasta ma ostatnio wiele spraw na głowie, poza tym trakty nie są już tak bezpieczne jak kiedyś – odrzekłam spokojnie. - Samotnej kobiecie ciężko jest podróżować po Westeros, zwłaszcza teraz, na pewno o tym wiesz.
-Wiem – przyznała – ale i tak pozostali zdążyli przed tobą.
-Grunt że już jestem – ucięłam rozmowę. – Poza tym nie wszystkie dzieci ojca pojawiły się dotąd przy jego łożu.
-Inni mają dalej – wzruszyła ramionami. – A po Soni trudno się spodziewać, żeby pojawiła się w Eclipse.
-Sonia to osobny temat – zgodziłam się. – Podobno to była trucizna, zgadza się?
-Yhmm. Śpioszka –odparła po chwili wahania.
-Pamiętasz może coś z samego wypadku? – zaczęłam drążyć delikatnie. – Kto podał ci truciznę?
-Niewiele. To była jakaś służka z jabłkami. Dlaczego ty też o to wypytujesz? – spytała poirytowana.
-Ja też? Co to znaczy?
-Wczoraj był tu Jarmaine z Tygetem, on też mnie wypytywał –burknęła. – Tyget mówił, że to jakaś zabójczyni, która zmienia twarze, czy coś w tym stylu. Człowiek bez Twarzy. Interesujące, są piekielnie drodzy… Nie wiem, czego ode mnie chciała, sama twierdziła, że to przez Rhaegara.
-Przez Rhaegara? – spytałam uprzejmie.
-Tak – uśmiechnęła się złośliwie. – Podobno była o mnie zazdrosna, uwierzysz?
-Ciekawe –przyznałam – aczkolwiek Lyanno rzadko się zdarza, żeby płatne zabójczynie zakochiwały się od pierwszego wejrzenia w nawet przystojnych mężczyznach i od razu chciały zamordować w szale zazdrości ich młodsze siostry. O ile wiem, nie spędziliście z Rheagarem zbyt wiele czasu przed wypadkiem, prawda?
-Nnie, ale co to ma do rzeczy?
-To, że z pewnością ta kobieta miała nieco inny powód, podając ci truciznę. Ptaszki śpiewają, że to nie Ivar miałby odziedziczyć Eclipse. Im mniej ludzi wie, że ojciec się mi w chwili słabości wyspowiadał, tym lepiej. A zwłaszcza ta mała gaduła.
Lya spojrzała na mnie zszokowana.
-Co masz na myśli?
-Kim jest Will? – spytałam spokojnie.
-Moim przyjacielem – odpowiedziała opryskliwie. – To piekarz z miasta, znam go od dziecka. A zresztą co to ma wspólnego z ojcem i dziedzicem?
-Ptaszki lubią śpiewać – wzruszyłam ramionami. – Niektóre z ich pieśni mogłyby cię żywo zainteresować. Jak ta, że kilka dni temu pewien kuchcik złożył wizytę w komnatach lorda Juliusa. Inna… - spojrzałam nań uważnie - zaś mówi, że ów kuchcik przybył na zamek z twojego powodu. Czy jest w nich coś więcej niż bajania bardów?
-No dobra, – mruknęła – namówiłam Willa, żeby pogadał z ojcem. Chciał mnie uczynić swoją dziedziczką na miejsce Ivara, ale ja tego nie chcę. To takie… nudne, poza tym musiałabym wyjść za mąż i...
-Cóż złego w małżeństwie siostrzyczko? – uśmiechnęłam się pobłażliwie. – Jako pani zamku mogłabyś osobiście wybrać swojego pana męża, nawet z miłości, gdybyś tylko tego zapragnęła. Słyszałam że młody Dornijczyk ze Starfall za tobą szaleje, zapewne byłby dla ciebie wspaniałym mężem.
-Leon? – prychnęła. – Nie rozśmieszaj mnie, zadurzony głupiec, ot co. Ja chcę być wolna i niezależna, a nie rodzić po kolei dzieci panu mężu.
-Niezależność to słodka rzecz – przyznałam cicho. – Ale z czasem pojawia się samotność, a wtedy oparcie kogoś bliskiego wydaje się cenniejsze od wszelkich bogactw i mądrości Valyrii.
Lya roześmiała mi się prosto w twarz.
-Mówi to ta, która sama nie wyszła za mąż – zawołała. – A jesteś dużo starsza ode mnie, Assena!
-Uwierz, słodka siostrzyczko, gdyby to tylko ode mnie zależało, już od kilku lat byłabym szczęśliwą mężatką – westchnęłam. – Niestety inne czynniki sprawiają, że wciąż muszę czekać. Wracając do Willa, nie pomyślałaś może, że to dosyć nierozsądne powierzać sekrety lorda Eclipse człowiekowi z gminu?
-Ale dlaczego – zdziwiła się. – Przecież mówię, że znam Willa od dziecka. W życiu by nie zdradził mnie, ani ojca.
-Jesteś tego taka pewna? W końcu bywają i lata nieurodzaju, sakiewka srebrnych jeleni mogła skutecznie rozwiązać język twojemu przyjacielowi. Albo ktoś was podsłuchał – jesteś pewna, że byliście wtedy sami?
-Nie, rozmawialiśmy przed piekarnią, ale…
To jeszcze dziecko. Głupiutkie i niedoświadczone przez los, które myśli, że jest mądrzejsze od wszystkich maesterów. W sumie, może to nawet i lepiej, że nie chce dziedzictwa pana ojca – Aidan i inni rozprawią się z nią w mgnieniu oka. W sumie mogą się jej pozbyć i bez wyraźnego powodu – córeczka tatusia zawsze miała łatwiej w życiu.
-Czy ojciec poświadczył swoją wolę na papierze? – spytałam delikatnie. – Jakiś testament albo inny dokument?
-Nie wiem – jęknęła. – Dlaczego wszyscy mnie o to pytają? Nie wiem gdzie jest ten testament, nie wiem kto go ma. Maester Havelock miał go otworzyć i wyznaczyć nowego następcę po śmierci taty, ale nie wiem czy go ma…
Havelock!
-Już dobrze – uspokoiłam ją. – Po prostu zależy mi na twoim bezpieczeństwie, siostrzyczko, nic więcej.
Lya uśmiechnęła się do mnie niepewnie. Miała naprawdę piękny uśmiech, o ile nie towarzyszyło mu akurat złośliwe spojrzenie.
- Ja naprawdę nie chcę zostać panią Eclipse, rozumiesz? To Ivarowi się wszystko należy.
-Doskonale. Ale na mnie już chyba czas – spojrzałam za okno. Było zupełnie ciemno, zwłaszcza, że chmury deszczowe zupełnie zasłoniły księżyc. Padało. – Postaraj się wypocząć, widzimy się jutro na procesie.
Po czym złożyłam na jej czole krótki pocałunek i nieśpiesznie wyszłam z komnaty. Wymizerowany podlotek natychmiast wziął w ręce zapomnianą książkę i wrócił do lektury. Był tak zajęty, że nawet nie zauważył, że razem ze mną coś jeszcze zniknęło z jej pokoju.

Później

Dochodziła już północ, a ja powoli zapadałam w sen, kołysana miarowym bębnieniem deszczu o szybę, kiedy usłyszałam niecierpliwe stukanie o drzwi.
-Wejść – jęknęłam, z trudem powstrzymując opadające powieki.
W drzwiach stanął niewysoki służący o szpakowatych włosach. Mówił szybko i nieskładnie, a ja jeszcze nie do końca się rozbudziłam, ale wśród całej paplaniny wyłapałam szybko, że Matthew natychmiast się chce ze mną widzieć.
-Czy twój pan wie, która jest godzina? – przerwałam w pół słowa służącemu.
-Za dziesięć dwunasta – odpowiedział nerwowo. – Ale pan Matthew powiedział, że to bardzo pilna sprawa nie cierpiąca żadnej zwłoki. Naprawdę prosiłbym, żeby panienka…
-W takim razie go proś – powiedziałam zrezygnowanym tonem i wściekła zaczęłam szukać ubrania.
Na szczęście denerwujący mężczyzna szybko się ulotnił, a ja zdołałam znaleźć futrzany koc, aby ukryć swą nagość, zanim rozległo się, jeszcze bardziej natarczywe niż poprzednio, pukanie do drzwi. Przeklinając w duchu durnia, którego miałam na nieszczęście nazywać rodzonym bratem pobiegłam je otworzyć. W drzwiach stał rozczochrany Matt, od którego na dodatek nieprzyjemnie cuchnęło alkoholem. Od razu było widać, że jest pijany.
-O co chodzi tym razem? – spytałam, nie ukrywając irytacji.
-Odgadłem, o co ci chodzi z tym, o czym rozmawialiśmy w sepcie – rzekł podniecony. Każdemu słowu towarzyszył wyjątkowo paskudny wyziew. Mimowolnie zmarszczyłam nos.
-Jeśli tak, to teraz możemy porozmawiać tak, jak feudał z feudałem, jak polityk z politykiem, bo jak rozumiem, masz imperialne zapędy. I usiądź, bo nie lubię rozmawiać z ludźmi w progu.
Po czym zaprowadziłam go do komnaty i spokojnie usadowiłam się na łóżku. On, potykając się kilkakrotnie również dotarł do wyściełanego poduchami fotela, po czym opadł nań z błogim uśmiechem na twarzy.
-Bo widzisz, Assy… – zaczął bełkotać.
Matt mówił od rzeczy, patrząc bezmyślnie w sufit. Zastanawiałam się, czy by nie wezwać Tygeta, czy maestera Havelocka, żeby zajął się chorym i odprowadził do jego sypialni, kiedy zaczął wygadywać nieprzyjemne rzeczy na mój temat. Z trudem powstrzymywałam wściekłość, kiedy przytaczał nieprzyzwoite aluzje na temat mojego związku z Harlanem Hightowerem. Po czym zaczął bredzić o swoim dziedzictwie, rodowodzie, coś o swoim synu.
-Jak już mówiłem nie pragnę Eclipse, ale potrzebuję go do realizacji mojego celu. Bo jeśli go osiągnę, mój wnuk, którego spłodzi Aenys za parę lat z Ferionówną, zostanie lordem Eclipse, Wodospadu i Wężowego Dworu. Poza tym – uśmiechnął się paskudnie - dotarła do nas smutna wiadomość z Raventree, gdzie wychowywał się Dome... – zrobił długą pauzę dla wzmocnienia efektu. - Wiesz, mała siostrzyczko, Domeric nie żyje.
TY skurwysynie!
Jak oparzona podniosłam się na nogi. Ruch był tak gwałtowny, że koc zsunął się z moich ramion, odsłaniając nagie ciało. Zawstydzona natychmiast się schyliłam, żeby go podnieść, ale on już był przy mnie. Widziałam, jakim wzrokiem patrzy na moje piersi. Zadrżałam, gdy złapał mnie mocno za ramiona i koc wypadł ponownie z moich rąk.
-Zrozum więc, że nie chcę źle dla nikogo, a już szczególnie dla ciebie. I wiem, że Jarmaine cię przekabacił, widzę to w twoich oczach – w jego zaś widać było iskierki obłędu. - Ale wiedz, że od tej rozprawy, która będzie miała miejsce jutro, zależy moja pozycja, moje życie i kilka innych żyć.
Po czym przysunął mnie do siebie i zaczął całować – po nosie, po czole, policzkach, zbliżając się niebezpiecznie do moich ust, a z jego ust wydobywał się otępiający zmysły fetor przetrawionego ale.
-Ale śmierć Alicii… - wyszeptałam przerażona.
-Wiedz, że w chwili śmierci Alicii akurat pierdoliłem się z moją żoną... Nie zleciłem też tego zabójstwa – wbił mocno paznokcie w moje ramię. - Mimo moich motywacji nie jestem aż takim potworem, za jakiego mnie masz. Z resztą... Ty też chyba masz na horyzoncie pozycję, która zależy od czyjejś śmierci?
Po czym ścisnął moją lewą sutkę i położył palec na wargach. Poczułam jak po policzkach płyną mi łzy.
-Zrobisz to dla mnie? Będziesz zeznawać na sądzie po mojej stronie?
Byłam bez szans – do sztyletu miałam za daleko, poza tym Matt był znacznie większy ode mnie. Cały zamek spał, mogłam narobić rabanu, ale jaką miałam pewność, że starszy brat mnie nie udusi?
-Tak – jęknęłam. – Jesteś moim bratem, moją rodziną. Czemu miałabym zeznawać przeciwko Tobie?
To mu wystarczyło. Jeszcze mocniej przycisnął mnie do siebie i zaczął całować. Tym razem jego usta sięgnęły mojej szyi ust. Zmartwiała czułam, jak jego język napiera na moje wargi.
-Matt, przestań – płakałam, kiedy jego ręce wędrowały coraz niżej. – Przestań! – odepchnęłam go z całej siły. Zaskoczony Matthew opadł bezwładnie na ziemię. Ja w tym czasie złapałam koc i pobiegłam na łóżko.
-Assy? – wybełkotał.
-Idź już proszę, Matthew. Proszę – rzekłam naciągając koc pod samą brodę.
Matt jednak zrobił chwiejny krok naprzód.
-Będziesz zeznawać? – chciał się upewnić.
-Tak będę, a teraz idź już stąd – zapewniłam. - Idź!
Obserwowałam jak Matt po raz ostatni uśmiecha się obleśnie w moją stronę i potykając się o meble zmierza ku drzwiom komnaty. Kiedy się zatrzasnęły, wybuchłam szlochem. Nie, Assen, musisz być silna! – rozkazałam sobie. - Musisz działać, a nie się rozklejać!
Chaos isn't a pit. Chaos is a ladder.
[glow=red]AJPK[/glow] Obrazek

NoFaceMan
Poziom 2
Awatar użytkownika
Rejestracja: 23 lip 2013, o 10:14

Postautor: NoFaceMan » 26 sie 2014, o 09:27

[center]JARMAINE FLOWERS[/center]

[center]Dzień 5 Noc[/center]

- Kto jedzie!? – zawołał z wieży strażnik kiedy podjechałem konno pod Sowią Bramę. Ściągnąłem z głowy kaptur i pokazałem mu swoją twarz.
- Jarmaine Flowers, przepuśćcie mnie – rozkazałem a strażnik bez słowa sprzeciwu podniósł kraty.
Ruszyłem szybkim galopem na południe, w stronę Kulum, jednej z wiosek należących do pana ojca. Podróż zajęła niecałą godzinę, po drodze musiałem kilkakrotnie zjeżdżać z gościńca by upewnić się czy przypadkiem nikt mnie nie śledzi.
Kulum o tej porze wyglądała jak wymarła mieścina, w żadnej z okiennic nie paliło się światło, cisza przerywały jedynie cykania świerszczy i pohukiwania sów.
„Złotowłosa Dama” za dnia była jedną z wielu gospód w okolicy, w nocy jednak zamieniała się w dom uciech, bardzo popularny w okolicy. To tutaj dorabiała sobie córka sadownika, której ciało do tej pory nie znaleziono po tym jak jej miejsce zajęła niedoszła zabójczyni Lyanny. Oczywiście po tym jak już ustaliłem kto faktycznie stoi za otruciem przyrodniej siostry, zlecono śledztwo w tej sprawie a na przesłuchanie wzięto właścicielkę przybytku, która lubiła nazywać siebie Madame, choć w rzeczywistości bliżej jej było do starej bezzębnej praczki, od której zionęło na zmianę cebulą, tanimi perfumami i gorzałą. Madame zarzekała się, że nie ma nic wspólnego z otruciem Lyanny i oczywiście była to prawda. W trakcie naszego pierwszego i na razie ostatniego spotkania, dałem jej do zrozumienia, że liczę na cenną współpracę. Polegała na tym, że Madame miała udostępnić mi piwniczne pomieszczenia pod swoim przybytkiem i trzymać gębę na kłódkę w razie gdyby ktoś o coś pytał. A jeśli przypadkiem zacznie chlapać ozorem, szybko się znajdą dowody na jej udział w sprawie. Madame może i wyglądała jak stara praczka, ale była też bystra i wiedziała, że lepiej przyjąć moją propozycję. Bez głowy trudno jej by było prowadzić burdel.
Wszedłem do budynku tylnymi drzwiami, prowadzącymi do garkuchni i spiżarni. Właścicielka widząc mnie podniosła się natychmiast z siedziska .
- Czekają już na ciebie panie – rzekła i szybko otworzyła drzwi prowadzące do piwnic. Zszedłem na dół gdzie czekał na mnie Herni i Mobb. Chłopcy razem ze mną przybyli do Eclipse i stanowili część mojej świty. Choć poprzebierani byli jak rycerze, bardzo daleko im było do szlachty. Herni kilka lat temu zdezerterował z Muru a ja wiedząc o jego przydatnych umiejętnościach, udzieliłem mu schronienia za co do tej pory był mi dozgonnie wdzięczny. Mobb miał nie więcej jak osiemnaście lat a poznałem go jako obdartego smarka, sierotę, okradającego handlarzy na targowiskach. Kiedyś słyszałem, że w Essos od dziecka szkolą niewolników na żołnierzy dzięki czemu ci się niezwykle zdyscyplinowani i nieskorzy do zdrady. Uznałem, że to całkiem skuteczna metoda pozyskiwania cennych pracowników, więc Mobb pod moim okiem przeszedł szkolenie i był teraz jednym z lepszych szpiegów, moją chlubą i dumą.
Chłopcy widząc mnie bez słowa zaprowadzili mnie do składziku wina. Na środku siedział związany na krześle mężczyzna. Jego twarz wyglądała jakby rozsmarowano na niej powidła, jednak ciężki, metaliczny odór krwi, od razu wyprowadził mnie z błędu.
- Mówiłem by obchodzić się z nim delikatnie – syknąłem nieco poirytowany po czym podszedłem i sprawdziłem puls nieszczęśnika.
- Próbowaliśmy panie – odezwał się Herni – Ale twardy był podły człowiek
- I nic nie powiedział? –
- W końcu powiedział – szepnął Mobb wycierając w chustę zakrwawioną brzytwę. Wymownie spojrzał w kierunku jego spodni. Dopiero teraz zauważyłem, że jeniec ma je opuszczone do kostek i a jego krocze jest w niewiele lepszym stanie niż twarz. Nigdy nie pochwalałem okrucieństwa i uważałem, że zastraszenie jest lepszym motywatorem od przemocy. Mobb jednak był innego zdania. Powiedział, że nawet najtwardszy skurwiel zacznie śpiewać jak panienka, gdy zobaczy ma swoim kutasie ostrze brzytwy. Najgorsze było to, że miał rację.
- Wiecie kogo nasłano na dziewczynę? – zapytałem odwracając wzrok.
Herni przytaknął. Wyciągnąłem z pod pazuchy sztylet po czym złapałem jeńca za włosy i oddałem mu ostatni akt łaski przeciągając ostrze po jego gardle. Do jutra nikt się nie zorientuje, że zniknął, ale tyle czasu mi wystarczy by w końcu zakończyć tą grę.

***

Do zamku wróciłem po północy. Wiedziałem już prawie wszystko, co miałem wiedzieć na temat zabójstwa Alicii Riverfall. Wiedziałem kto je zlecił, znałem też nazwisko człowieka, który w nocy wszedł do jej komnaty, podciął gardło a potem przez ukryty tunel przeniósł zwłoki do komnaty Laszlo.
Miałem nadzieję, że Ivar jeszcze nie śpi, a co gorsza nie jest pijany. Ruszając do jego komnaty zauważyłem zataczającego się Matthew, który wychodził właśnie jednej z komnat.
Spojrzał na mnie pogardliwie, warknął coś pod nosem i ruszył dalej. Podchodząc do drzwi izby usłyszałem kobiecy szloch. Zapukałem.
- Powiedziałam, że masz stąd iść! – krzyknęła kobieta. Rozpoznałem po głosie, że to Assena. Zaniepokojony nacisnąłem na klamkę i lekko uchyliłem drzwi.
- To ja Asseno, Jarmaine Flowers –
Nikt nie odpowiedział. Zajrzałem do środka by upewnić się czy nic się nie stało. Assena leżała na łóżku. Owinięta kołdrą, szlochała.
- Co się stało? – zapytałem – Czy Matthew…. on ci coś zrobił?
Znów odpowiedziała mi cisza. Assena przestała płakać, przegubem dłoni wytarła szybko mokre od łez policzki.
- Chcę zostać sama – szepnęła cichym głosem.
Przytaknąłem i zamknąłem za sobą drzwi. Po chwili jednak zawahałem się bo do głowy naszła mi pewna myśl. To dzięki Assenie przecież natrafiłem na prawdziwego zabójcę Alicii Riverfall, to ona pierwsza zasugerowała, że Laszlo może być niewinny. Nawet jeśli nie była do końca szczera, Alicia była jej przyjaciółką i zależało jej na złapaniu prawdziwego mordercy.
Zapukałem ponownie, by ostrzec ją, że wchodzę.
- Mówiłam ci bracie, nie potrzebuje teraz towarzystwa – rzekła gdy zamknąłem za sobą drzwi wchodząc do komnaty.
- Wiem kto zabił Alicję – odparłem. Zaległa cisza. Assena przyglądała mi się uważnie, jakby chciała odgadnąć moje myśli i zamiary. Po chwili, nie odzywając się dłonią wskazała mi fotel, na którym usiadłem.
- Czy to był Matthew? – spytała po chwili a ja pokręciłem głową, zaprzeczając. Wydawała się rozczarowana.
- Czy mogę ci zaufać w tej sprawie Asseno? Wiele nas dzieli, ale i tobie i mi zależy by zabójca został schwytany i osądzony. Mylę się?
- Nie mylisz. A teraz powiedz mi wszystko co wiesz.
Zrobiłem to o co prosiła. Słuchała mnie i choć jej twarz nie wyrażała żadnych emocji, w oczach widziałem iskierki gniewu i niedowierzania. Jej palce zacisnęły się w pięści, ścisnęła koniec kołdry.
- Jeśli to prawda co mówisz…Nic nie możemy zrobić – odparła po chwili gdy już skończyłem opowieść – Ivar i tak Ci nie uwierzy, a nawet jeśli to stchórzy i nas nie poprze.
- Dlatego będę potrzebował do pomocy twoich ludzi. Rycerzy z którymi przybyłaś ze Starego Miasta. To dobrzy żołnierze?
Przytaknęła.
- Są ci wierni?
- Są wierni lady Hightower, a ja jestem pod ich opieką. Zrobią to co im każę. Nawet jeśli wykonają rozkaz bracie, to i tak jest ich za mało by wykonać twój plan.
- Pomoże wam Rheagar i moi ludzie –
- Rheagar? Ledwo go znasz –
- Ale mu ufam. On pierwszy odkrył, że…
Opowiedziałem Lyannie o tym jak Rheagar dziś po południu przyszedł do mnie i opowiedział o tym jak podsłuchał rozmowę dwóch służek. To czego się dowiedział, utwierdziło mnie w przekonaniu, kto stoi za śmiercią Alicii Riverfall.
- W takim razie zróbmy to – odparła po chwili namysłu.
Przytaknąłem po czym i ruszyłem w stronę wyjścia.
- Proces odbędzie się jutro przed południem. Bądź gotowa.
Wyszedłem na korytarz, zamykając za sobą drzwi. Miałem nadzieję, że instynkt mnie nie zawiódł i mogę polegać na przyrodniej siostrze. Choć ten jeden, jedyny raz.
Umysł potrzebuje książek, podobnie jak miecz potrzebuje kamienia do ostrzenia.

AdrainSynEdraina
Poziom 4
Awatar użytkownika
Rejestracja: 25 lip 2013, o 20:53

Postautor: AdrainSynEdraina » 31 sie 2014, o 04:44

Rhaegar Firefly
Dzień piąty

Nocy nie przespałem, cały czas polerowałem moją żonę, tłumacząc jej jak jest. Ona natomiast tylko błyskała. Wiedziałem że była niezadowolona. Jednak wiedziałem też że nudzi się bo dano nie smakowała krwi. Wiem że teraz tu gdzie jestem krwi spłynęło aż nad to. A coś mi mówiło że jeszcze dużo jej spłynie. Zaczęło świtać kiedy pomyślałem że odwiedzę ojca. Zastukałem w drzwi. Otworzyła mi Stella. Widząc mnie kiwnęła głową i zrobiła przejście. Staruszek jęczał cicho, jego życie już się kończyło. Widząc mnie uśmiech wpełzł na jego twarz. Usiadłem na krześle koło łóżka
- Synu, nie spodziewałem się że zobaczysz mnie w takim stanie. - przerwał mu kaszel
- Ojcze, oszczędzaj siły. Nie mów za wiele. Chciałbym abyś mnie wysłuchał. -
Julius spojrzał na mnie zdziwionym wzrokiem ale kiwnął głową. A ja opowiedziałem mu o wszystkich wątpliwościach jakie miałem. O mojej żonie, o Ilithii, o tym co działo się dookoła. Staruszek tylko kiwał głową i nagle promiennie się uśmiechnął.
- Dziecko, dziękuję że mi to powiedziałeś. Dam ci radę synku. -
- Tak ojcze? -
- Aegon Targaryen miał dwie żony. Pamiętaj o tym. Kruggenowie są nam potrzebni. -
Ku swemu zdziwieniu sam się uśmiechnąłem. Pocałowałem mojego ojca w czoło i odszedłem. Lochy wzywały. Trzeba było go pilnować. Dla odmiany próbował się do mnie odzywać. Oczywiście nie odpowiadałem. Choć zamilkł na chwilę to dał mi papier. Nie wytrzymałem i zapytałem co to. Usłyszałem w odpowiedzi "Przeczytaj i potem spal".
List brzmiał mniej więcej tak
Zdrowia kochane dzieci! Przepraszam, że musiałem opuścić Eclipse, i szczególnie Ciebie
Anastazjo. Wiem, że powinienem z wami czekać i być przy waszym dziadku i moim ojcu.
Bardzo żałuję tego, ale obowiązki wzywały. Musiałem wyruszyć do Starego Miasta
i porozmawiać z tamtejszym Lordem. To była bardzo pilna sprawa, starałem się poprosić
jego o poczekanie, gdyż mam ważne sprawy rodzinne. Niestety nie mogłem zwlekać
i niezwłocznie się tam udałem. Wiem Anastazjo i Laszlo,że znowu tak się stało jak z
Victorią, kiedy odwiedzaliśmy jej rodzinę, a ja musiałem wcześniej wrócić do Korinu,
ale nie o tym chciałem powiedzieć tylko. Laszlo mam do ciebie serdeczną prośbę,
rozumiesz, zostałeś sam, zaopiekuj się Anastazją tak jak prosiłem. Tak samo jak z
Aleksym. Dokładnie tak samo.
Wasz Ojciec Aidan.
PS: Rodzina jest najważniejsza"
Po przeczytaniu przystawiłem list do pochodni i spłonął od razu. Zdecydowałem aby go zapytać. Wiem że nie powinno się rozmawiać ze skazanymi. Ale rozmowa z ojcem mnie czegoś nauczyła. Że zawsze są zasady, które można obejść. Ale że za nie się płaci sumieniem.
- Pewnie zapytasz czy to zrobiłem? -
- Nie. Nie zapytam cię o to. -
- Więc dlaczego tu wszedłeś? -
- Chciałem.. No nie wiem dlaczego... Takich jak ty już widziałem w Lys i Myr. -
- Jakich? Zboczeńców? Ale ja tego nie zrobiłem. Ja jej nie zabiłem. -
- Dlaczego mi się tłumaczysz? Ja wiem wiele. -
- Zatem wiesz dlaczego tu jesteś?
- Nie wiem, tu jest gniazdo żmij. - wzruszyłem ramionami - A ty jesteś jedną z nich, która właśnie ukąsiła...
- Ale to nie ja. Ja tylko... Zrobiłem to co chciałem... Kochałem ją. -
- Wiem że ją kochałeś. Wiem to. Każdy tak mówi. -
Odwrócił się do mnie plecami. Uderzył bezsilnie pięścią w ścianę. I krzyknął
- Ja ją kochałem naprawdę. Nie wierzysz mi ale tak było. Nie umiałem do niej podejść, nie potrafiłem zagadać do niej. Ale pragnąłem jej. Pierdoliłem inne ale i tak zawsze wyobrażałem sobie ją. Ojciec nie pozwolił mi poprosić ją o rękę. Stwierdził że i tak niczego nie dziedziczy. I wtedy byłem zły... - przerwałem mu jednak
- Dlaczego opowiadasz mi historię swojego życia? Może mnie to nie interesuje co? -
- Nie wiem. Komu mam ją opowiedzieć? Nie opowiem jej parszywemu bękartowi albo jakieś słodzonej dziwce, choć ona uświadomiła mi ważną rzecz. Ojciec się o mnie nie zmartwi, ma przecież drugiego syna. Idealnego dziedzica którego może wychować od podstaw. Aby nie wyrosło z niego to coś czym teraz jestem. -
- Znam twoją historię. Kochałeś ją ale ojciec ci nie pozwolił. Dlatego poszedłeś do burdelu i tam zabiłeś dziwkę. I odkryłeś że martwą pierdoli się tak samo jak żywą. Może nawet lepiej. Ile to już? -
- Skąd wiesz? - zapytał zdziwiony ale zaraz odparł - Jedna o której wie ojciec, i trzy o których się nigdy nie dowiedział. -
- I dobrze ci z tym? -
- Nie, ale teraz jej już nie ma. Nic nie będzie takie samo. -
- Ułożyłem dla niej pieśń. Nie wiem czy słyszałeś. -
- Obudziłeś mnie wczoraj rano tą pieśnią. Piękna choć smutna -
- Pierdoliłeś jej trupa, czego ty się spodziewałeś? Niedźwiedzia i Dziewicy Cud?
Zamilkł. A ja wyszedłem. Był już obiad. Przybył zmiennik i udałem się spożyć posiłek. Ryba i chleb. Nic więcej. Nic nad to. Udałem się do mojego pokoju aby odpocząć trochę. Jednak to nie trwało długo. Po chwili usłyszałem donośne kroki, więc uchyliłem drzwi. Jarmaine wbiegł jakby goniło go stado dzikich psów. Zapytałem go co się stało. Lecz zemdlał. Nie widziałem innego wyjścia jak zanieść go do jego pokoju i zawołać Ivara. Po drodze zobaczyła mnie Jenna, akurat kiedy wracałem z Ivarem. Brat kazał przyprowadzić starego maestra ale przybyła moja siostra i powiedziała nam o jego chorobie. Kiedy już się obudził to opowiedział nam co zaszło. Tunel łączący dwa pokoje brzmiał dziwnie. Ale mogłem się domyśleć. Natomiast, wychodząc już z pokoju zastanawiałem się co z Daynem. Dlaczego on? Ale pod moim pokojem czekała Ilithia. Przybyła wcześniej niż się spodziewałem. I była piękniejsza niż się spodziewałem. Uśmiechnęła się promiennie.
- Witaj Rhaegarze! -
- Witaj piękna Ilithio! -
- Czy moglibyśmy już zacząć? -
- A gdzie jest Anastazja? Czy jest sama? -
- Nie. Jest na kolacji a potem ma przyjść do twojej komnaty posłuchać jak śpiewasz. -
- Wygląda na to że nie mam nic do powiedzenia - odparłem z uśmiechem
- Nie, nie masz... - odwzajemniła uśmiech
Otworzyłem jej drzwi mojej celi. Mimo że już tu była to i tak nie byłem dumny z tego że miałem tylko siennik i jeden stolik oraz małą szafkę. Ale przypomniałem sobie zaraz że były miejsca gdzie się gorzej spało. Lecz mimo to usiadła. A ja wyjąłem lutnię. Usiadłem koło niej i pokazałem jej jak zagrać niektóre dźwięki. Choć nie od razu to pojęła. I chwyciła za gryf choć niewłaściwie. Bo dotychczas grała same nuty. Nie wiem o której zaczęliśmy ale ten czas upływał naprawdę przyjemnie. Raz ja zagrałem coś poważniejszego, raz ona próbowała coś zagrać. Przybyła Anastazja. Nie była tak ładna jak Ilithia ale wiedziałem że wie ile i na co ją samą stać. Wydawała się być jak jej ojciec. Usiadła obok mnie i słuchała. Postanowiłem zatem coś zagrać. Coś pięknego. I zagrałem im "Żonę Dornijczyka". Przy jednej ze zwrotek Ilithia położyła głowę na moje ramię. Fala ciepła przeszyła moje ciało ale grałem dalej. Anastazja miała zamknięte oczy i słuchała w skupieniu. Ilithia z wyraźną przyjemnością. Nie wiem kiedy ale zapadła ciemna noc. Postanowiłem obie odprowadzić. Anastazja poszła szybkim krokiem, aczkolwiek spojrzała na mnie spojrzeniem jej ojca. Nie z pogardą lecz z niewielką wyższością. Choć była wdzięczna. Ilithia ze mną została. Kiedy tak spacerowaliśmy po zamku ciesząc się sobą usłyszałem rozmowę dwóch służek. Wciągnąłem Ilithię do wnęki tak aby móc lepiej słyszeć. Ta zdziwiona że ją trzymam za ręce przy ścianie już chciała coś powiedzieć kiedy położyłem palec na moje usta. Zrozumiała.
- Znów zmieniałaś pościel w sypialni pana Matthew i pani Neth? -
- Tak. Ale to już zaczyna być uciążliwe -
- Dokładnie, znów brudna od nasienia. Czy oni codziennie? -
- Kaprysy państwa... Gorzej niż gdyby kocur posiadł kocicę - obie się zaśmiały
- Kocurowi wystarczy raz posiąść i miot gotowy. A pan musi próbować i próbować
Przy tym zdaniu nawet Ilithia się uśmiechnęła. Tymczasem służki rozmawiały dalej.
- Ale tym razem była to jakaś odmiana. Bo pościel nie była pobrudzona tylko nasieniem. -
- A czym jeszcze? Nie mów że...? -
- Wiem o czym myślisz ale nawet kocury mają na to piasek. Mówiłam o krwi. -
- Ale pan Matthew jest cały. Nie ma ran, a przynajmniej nie wygląda. -
- Tyle że to nie jest krew z rany. To jest krew pani Neth... Krew miesięczna -
- Ale przecież ona jest w ciąży. -
- Była w ciąży. Albo udawała ciążę -
- Na uczcie mówiła co innego. Ale choć już Nadja bo się nie wyśpimy -
Spojrzałem na Ilithię i wreszcie puściłem jej dłoń. Oboje się zarumieniliśmy ale spoważniałem natychmiast. Odprowadziłem ją do pokoju. Pocałowała mnie w policzek na pożegnanie, mówiąc że jutro też postara się przyjść. A ja skierowałem się do pokoju Jarmaine'a. Powiedziałem mu o rozmowie dwóch służek. Jego reakcja była dziwna. Po prostu kiwnął głową, tak jakbym upewnił jego obawy. A ja udałem się do swojej celi. Lecz dobiegło mnie stukanie protezy. Eomer.
- Rhaegarze, wiesz gdzie jest Ganiemedes? Bo przyjechał Leon Dayne z dwoma rycerzami z rodu Jordayne. I nie wiem gdzie ich ulokować. -
- Myślę że jest u siebie w pokoju ale może też siedzieć u ojca. Tam idź zobacz.
I udałem się spać. Nie przeszkadzały mi już nawet gniewne błyski mojej żony.

PROCES - DZIEŃ SZÓSTY

Wstałem później niż zwykle. I żona znów wyrzuciła mi że się zaniedbuję. Ale trudno. Przetarłem ją szmatką i poszedłem. Proces miał się odbyć na dziedzińcu. Choć uważam że to cholernie zbędne. Jednak ustawiono trzy krzesła. Na najwyższym środkowym już siedział Ivar, z pucharem w dłoni. Choć jeszcze nikogo nie było i dopiero ustawiano ławy. Nie wiem dlaczego część służby już spekulowała na temat wyroku choć jeszcze nic nie było wiadomo. Przybył jeden z ławników - starszy, dostojny i rycerski. Ilithia była do niego podobna więc to musiał być jej ojciec. Deimos Kruggan zajął swoje miejsce po lewej stronie Ivara. Ludzie zaczęli się już gromadzić więc ustawiłem się koło stanowiska zajmowanego przez oskarżonego. Było ono kilka jardów na prawo od krzeseł rady. Na środku była mównica przy której świadkowie mogli zeznawać. Większość już przybyła. Czekaliśmy tylko na oskarżonego i drugiego ławnika. Ławnik przybył chwilę później. Był to niezwykle przystojny młodzieniec. Teraz miał smutną twarz ale pewnie powalał uśmiechem. Sam siebie besztając szukałem spojrzeniem Ilithii. Wprowadzili Laszlo. Za nim szedł Jarmaine. Usiadł koło niego a ja dzierżąc moją żonę stanąłem obok. Ivar wstał i wyrzekł.
- Zebrani. W imię Siedmiu Bogów, w imię bogów starych i nowych! Zebraliśmy się dzisiaj aby osądzić Laszlo Firefly, którego oskarża się o zabicie Alicii Riverfall a następnie wykorzystanie jej trupa. - przerwało mu buczenie tłumu lecz Deimos powlókł spojrzeniem po ludziach a ci zamilkli. Następnie zabrał głos.
- Nim pozwolimy ci mówić, Tobie lub Twemu obrońcy wiedz że możesz milczeć, że możesz wybrać próbę walki, lub że możesz kłamać. Ale Siedmiu odpłaci ci stokroć gorzej -
- Ludzie. Nie zabiłem jej. Nie mogłem jej zabić, kochałem ją. Dlatego jej nie zabiłem. Nie przyznam się do zabicia jej. Bo po prostu tego nie zrobiłem. - zakończył i usiadł Laszlo
- Oddajemy głos maestrowi Tygettowi. - powiedział Leon Dayne
Z tłumu powstał mój przyrodni brat maester Tygett i udał się na środek.
- Dziewczyna miała bardzo wprawnie podcięte gardło. Jednym czystym i równym cięciem. Nie znalazłem też żadnych śladów opierania się mordercy, żadnych siniaków, nic. Ale jedna rzeczy mnie zastanowiła. Alicia Riverfall była podtruwana. Pracuję nad identyfikacją tej trucizny ale wiem że nie była ona aż tak inwazyjna jak inne trucizny. I wiem też że jest to trucizna nowa i niespotykana tutaj. Jest to indier. Rzadko spotykany nawet w Essos. Ale podejrzewam że w Starym Mieście jest już do zakupienia. -
- Dziękujemy ci Tygecie. Obrońca ma głos. - powiedział Ivar
Jarmaine wstał i z błyskiem w oku spojrzał na ławę oskarżycieli gdzie siedział Matthew z żoną. Następnie przemówił.
- Chciałbym aby przybył kasztelan Ganimedes Drey. -
Kolejna osoba przeciskająca się przez tłum. Kasztelan był ubrany dosyć uroczyście choć na czarno. Stanął na środku, wyjął chustę i otarł czoło.
- Kasztelanie, kto pierwszy znalazł ciało? -
- Ja je znalazłem kiedy robiłem codzienny obchód komnat w zamku. Słyszałem jak on mówi sam do siebie i uchyliłem drzwi. Tam leżało jej ciało. -
- Czy kiedy weszliście do komnaty Laszlo Firefly miał przy sobie narzędzie zbrodni? -
- Nie miał niczego w ręku. Tylko powtarzał cały czas że to nie jego wina, ale kiedy wróciłem ze strażnikami to miał już w ręku miecz i zranił jednego ze strażników ciosem w brzuch. -
- Dobrze. A czy wiedzieliście, że pod komnatą Laszlo i komnatą dziewczyny znajdują się sekretne przejścia prowadzące do tunelu? -
- Nie. Mój ojciec który mnie uczył też o nim nie wiedział, nikt z nas tego nie sprawdzał. -
- Dziękuję ci kasztelanie. - ten wrócił na miejsce - Zatem wnioskując. Kasztelan nie mówił o śladach krwi. I kiedy sam badałem to miejsce to takowych nie było. Więc Alicia nie mogła zostać zamordowana w tym pokoju. tylko została przeniesiona ze swojego pokoju do komnaty Laszlo. - zakończył wywód Jarmaine i zadowolony usiadł
- Dziękujemy. Teraz oskarżyciel. Oddajemy ci głos. - rzekł Deimos
- Dziękuję. Ja chciałbym powołać na świadka strażnika Frederica. -
Tym razem strażnik nie wyszedł z tłumu tylko zza krzeseł Ivara i ławników. Stanął na środku. Młody ale już mający kilka szram. Matthew rzekł do niego.
- Fredericu czy zauważyłeś coś dziwnego kiedy pełniłeś wartę? -
- Widziałem jak Laszlo wymykał się z pokoju. -
- O jakiej to było porze? -
- Późną nocą. Kiedy wszyscy już spali, przynajmniej wszyscy w jego skrzydle. -
- Dziękuję ci Fredericu. A teraz mam pytanie do oskarżonego. Po co się wymykałeś? -
Laszlo wstał i spojrzał z niechęcią na Matta.
- Kiedy dowiedziałem się że tu jest to chciałem chociaż popatrzeć w jej okno. Ją zobaczyć -
- Jasne. - Matthew prychnął - Ale nie mam pytań już.
- W takim razie znów obrońca ma głos. -
Jarmaine wstał i znów zdecydowanym głosem powiedział
- Chciałbym przesłuchać Laszlo Firefly. -
Więc poprowadziłem Laszlo na środek. Stanąłem kilka stóp dalej aby nie dyszeć mu w kark.
- Co się stało kiedy wszedłeś do swojej komnaty?
- Ona... Ona tam już była. Nieruchoma, martwa. Kochałem ją. Lecz ojciec zabronił mi ją poślubić. Twierdził że w ten ród wżeniony już jest wuj. I ja nie mam tam czego szukać. Ale teraz jej śliczne oczy zgasły. -
- Ale to ci nie kazało wykorzystywać jej zwłok - wykrzyknął Matthew oburzony
- Są różne rodzaje miłości. Czy ty kochasz swoją żonę wuju tylko za to jaka jest? Tylko za jej urodę? Czy też kochasz ją pierdolić? Prawdziwa miłość obejmuje wszystko na raz. -
- Ale wtedy była martwa - nie ustępował Matthew a Jarmaine zrezygnowany usiadł
- Ale dalej ją kochałem wuju. I przyznaję się do tego że wykorzystałem... wykorzystałem ją... choć się wzbraniałem. -
- Widzę że ten świadek koniec końców odpowiadał głównie oskarżycielowi więc obrońco, masz prawo powołać jeszcze jednego. A ciebie Matthew proszę żebyś nie pytał kiedy nie twoja kolej. - powiedział Ivar
- Ja powołuję strażnika Hagena.
Żwawym krokiem szedł strażnik, stary weteran choć nadal młodszy niż Eomer. Stanął na środku a Jarmaine zwrócił się do niego.
- Dokąd dokładnie prowadzi ukryty pod komnatami sekretny tunel? -
- Zbadałem go i prowadzi on od biblioteki aż do końca korytarza na pierwszym piętrze, Było tam też wiele zawalonych odnóg więc nie wykluczone że jest dłuższy. -
- A ile sekretnych przejść, rzecz jasna niezawalonych znaleźliście? -
- Takie przejścia były tylko dwa. Co dziwne wyglądały na często używane bo odrzwia były nowe, i zawiasy również. -
- A do jakich pokojów prowadziły te dwa przejścia? -
- Do pokoju oskarżonego i do pokoju ofiary -
- Dziękuję strażniku Hagenie. -
Kiedy strażnik usiadł, wstał Leon i przemówił
- A teraz kolej oskarżyciela. -
- Ja przywołuję moją siostrę Assenę Firefly
Wysuwa się z tlumu, ubrana w skromną brązową sukienkę, włosy zaczesane w gładki warkocz i nieśmiały wyraz twarzy. Skromna lecz godna. Ale coś jakby rozstrzęsiona.
- Siostro, wiemy że odwiedziłaś Laszlo w celi. Proszę powiedz nam czego się dowiedziałaś.-
- On powiedział - szeptała
- Głośniej siostrzyczko - powiedział Matthew
- On powiedział że zwykłe pierdolenie nie sprawia mu żadnej radości. Że w ten sposób czuje się spełniony. Że tylko tak może sobie sprawić radość. -
Prawie czuć było to zadowolenie Matta. I prawie czuć też było złość Jarmaine'a. Assena spojrzała z przestrachem na brata jakby chciała żeby przestał ją wypytywać. Ale tym razem podniósł się Ivar i zapytał ją z wyraźną troską w głosie
-Asseno, czy jest coś, o czymś boisz się nam powiedzieć? -
Dziewczyna spuściła głowę.
-Ona się bała – wyszeptała po chwili.
-Kto się bał?
-Alicia – powiedziała nieco głośniej. – Nie chciała jechać do Eclipse, wolała zostać przy lady Daenie, ale lord Ormund powiedział, że ma dotrzymać mi towarzystwa. Twierdził, że spotkanie z rodziną dobrze jej zrobi po trzyletniej rozłące, ale…
-Ale?
-Ona nie chciała się z nią widzieć. To znaczy z lady Netharią, swoją ciotką – po raz kolejny spojrzała nerwowo na Matta, ale jej głos stawał się coraz mocniejszy, choć ciągle drżał. – Obchodził ją tylko jej młodszy braciszek… Domeric... Ich pan ojciec umarł tak nagle i… ona bała się o Dome’a – wyszeptała przejęta. – To był chorowity chłopczyk, dopiero co skończył siódmy dzień imienia, ale i tak wysłano go na wychowanie do Raventree. Nie powinien się tam znaleźć, lord Blackwood pewnie próbował uczynić z niego żołnierza, ale wystarczyło tylko raz spojrzeć na chłopca, że się do tego nie nadaje. Tak mi mówiła.
-No dobrze, ale co ma mały Domeric Riverfall do śmierci swojej siostry?
-Och dużo, słodki bracie - odparła. - Alicia bała się, że jej braciszek nie dożyje dorosłości, a wtedy ona stałaby się lady Riverfall. Chciała jak najszybciej za mąż i urodzić mu dziedziców, żeby nikt nie mógł zakwestionować jej praw do Dworu Wodospadu – sama przecież była bezbronną dziewicą, a lady Neth ma wpływowego męża i dwójkę silnych dzieci, chorąży mogliby woleć Matta, nie dziwiłabym im się. Czasy są przecież niespokojne. Lord Hightower już obiecał jej rękę młodemu lordowi z pogranicza - dodała. - Tak się cieszyła – po jej bladym policzku spłynęła pojedyncza łza. Ta jedna łza. Jak dotąd wiedziałem że Assena doświadcza uczuć naprawdę. Ale widząc tą malutką łezkę zacząłem wątpić. W Essos były trupy wędrownych aktorów. Ale jeśli Assena grała to grała lepiej niż wszystkie te grupy razem wzięte. Choć grać w takiej chwili? Moje rozmyślania przerwało pytanie zadane przez Jarmaine'a
- Czy Alicia widziała się z Laszlo przed zbrodnią? Na przykad w Starym Mieście? -
- Oczywiście że tak. Ojciec Laszlo, Aidan jest przyjacielem lorda Ormunda. Lord Hightower często zapraszał ich do siebie. Widać było że Alicia mu się podoba. -
- Komu? -
- Laszlo. Wszyscy wiedzieli że ją kochał. Że wodził za nią wzrokiem. -
- Czyli wątpisz w to że Laszlo ją zabił? -
- To nie był on. To musiał być ktoś inny, ktoś kto wiedział o tym przejściu. Laszlo może i wykorzystał ją ale nie mógł jej zabić. Nie miał powodu aby to robić. Nikt nie miał. To była słodka dziewczyna - tutaj rozpłakała się. Przerwany szloch był smutny. Wszyscy mężczyźni pochylili się z troską i jestem pewien że gdyby tylko skinęła głową znalazłaby tuziny męskich ramion w które mogłaby się wypłakać. Ale ona już się uspokoiła i mówiła dalej.
-Ktoś musiał to dokładnie zaplanować – dodała po chwili, powstrzymując łkanie. – Nikt nie odważyłby się na takie morderstwo pod wpływem impulsu. Nie teraz w momencie gdy mały Domeric umarł...
Zapanowało ogólne poruszenie. Jarmaine podszedł do Ivara i mu coś szepnął. Kilkanaście głosów otwarcie chciało wyjaśnień. Matt wyglądał jakby miał eksplodować a żona go strofowała otwarcie.
- Cisza!! - wykrzyknął Deimos. Lud zamilkł i wszyscy wpatrywali się w Assenę.
- Czy dobrze usłyszałem słodka siostro że Domeric Riverfall nie żyje? - zapytał Ivar wstrząśnięty wiadomością
- Nie mogę więcej... Już i tak za dużo powiedziałam -
- Skąd o tym wiesz pani? - zapytał Leon ze współczuciem w głosie
Assena jednak nie odpowiedziała, bojąc się jeszcze bardziej. Deimos powiedział
- Dziecinko, ukrywanie czegokolwiek przed sądem jest surowo karane. Zarówno przez Siedmiu jak i tutaj w Westeros. Powiedz nam skąd wiesz o śmierci Riverfalla.
- Od Matta – powiedziała bardzo cicho. – Wczoraj w nocy przyszedł do mojego pokoju. Mówił coś o swoim dziedzictwie i sukcesji… Podważył twoje prawa Ivarze. Powiedział… powiedział że chce dla syna Aenysa Riverfall, Eclipse i Wężowego Dworu. Po czym zawiadomił mnie o śmierci Domerica. Przyleciał kruk z Raventree… Od lorda Blackwooda. Koc wypadł mi z rąk… ale… Matt nie pozwolił mi się okryć z powrotem – jej głos przemienił się w urywany szloch. – Kazał mi przysiąc, że będę zeznawać na jego korzyść… Bałam się że mnie skrzywdzi, jeśli odmówię… Po czym zaczął mnie dotykać. Błagałam żeby przestał, ale… - wtedy słowa do końca utonęły w histerycznym płaczu.
Matthew już czerwony niczym rozgrzana stal którą tak kochał kuć krzyknął
- To kłamstwo!!! To jest najgorsze kłamstwo!!! Przybyłem do niej porozmawiać. Nie namawiałem ją do zeznawania na moją korzyść. A przynajmniej nie namawiałbym jej w taki sposób. To jest moja siostra a ja mam żonę!!!! - krzyczał Matthew. Assena już histerycznie płakała, zatem podszedłem i pomogłem jej zejść. Spojrzała na mnie. Już wiedziałem. Ale wróciłem na miejsce. Deimos po raz trzeci zdołał opanować tłum. Ten człowiek ma w sobie jakiś dar. Taki jaki mało który przywódca ma.
- Powiedzcie wasze ostatnie słowa i zapadnie wyrok. Obrońco i oskarżycielu, macie głos. -
Matthew wstał i szybciej niż Jarmaine podszedł na środek.
- Sędziowie! Ludzie! Widzicie teraz potwora tam, - tu wskazał na Laszlo - on zabił a potem zbezcześcił ciało mojej krewnej. Chyba nie kupujecie tych bajeczek o miłości jaką darzył Alicię? Słyszycie jak on się wypowiada! Wyobraźcie sobie że to była wasza córka... Co wy byście zrobili? Co wy się stało? Czy nie zasieklibyście go na miejscu? Choć to nie moja córka to ten potwór na to zasługuje, zasługuje na wszystko co najgorsze. Tygett mówił że nie stawiała oporu - znała go. Jarmaine udowodnił że została zabita u siebie w pokoju. To także się zgadza. Wymknął się też jednej nocy. Wyszedł po to aby ją zabić. Wnoszę o to aby uznać go za winnego. I także o to żeby stało się zadość i żebym to ja wykonał karę. -
Matthew usiadł i mimo wcześniejszego incydentu uśmiech wrócił na jego twarz czego nie można było powiedzieć o jego żonie. Natomiast Jarmaine wolnym krokiem wyszedł na środek, spojrzał zimnym, północnym wzrokiem na sędziów i rzekł
- Będę z wami szczery. Kiedy zaproponowano mi bym został obrońcą Laszlo Firefly, nie wierzyłem w jego niewinność a ten ciężki obowiązek przyjąłem z niesmakiem i poczuciem obrzydzenia wobec zbrodni, której dokonał. Choć sam nie mam dzieci, wyobrażam sobie straszliwy ból jaki musi odczuwać rodzina tej pięknej młodej dziewczyny - tutaj spojrzał wymownie w stronę Matthew i Neth - Postanowiłem sobie w duchu, że nie pozwolę by zbrodniarz odszedł wolno. Postanowiłem, że Laszlo Firefly skończy tam gdzie jego miejsce, w samym dnie siedmiu piekieł. Jednak z czasem pojawiły się wątpliwości. A wątpliwości zaczęły zamieniać się w pewność, że ten człowiek nie jest winny zbrodni, której mu się zarzuca. Owszem, jest potworem a czyn, którego się dopuścił trudno wybaczyć, jednak dziś sądzimy zbrodniarza a nie ohydnego dewianta bezczeszczącego zwłoki. Laszlo Firefly nie jest mordercą a dowody które dziś przedstawiłem nie powinny wzbudzać żadnych wątpliwości. Laszlo Firefly jest ofiarą spisku, pechowym głupcem, który zamiast natychmiast wszcząć alarm kiedy znalazł w komnacie ciało Alicii Riverfall, postanowił dać upust swoim ohydnym żądzom. Czy zasługuje na śmierć? Nie. Zasługuje jedynie na pogardę i życie w odosobnieniu gdzie już nigdy nie dopuści się swych diabolicznych praktyk. W świetle ujawnionych dowodów proszę o uniewinnienie Laszlo Firefly od zarzucanych mu czynów. Mogę wam również obiecać, że prawdziwy sprawca zbrodni zostanie niedługo pojmany i stosownie osądzony, gdyż znam jego prawdziwą tożsamość i posiadam niezbite dowody na jego winę.
I znów wrzawa, której Deimos tym razem nie zdołał opanować. Dlatego wszyscy sędziowie odeszli od krzeseł i wrócili do zamku. A kiedy ludzie zamilkli zdziwieni ich nieobecnością to strażnicy utrzymawszy wcześniej instrukcje, zarządzili przerwę. Laszlo postanowił się zdrzemnąć co było niedorzeczne. Ale bardziej zastanawiały mnie słowa Jarmaine'a. Kto jest zabójcą? Nim się obejrzałem wrócili. Wszyscy z mieszanymi uczuciami wypisanymi na twarzach. Ivar przemówił
- W świetle przedstawionych dowodów i zeznań, postanowiliśmy uniewinnić Laszlo spod zarzuconych mu zbrodni. -
- Jednakże po obrębie Eclipse będzie się on poruszał tylko i wyłącznie w eskorcie dwóch strażników, dopóki nie wróci jego ojciec i go nie zabierze. - dodał Leon
- Wyrok zesłało Siedmiu i tylko Siedmiu będzie go mogło odwołać. Idźcie ludzie w pokoju - zakończył Deimos
Ludzie się rozeszli. Rozkułem Laszlo i oddałem go dwóm strażnikom pod opiekę. Poczułem na sobie wściekły wzrok Matta w chwili kiedy opadły kajdany Laszlo. Nic nie poradzę na taki wyrok. Udałem się do siebie do pokoju. Stwierdziłem że teraz najlepiej będzie chwilę poświęcić mojej ukochanej. Polerowałem ją myśląc jednocześnie kto może być zabójcą. Proces skończył się popołudniu więc wszyscy byli głodni. Znów ryba i chleb. Nic ponad to. Czas do wieczora upłynął mi na rozmyślaniach. I brakowało mi jej obecności. Nie mojej żony tylko o dziwo Ilithii. Wiem że łamię wszystkie reguły. Ale ona jest mi coraz bliższa. Wtem rozległo się pukanie i wszedł Jarmaine z Ivarem i Eomerem.
- Potrzebujemy cię bracie. Chcemy dzisiaj złapać zabójcę. - powiedział Jarmaine
- Młody sprawa jest delikatna bo tu chodzi o kobietę - wypalił Eomer
Słuchałem ich opowieści z narastającym zdziwieniem ale i zrozumieniem. Na końcu już zrozumiałem wszystko. Jeśli by cokolwiek nie poszło to masz go przytrzymać a my ją zabierzemy. - rzekł Eomer
Udaliśmy się nieśpiesznym krokiem. Aż pod same drzwi towarzyszyło mi dziwne uczucie, aresztować kobietę? Na serio? Ivar zapukał do drzwi. Otworzyła im skąpo ubrana kobieta, która zaraz przeciągnęła się jak kotka.
- Neth Firefly w imieniu mojego ojca i jego władzy jesteś aresztowana pod zarzutem zlecenia zabójstwa Alicii Riverfall.
Po czym zaprowadzili ją do lochu. Matthew spał więc nie byłem właściwie potrzebny lecz Jarmaine powierzył mi klucz ze słowami
- Ufam ci bracie. Wiem że będziesz go pilnował tak jak swej żony
Mam napisać coś mądrego? Po co ?
Słowa to przecież tylko wiatr...

Nec Hercules contra plures

Przerabiam piosenki :D

NoFaceMan
Poziom 2
Awatar użytkownika
Rejestracja: 23 lip 2013, o 10:14

Postautor: NoFaceMan » 31 sie 2014, o 10:22

[center]JARMAINE FLOWERS[/center]

[center]Dzień 6[/center]

[center] Ranek [/center]

- To szaleństwo Asseno – zagrzmiał ser Raymund Corse, rycerz, który przybył wraz ze świtą mojej przyrodniej ze Starego Miasta – Zastanów się o co nas prosisz! Wszyscy możemy skończyć na stryczku!
Assena wydawała się zdeterminowana, położyła dłoń na ramieniu Raymunda i odezwała spokojnym głosem.
- Dobrze znałeś Alicję, prawda Raymundzie? –
Przytaknął.
- Pamiętasz co przysięgałeś w sepcie gdy pasowano cię na rycerza? Przysięgałeś na swój honor bronić słabszych i stać na straży sprawiedliwości. Chcesz tak po prostu pozwolić by jej zabójstwo uszło tym potworom na sucho? Schować głowę w piasek i udawać, że nic się nie stało?
Raymund pomyślał przez chwilę, po czym skierował wzrok na mnie.
- Ufasz temu bękartowi? –
- To nie ma znaczenia. Wiem, że mówi prawdę – odparła – Ma dowody, ale zanim je przedstawi Ivarowi, musimy zrobić to o co prosi.
Raymund pokręcił głową, głośno wzdychając.
- W pięciu i tak nie damy rady tego dokonać Asseno. Na pewno mają obstawę!
- Mam ośmiu ludzi do pomocy – odezwałem się– Do tego kilkunastu miejscowych, którym obiecałem złoto za pomoc. Nie są rycerzami, ale brali już udział w wojnach, potrafią walczyć.
- A co z Rheagarem? Pomoże nam? – spytała Assena
- Nie miałem okazji z nim porozmawiać, Ivar polecił mu pilnować Laszlo podczas procesu.
W oddali zabiły dzwony w sepcie.
- Za chwilę zacznie się proces, musimy wracać – powiedziałem do Asseny po czym zwróciłem do Corse'a, dając znak Herniemu by podjechał bliżej – To jest Herni, jeden z moich ludzi. Wprowadzi was w szczegóły i będzie dowodził akcją.
Raymund skinął głową bez protestu. Assena pożegnała się z rycerzem, dziękując i życząc powodzenia po czym wyjechaliśmy z zagajnika i pogalopowaliśmy w stronę zamku.

***

Proces odbywał się na dziedzińcu co wzbudzało u mnie pewne obawy. Na odkrytym terenie Laszlo nie był tak bezpieczny jak w komnacie a strzała, ukrytego w którejś z okiennic zamachowca z pewnością łatwo dosięgała by celu. Ivar jednak uznał, że komnata lorda Juliusa nie pomieści wszystkich gapiów a trzeba było przyznać, chętnych by zobaczyć jak głowa mordercy ląduje na piachu było sporo.
Kiedy wszedłem na dziedziniec, na placu tłoczyli się damy dworu oraz rycerze służący domowi Świetlików. Ściszonymi, lecz pełnymi ekscytacji głosami dyskutowali między sobą przekazując zasłyszane na dworze plotki. Zauważyłem, że kilku mężczyzn obrzuciło mnie niechętnym spojrzeniem, wszyscy wiedzieli, że to ja mam tą wątpliwą przyjemność bronić mordercy Alicii Riverfall.
W tłumie wyłowiłem Jennę, która widząc mnie szybko odwróciła wzrok. Mogłem tylko zgadywać, że nie podoba jej się mój udział w tej sprawie. Była przekonana co do winy Laszlo i nie chciała bym został jego obrońcą. Nie znała jednak całej prawdy, jeśli jednak zostanie do końca procesu, z pewnością zrozumie, dlaczego podjąłem się bronić syna Aidana.
Przechodząc w stronę wyznaczonego miejsca dla obrońcy poczułem ukłucie. Ktoś szturchnął mnie łokciem w żebro, odwróciłem się i zobaczyłem szpakowatego, okutego w lekką zbroję żołnierza. Na pelerynie wyszyty miał herb Pinewoodów, zgadłem więc, że to jeden z ludzi Aidana, z którym przybył kilka dni temu do Eclipse.
- Do twojej wiadomości Flowers – szepnął złowrogo – Wysłaliśmy już posłańca do ser Aidana. Będzie wściekły gdy się dowie jak potraktowaliście jego pierworodnego. Jeśli spadnie mu włos z głowy…
- W moim interesie jest udowodnić jego niewinność panie – odparłem kurtuazyjnie – Laszlo zostanie sprawiedliwie osądzony ale wyrok jest w rękach Bogów.
- Raczej w rękach Ivara – syknął rycerz – Na rękę mu się pozbyć bratanka, jeden mniej w drodze do spadku.
Nie odpowiedziałem na tą zaczepkę i ruszyłem dalej, zajmując miejsce obok Laszlo, wprowadzonego przez strażników. Obok ujrzałem Rheagara, który w trakcie procesu miał zadbać o bezpieczeństwo bratanka.
Proces przebiegał tak jak się spodziewałem. Szybko zostali przesłuchani główni świadkowie. Matthew powołał jednego ze strażników, który pełnił wartę w noc śmierci Alicii Riverfall, jednak jego rewelacje chyba za specjalnie nie poruszyły żadnego z ławników. Zaskoczony byłem jednak zeznaniami Asseny. Dopiero teraz dowiedziałem się co zaszło zeszłej nocy w jej komnacie. Wiedziałem, że jest niezłą aktorką, ale czy kłamałaby pod przysięgą w takiej sprawie? Mimochodem spojrzałem na Beth Firefly.
- Koc wypadł mi z rąk… ale… Matt nie pozwolił mi się okryć z powrotem – jej głos przemienił się w urywany szloch. – Kazał mi przysiąc, że będę zeznawać na jego korzyść… Bałam się że mnie skrzywdzi, jeśli odmówię… Po czym zaczął mnie dotykać. Błagałam żeby przestał, ale…
Usta Beth Firefly zacisnęły się w wąską linię, jednak jej zimna, pozbawiona emocji twarz się nie zmieniła. Nie spojrzała nawet na męża, który oburzony oskarżeniami Asseny, zaczął wszystkiemu zaprzeczać.
Za plecami słyszałem podniesione głosy gapiów, którzy zaczęli komentować to co przed chwilą usłyszeli od Asseny. Ivar wydawał się mocno zaskoczony i skołowany, szeptem naradzał się z Krugannem i trzecim ławnikiem. Po chwili pozwolili nam wygłosić swoje mowy końcowe. Mówiłem szczerze, z serca, choć rzadko kiedy mi się to zdarzało. Gardziłem Laszlo Firefly, ale wtedy, w tym momencie naprawdę nie chciałem by temu chłopakowi stała się niesprawiedliwość.
- W świetle ujawnionych dowodów proszę o uniewinnienie Laszlo Firefly od zarzucanych mu czynów. Mogę wam również obiecać, że prawdziwy sprawca zbrodni zostanie niedługo pojmany i stosownie osądzony, gdyż znam jego prawdziwą tożsamość i posiadam niezbite dowody na jego winę. –
Po tych słowach rozpętała się prawdziwa burza. Ludzie zaczęli się przekrzykiwać a Deimos Kruggan nie był w stanie zapanować nad tłumem. Ivar zarządził przerwę, która trwała nie dłużej jak godzinę. Po naradzie, ławnicy wrócili usłyszałem to co chciałem usłyszeć. Laszlo został uniewinniony.
Rhaegar rozkuł Laszlo, który przez chwilę siedział skołowany, jakby nie rozumiał co się stało.
- Jesteś wolny chłopcze – zwróciłem się do niego –Choć na twoim miejscu bym się nie cieszył. Jak ci życie miłe zaszyj się w Pinewood i nigdy stamtąd nie wyjeżdżaj.
- Dzię…dziękuje – wybełkotał pod nosem
Spojrzałem w stronę Matthew, który wbił wzrok najpierw a Laszlo i Rheagara a potem na mnie. Gdyby mógł zabijać oczami, z pewnością leżałbym już martwy.
Kiedy podszedłem by podać mu dłoń, odwrócił się na pięcie , złapał Beth pod rękę i ruszył w stronę zamku.
Na ramieniu poczułem mocny ucisk. Odwróćiłem się, stał za mną czerwony na twarzy Ivar.
- Chyba musimy porozmawiać! – syknął w moją stronę.

***

Zatrzymaliśmy konie u wylotu jaskini, w miejscu, które miejscowi nazywali Ręką Garetha Zimnorękiego. Ivar przez całą drogę się nie odzywał, patrzył na mnie jedynie z pod byka i szeptał bezgłośne przekleństwa.
- Wyjaśnisz mi w końcu co to miało znaczyć? Kto zabił Alicję Riverfall?! I dlaczego ukryłeś przed mną, że wiesz kto za tym stoi! – zaczął krzyczeć gdy zsiedliśmy z koni.
- Spokojnie Ivarze, wszystkiego dowiesz się w swoim czasie –
Spojrzałem na niebo by sprawdzić położenie słońca i zorientować w godzinie.
- Usiądźmy – rzekłem po czym przycupnąłem na jednej ze skał. Wyciągnąłem bukłak z winem, pociągnąłem łyk i podałem Ivarowi. Dziedzic, wciąż wściekły, przyglądał mi się mrużąc oczy.
- Nie bój się Ivarze, to wino nie trucizna – uśmiechnąłem się, choć uśmiech to był pozorny. Wciąż nie wiedziałem czy ser Raymudowi i moim ludziom udało się wykonać misję. Moje informacje wydawały się pewne, wiedziałem ilu strażników pilnować będzie szlachciców, w których izbach ich ulokowano, kto będzie próbował stawiać największy opór.
Ivar usiadł obok mnie i popił wino.
- Niepotrzebnie ci zaufałem bękarcie – stwierdził – Ojciec zawsze powtarzał, że bękarty są z natury zdradliwe
- Cóż, zapewne miał rację – znów się uśmiechnąłem – Są kłamcami, dlatego sami potrafią doskonale wyczuć innych kłamców.
- Więc nawet nie próbujesz zaprzeczać! –
- Jeśli cię okłamałem, lub ukryłem prawdę to tylko by cię chronić – wyjaśniłem – To co dziś zrobiłem może zostać uznane za zdradę a wtedy tylko ja poniosę konsekwencje.
- Co niby zrobiłeś!? – zapytał głośno Ivar, prawie opluwając się winem.
Nim zdążyłem odpowiedzieć, usłyszałem tętent kopyt. Podnieśliśmy się z kamieni i spojrzeliśmy w stronę skał. Po chwili pojawili się jeźdźcy. Rozpoznałem ser Raymunda Corse i czterech rycerzy, z którymi przybyła do Eclipse, Assena. Za nimi ciągnęli jeńcy pilnowani przez moich ludzi. Szybko ich policzyłem. Brakowało Dantona i Irwicka, musieli więc zginąć w trakcie akcji.
Ser Raymund podjechał do nas i dopiero teraz zauważyłem, że zbroja na jego przedramieniu jest wgnieciona a on sam krwawi. Mimo tego nie dawał po sobie poznać, że został ranny. Widząc Ivara ukłonił mu się uprzejmie i przywitał zgodnie z obyczajem.
Ivar spojrzał najpierw na mnie a potem ludzi, którzy siedzieli skrępowani na koniach. Rozkazałem moim chłopcom ściągnąć ich z siodeł.
- Zapłacisz za to ty parszywy Świetliku – wrzasnął najstarszy z pojmanych w stronę Ivara. Szlachcic najwyraźniej został wyciągnięty siłą z łóżka, bo wciąż miał na sobie lekkie odzienie i nie przypominał człowieka wysoko urodzonego.
- Niech ktoś mi wreszcie wyjaśni co tu się dzieje!? – wrzasnął Ivar.
- Pragnę ci przedstawić – rzekłem podchodząc do jeńców, którzy zostali sprowadzeni na kolana i teraz w rzędzie klęczeli przed mną i Ivarem – To jest ser Bjorn Trapton, a to ser Harold Gidemann. Ser Parys Sachuetch, ser Andy Grafton a ta piękna dama to Kella Rivers.
Wymieniłem nazwiska wszystkich pojmanych. Ivar zbladł.
- Przecież to są wasale Matthew! –
- Nie Matthew, tylko jego żony Nethanii . Choć rzeczywiście nasz brat w swej błogiej naiwności sądzi, że to jemu są wierni i go słuchają -
- Dalej nie rozumiem Jarmaine. Dlaczego pojmałeś tych ludzi, jakiej zbrodni się dopuścili?
- Większość z nich na razie żadnej. Ale to się może zmienić jak złapiemy prawdziwego zabójcę.
- Przestań mówić zagadkami! -
- Obiecałem Ci, że wydam nazwisko prawdziwego zabójcy Alicii.
- Kto nim jest?
- Neth Firefy
Ivar zaśmiał się gardłowo.
- Przestań robić ze mnie głupca.
Popatrzyłem na niego nie odzywając się. Ivar otworzył szeroko źrenice, kręcąc głową.
- Ty mówisz poważnie…
- Nigdy nie byłem bardziej poważny Ivarze. To Neth Firefly wynajęła zabójcę, który zamordował Alicję. Mam na to dowody.
Wyciągnąłem list, który znalazłem w pracowni maestra Havelocka.
- Co to jest? - zapytał wczytując się w treść.
- List nadający ziemię dwóm bękarcim synom maestra Havelocka, nieopodal Riverfall. Wnukowie maestra mają zostać przyjęci na giermków a następnie pasowani na rycerzy.
- Ale jaki to niby dowód na zbrodnię!? -
- To Havelock przydzielił Alicji i Laszlo wskazane komnaty. Te z ukrytymi przejściami pod podłogą. Miał ułatwić zabójcy wrobienie Laszlo, choć zapewne do końca nie zdawał sobie z tego sprawy. W zamian Neth obiecała Havlockowi, to o czym właśnie przeczytałeś w liście.
- Nawet jeśli to prawda, to nie znaczy, że zleciła zabójstwo!
Opowiedziałem Ivarowi wszystko od początku. Pierwsze podejrzenia pojawiły się kiedy Matthew wyprawił ucztę. Śmierć bratanicy, wydawała się Neth Firefly mało obchodzić, a nawet cieszyć, co wyraźnie dało się zauważyć podczas biesiady. Gdy odkryłem ukryte przejścia pod komnatami, wiedziałem już że Laszlo prawdopodobnie wcale nie zabił biednej Alicji. Przesłuchałem maestra Havelocka, który w końcu zdradził dlaczego i na czyją prośbę przydzielił komnaty. List potwierdzał jego słowa, Beth Firefly przekupiła go obiecując podnieść status społeczny i materialny jego nieślubnym bachorom, o które tak się troskliwie troszczył zdradzają ród Świetlików.
Od Asseny dowiedziałem się zaś o tym jaki Neth mogła mieć motyw. Alicja i jej młodszy brat byli kolejnymi w sukcesji do objęcia Riverfall. Ich śmierć ułatwiała znacznie mężowi Neth przejęcie władzy nad Wodospadem. Pozostawało jedynie dowiedzieć się kim był nasłany przez nią zabójca.
- Wczoraj dwóch moi ludzi uprowadziło Gordana Lakewooda, jednego z osobistych strażników lady Neth – kontynuowałem wyjaśnienia podczas gdy Ivar słuchał mnie blady jak ściana - Służył jej jeszcze zanim poznała przyszłego męża więc uznałem, że ser Gordan zna wiele tajemnic swojej pani. Nie myliłem się. Osobiście na jej prośbę znalazł dla niej zabójcę, któremu też zapłacił za zlecenie. Matthew o niczym nie miał pojęcia, wszystko zrobiła za jego plecami.
- Czy Lakewood może to potwierdzić? – spytał Ivar
- Niestety, stan w jakim go zastałem po przesłuchaniu raczej nie pozwoliłby mu dożyć dzisiejszego ranka – odpowiedziałem – Ale jest wśród nas osoba, która zna prawdę i pomagała Neth Firefly pozbyć bratanicy.
Ivar spojrzał na jeńców, którzy do tej pory słowem się nie odezwali. W końcu Bjorn Trapton nie wytrzymał i krzyknął spluwając.
- Ten bękart bredzi od rzeczy! Wypuść nas Firefly, zanim sprawy posuną się naprawdę za daleko! Te oskarżenia to jakieś podłe oszczerstwa, lady Nethania nie jest mordercą! Nigdy bym nie pozwolił by zamordowała córkę lorda Jedidaha!
- Ty nie – szepnąłem po czym podszedłem do Andego Graftona – Ale ser Grafton nie miał żadnych oporów, prawda?
Grafton zacisnął usta, jednak się nie odezwał. Bjron popatrzył na niego z niedowarzeniem.
- Andy! Andy powiedz temu skurwysynowi, że jest łgarzem i kłamie w żywe oczy!
Odpowiedziała znowu cisza.
- Grafton, przeklęty psie, powiedz że to nieprawda! - krzyczał Trapton, wściekły podnosząc się z kolan - Jak mogłeś brać udział w tym szaleństwie?!
- Wykonywałem tylko rozkazy mojej pani – szepnął Grafton przełykając ślinę.
- Ale dlaczego? Dała ci dupy czy coś obiecała?! Odpowiadaj zdrajco!
Więcej ser Andy Grafton się nie odezwał.
- Nasłany zabójca nazywał się Benjen Carolls. Był w świcie Matthew i Nethanii, jako jeden z wolnych – wyjaśniłem to czego dowiedziałem się od przesłuchanego przez moich ludzi Lakewooda - Niestety moim ludziom, nie udało się namierzyć Carollsa. Przypuszczam, że uciekł albo ktoś z otoczenia Neth pomógł mu opuścić ziemski padół, by przypadkiem za dużo nie powiedział.
Ivar jakiś czas milczał po czym dopił resztkę wina z bukłaku i zwrócił do mnie pokazując na jeńców.
- Co z nimi zrobimy? -
- Musiałem ich pojmać w razie gdyby próbowali nam przeszkodzić w zatrzymaniu Neth.
- To niby ma nas uchronić przed gniewem Riverfall? – zagrzmiał rozłoszczony.
- Póki są zakładnikami ich żołnierze nie odważą się nas zaatakować. Jeszcze dziś każę ich wywieść daleko stąd, tak by nikt prócz mnie nie znał miejsca ich pobytu. Tyget wyśle kruka do lorda Tully, przekaże mu wiadomości na temat prawdziwych zabójców córki jego wasala. Jeśli wydamy Nethanie w jego ręce by mógł ją uczciwie osądzić za zabójstwo krewnej, może oszczędzimy Eclipse przed wojną.
Ivar usiadł załamany na kamieniu, łapiąc się za głowę.
- Wskazałem ci winnego zbrodni – odezwałem się po chwili – Ale ty sam musisz zdecydować co z tym zrobić. O całej sprawie wiem tylko, ja, ty, Assena i ci ludzie. Możesz udawać że nic się nie stało i zapomnieć o wszystkim albo wymierzyć sprawiedliwość. Wybór zostawiam tobie.
Ivar siedział nie odzywając się i myśląc. Wydawało się, że chwila ta trwa bez końca.
- Sprowadzę na dom ojca zagładę. Matthew nie pozwoli by spotkała ją kara, nawet jeśli na nią zasłużyła – tu przerwał na moment, wyraźnie się wahając- Ale jak mógłbym spojrzeć w lustro wiedząc, że stchórzyłem?
Poklepałem brata po ramieniu.
- Trzeba mieć nadzieję, że Matthew wykaże się rozsądkiem i nie zwróci przeciwko własnej rodzinie. W końcu on też został zdradzony i oszukany.
Ivar przytaknął, bez większego przekonania.

***

Po powrocie z nad Ręki Garetha, , Ivar, Aomer i Rheagar, któremu wyjaśniłem wcześniej wszystko co się wydarzyło w przeciągu tych paru dni zjawiliśmy się pod komnatą Matthew. Nasz brat najwyraźniej pokłócił się po procesie z żoną, bo jak dowiedzieliśmy się, przeniósł się do innej izby i topił smutki w winie a teraz leżał zmożony snem. Dobrze, pomyślałem, to nam ułatwi zadanie.
Ivar zapukał do drzwi komnaty. Po chwili w progu stanęła Beth, która przeciągnęła się i uśmiechnęła do nas zalotnie.
- Czym zawdzięczam tą miłą wizytę panowie? Szukacie mojego męża?
Ivar z trudem powstrzymywał napływający gniew.
- Neth Firefly w imieniu mojego ojca i jego władzy jesteś aresztowana pod zarzutem zlecenia zabójstwa Alicii Riverfall. – wycedził jednym tchem
Neth zachichotała wesoło.
- Żartujesz sobie Ivarze? –
- Wiemy wszystko Nethanio – odparłem stając obok przyrodniego brata – Naprawdę wszystko. Jak nie wierzysz zapytaj Andego Graftona.
Nethania musiała zauważyć coś w moim wzroku bo przestała się uśmiechać.
- Kiedy Matthew się obudzi i dowie, co opowiadacie na mój temat…
- Matthew będzie miał szczęście, jeśli nie wyląduje z tobą razem w celi – syknął Ivar – Pójdziesz z nami kobietą, siłą albo dobrowolnie, wybieraj.
Neth była już naprawdę wystraszona.
- Pozwólcie mi się chociaż ubrać – jęknęła
- Nie zostawimy cię samej w komnacie – odparłem i spojrzałem na Ivara, który mi przytaknął.
- Przebierzesz się przy Flowersie. Będziemy czekać na korytarzu.
Wszedłem za Beth do komnaty i zamknąłem za sobą drzwi. Usłyszałem szelest spadającej z ramion tkaniny.
- To wszystko twoja sprawka bękarcie, prawda? – zapytała gdy ja odwrócony wbiłem wzrok w drzwi izby – Twoja i tej małej kurewki Asseny. Dawno nie widziałam tak żałosnego przedstawienia. Chciała upokorzyć mojego męża, nakłamała na jego temat…
- Jakby cię to obchodziło kogo pieprzy twój mąż –przerwałem
- Słucham!?
- Żyję na tym świecie dostatecznie długo. Nie kłamałem, kiedy mówiłem, że wiem wszystko. Znam takie kobiety jak ty. Żyją w poczuciu niesprawiedliwości, bo urodziły się bez kutasa i nigdy nie dostaną tego co im się należy. Na przykład władzy. A ty przecież kochasz władzę ponad wszystko Nethanio.
- I w tym jesteśmy do siebie podobni bękarcie – szepnęła.
- Nieźle to sobie wymyśliłaś, przyznaję. Czytałaś listy od Alicji i wiedziałaś, że Laszlo się w niej podkochuje. To miała być zbrodnia z namiętności, tak? Mieli znaleźć jej zwłoki w jego komnacie i oskarżyć o morderstwo. Upiekłabyś kilka pieczeni na jednym ogniu. Zabiłaś bratanicę i liczyłaś, że Aidan rzuci się Ivarowi do gardła gdy ten skaże na śmierć jego pierworodnego. A gdy ci pozabijają się nawzajem, do gry wkroczy trzeci pretendent, czyli twój mąż.
Zapadła cisza, więc odwróciłem głowę do tyłu. Zobaczyłem jak Beth zawiązuje obcisły gorset.
- Matthew był tylko środkiem do celu prawda? – spytałem - Kierowałaś nim a on był na tyle dumny i naiwny, że tego nie zauważał. Ten plan z udawaniem ciąży to jego pomysł czy sama mu go podsunęłaś?
- Skąd wiesz o ciąży?
- Rhaegar podsłuchał służące, które znalazły twoją pościel z miesięczną krwią. Ale może to i dobrze, że jednak nie zostaniesz matką. Bogowie musieli by byś naprawdę szaleni by tak pokarać niewinne dziecko.
- Pomożesz mi z tym?– zapytała wskazując na gorset. Podszedłem a ona się odwróciła podnosząc do góry pęk włosów spływających na plecy. Zacząłem sznurować kolejne zapięcia.
- Zastanawia mnie co by się stało gdyby twój plan wypalił a Matthew został panem Riverfall? Czekałabyś aż w jego ręce wpadnie Eclipse a potem w tajemniczy sposób została wdową i rządziła w jego imieniu?
Odwróciła się w moją stronę i złapała za ramiona.
- Tego się już nie dowiemy, prawda?
Poczułem się nieswojo. Uśmiechnęła się do mnie w sposób który mi się nie spodobał.
- A czego ty pragniesz Flowers? Bogactwa? Władzy? A może kobiety, która będzie nocami grzała ci łóże?
Na te słowa pomuskała mnie po zaroście. Szybko strąciłem jej dłoń w twarzy.
- Jeszcze nie jest za późno byś dostał to wszystko. Tutaj jesteś tylko zwyczajnym bękartem i zawsze nim będziesz, nieważne jak blisko próbujesz zbliżyć się do Ivara. Gdy zdobędzie władze, odsunie cię od siebie i wyśle z powrotem na Północ. Ja potrafię okazać wdzięczność. Jeśli mi pomożesz, dostaniesz wszystko czego zapragniesz. Złota, tytułów, kobiet…Mogę ci to obiecać jako pani Riverfall.
Patrzyłem jak uśmiecha się do mnie i czeka na odpowiedź.
- Nie masz pojęcia czego pragnę – odpowiedziałem po czym złapałem ją za rękę i wyprowadziłem z komnaty.
Umysł potrzebuje książek, podobnie jak miecz potrzebuje kamienia do ostrzenia.

TeomarArryn
Poziom 3
Awatar użytkownika
Rejestracja: 23 sie 2013, o 16:38

Postautor: TeomarArryn » 31 sie 2014, o 21:48

[center]Matthew Firefly[/center]
[center]Noc dzień 6/7[/center]

Ze snu wyrwał mnie podmuch chłodnego, nocnego powietrza. Otworzyłem oczy. Neth stała przy otwartej okiennicy w koszuli nocnej. Nie było chyba piękniejszego widoku. Kasztanowe włosy spływały jej kaskadą po ramionach, a część dalej, na biodrach. Mruknąłem w półśnie jej imię. Odwróciła się. Na jej piękną, trójkątną twarz padały z prawej strony blade promienie wschodzącego słońca. Oglądałem ten widok tysiące razy, tysiące poranków, tysiące popołudni, tysiące wieczorów, tysiące nocy. Jednak nigdy na tych ustach i policzkach nie gościł taki smutek. Nigdy to czoło nie nabrało takiego surowego wyrazu. Nigdy też w jej oczach nie było tyle wilgoci, no, może poza tym momentem, kiedy stary Riverfall ztłukł ją za nieumyślne złamanie nogi Jedowi. Wstałem powoli i podszedłem do niej.
-Co się stało?
Wzdrygnęła się i załkała cicho.
-Wkrótce przyjdą... - i oparła głowę o moje ramię. Przytuliłem ją i pocałowałem w czubek głowy. Poczułem na barku, jak się uśmiecha. Podniosła głowę i ujrzałem uśmiech tak smutny, jak nigdy nie przypuszczałem, że może zagościć na jej ustach. - Jak ty o niczym nie wiesz, Matt... I za to cię kocham. - Po czym wyrwała mi się z objęć. Siadła na łożu, a ja się dosiadłem.
-Kto przyjdzie i dlaczego? - zapytałem, nie mogąc posiąść się z dociekliwości.
-Jerm powiedział, że wie... - po czym znów zaczęła płakać.
Nie zdążyłem nic powiedzieć, bo nagle rozległo się pukanie do drzwi. Neth poderwała się, i ja chciałem zrobić to samo, lecz przytrzymała mnie.
-Żegnaj, Matthew, bo możemy się już nie zobaczyć na osobności. - Po czym pocałowała mnie w usta. Mocno, jakby chciała mi coś przekazać. W tym pocałunku zawarta była niesamowita gorycz i niezwykła miłość, jakby był swego rodzaju pożegnaniem. Poszła do drzwi, otworzyła, jednak nie widziałem tego, bo były one w drugiej komnacie. Usłyszałem glosy: Jarmaine'a i Ivara oraz Neth.
Usłyszałem zarzut, jaki jej postawili. Wzdrygnąłem się. Nie, w to nie mogę uwierzyć... Po czym wszyscy troje wyszli, trzaskając kawałem drewna blokującym dostęp do mojej alkowy.
[center]***[/center]
Godzinę później rozległo się kolejne pukanie. Wyrwało mnie z niedokończonych przedwczoraj obliczeń. Do środka po pozwoleniu wparowała dwójka ludzi: Andrew Ferion i Ingrid Yronwood, jego żona, przybyła wraz z nim parę dni temu. Spojrzałem na nich zbolałym wzrokiem. Zaczęli opowiadać o tym, co sprowadziło ich tutaj, a także o przewinie Neth. Dopiero im uwierzyłem, bo byli oni oprócz Neth, Kelli i Bjoerna osobami, którym najbardziej ufałem. Poczułem, że tracę na wadze i zapadam się w siebie. W tym momencie życie straciło dla mnie sens.
-...poza tym twój ojciec cię wzywa, by się z tobą ostatecznie pożegnać... Niedobrze z nim już... - ciągnął dalej Andrew Gaduła, nie zważając na to, że ledwie słyszę jego słowa. - Złapali też twoich przyjaciół i two... wasali Neth.
-Zostawcie mnie... - jęknąłem, po czym przewróciłem się z krzesłem. Podnieśli mnie i podtrzymali za ramiona. - ...Chcę pobyć trochę sam.
-Nie ma takiej opcji! - zaprzeczyła ostro Ingrid. - Jeszcze byś sobie coś zrobił i dopiero by było. - Taki był właśnie mój zamiar. - A nas by ścięli.
Dopiero wtedy otrząsnąłem się z otępienia.
-Zaprowadźcie mnie do ojca.
Wpuścił nas Ganimedes Drey. W komnacie nie było nikogo oprócz ojca i jego - odór choroby był tak straszny, że nawet Stella przeniosła się do pokoju obok.
-Matt... - zaszeptał ojciec. - Wiem, co cię spotkało i współczuję ci, bo wiem, co to za uczucie. Ja też po stracie twojej matki bardzo cierpiałem, a jedynym, co mogło mnie pocieszyć, była Velena... Mam dla ciebie ostatnią radę, choć wiem, że takie były już dwie. - tu uśmiechnął się słabo. - Rób to, co do ciebie należy. Nie to, czego pragną od ciebie inni, ale to, co wiesz, że musisz zrobił, to co wiesz z głębi serca. - podniósł rękę, a wysiłek ten kosztował go pojawienie się perełek potu na jego czole. Schyliłem głowę, a on narysował mi na czole siedmioramienną gwiazdę. - Niech bogowie błogosławią cię w tym, co robisz. I przygotuj mi jakieś piękne hełm i zbroję na stos pogrzebowy.
Wyszedłem, a kiedy zamknąłem wrota, w moich oczach, po raz pierwszy od dwudziestu lat pojawiły się łzy.
-Chodźmy coś zjeść. - zaproponował.

-Przecież godzinę temu konałeś... -odparła.

-Ale teraz konam z głodu.

Przedrzeźniacz
Poziom 5
Awatar użytkownika
Rejestracja: 23 kwie 2014, o 16:39

Postautor: Przedrzeźniacz » 2 wrz 2014, o 19:47

[center]Assena Firefly
Dzień 6
[/center]

Popołudnie

Z uśmiechem na ustach pokonywałam po dwa stopnie Wieży Świetlika zbiegając na dół. Neth Riverfall – te słowa brzmiały niemal jak muzyka. Któż mógłby podejrzewać słodką i uczciwą żonę Matta o zlecenie morderstwa na swoją własną krewną? Nawet ja, prędzej gotowa byłam obwinić rodzonego brata, niż szwagierkę. Choć tylko bogowie wiedzą, jaki udział miał w tym Matthew. Ciekawe jak idzie ser Raymundowi i innym zbrojnym – obie grupy wyruszyły o świcie, a za chwilę miało się ściemnić. Miałam nadzieję, że żadnemu z moich rycerzy nic się nie stało – wystarczy, że staruszek będzie się domagał wyjaśnień w związku z Alicją. W drzwiach wejściowych minęłam się z Tygetem, który wyglądał na bardzo zdenerwowanego. Natychmiast na mą twarz powrócił smutek, a nogi zwolniły kroku. Tyget dosyć ciężko zniósł proces, być może przez wielką sympatię jaką darzył starszego brata. Zapewne pobiegł wysłać kilka kruków – od zamachu na Lyannę zajęcie to spoczęło głównie na barkach starego Havelocka, a ten był ostatnio… niedysponowany. Spokojnym krokiem przespacerowałam się po opustoszałym dziedzińcu i weszłam do zamku. Znowu zbierało się na deszcz, jak nic będzie burza. To był właściwie cud, że rankiem wyszło słońce, choć teraz już nie było po nim śladu. Moim celem były pokoje pana ojca. Ostatniej nocy mocno mu się pogorszyło i staruszek mógł w każdej spotkać się z Nieznajomym. A tego bym nie chciała, przynajmniej nie teraz. Skoro jednak ojciec miał odejść na dniach, trzeba było załatwić wszystkie sprawy, jeszcze zanim przestanie kontaktować z otoczeniem. Pogrążony w malignie stanie się kompletnie bezużyteczny. Tym razem postanowiłam wybrać dłuższą drogę do komnat, wiodących przez rozległą galerię – oczywiście głównymi schodami mogłam się tam dostać dwa razy szybciej, ale nie chciałam ryzykować spotkaniem z Matthew, który zapewne nie był w najlepszym stanie psychicznym. Liczyłam, że o tej porze galeria będzie zupełnie pusta, tym większe było moje zdziwienie, gdy zza zakrętu wyłoniła się szczupła i wysoka kobieta.
-Jenn?
-Assena – przywitała mnie chłodno.
-Co ty tutaj robisz?
-Wracam od ojca – odparła. – Prosił mnie, żebym mu poczytała.
-Właśnie się do niego wybieram – uśmiechnęłam się blado, chowając za plecami zawiniątko. – Jak on się czuje.
-A jak ma się czuć? Umiera. – pokręciła głową. – Czy ty zawsze musisz zadawać takie głupie pytania, Assena?
-Głupie pytania? – obruszyłam się. – Martwię się o własnego ojca, siostro, to wszystko.
-Oczywiście – prychnęła. – Martwisz się. Wszyscy już od dawna czuwaliśmy przy jego łóżku, kiedy ty wreszcie raczyłaś się zjawić.
-Nie mogłam wcześniej – warknęłam. – W odróżnieniu od ciebie nie mam zbrojnych pana męża, którzy zapewnią mi eskortę gdy tylko najdzie mnie ochota wyściubić nos z zamku.
-Nie moja wina, że ciągle zwlekasz z zamążpójściem – odcięła się. – Nie masz żadnego szacunku dla rodziny.
-Ja nie mam szacunku do rodziny, ja Jenno? – zachichotałam mimowolnie.
-Tak ty. Do naszego pana ojca i swojego rodzeństwa, swojego prawdziwego rodzeństwa. I do naszej matki nieboszczki, którą zresztą zabiłaś, przychodząc na świat. Układasz z obcymi ludźmi przeciw własnej rodzinie.
-Niby w jaki sposób?
-Twój popis na procesie – skrzywiła się z niesmakiem. – Postawiłaś Matta w bardzo niezręcznej sytuacji, wręcz skompromitowałaś go. A dla kogo? Dla plugawego bachora Aidana. Zdajesz sobie sprawę przynajmniej kim jest Aidan Firefly, Assena?
O wiele lepiej od ciebie, Jenn.
-Laszlo jest niewinny morderstwa – wzruszyłam ramionami. – I tak spotka go kara, ale po co miałabym kłamać w tym wypadku? Dla Matthew?
-Nie musiałaś od razu kłamać – westchnęła. – Wystarczyło pominąć tą… kwestię – widać było, że i ona jest skonsternowana zachowaniem Matta.
-Och rozumiem. Czyli jakby do Ciebie przyszedł pijany Matthew i zaczął Cię obmacywać, to nie byłby to dla Ciebie żaden problem? Oczywiście że nie - prychnęłam. - A gdyby to jeszcze był Jarmaine, a nie Matt, to byłabyś wręcz zachwy…
Wymierzony policzek był tak silny, że straciłam równowagę i poleciałam na plecy. Podziałał także element zaskoczenia – Jenna dotąd nigdy w życiu mnie nie uderzyła. Złośliwości i docinki były na porządku dziennym, ale rękoczyny – nigdy. Bili się chłopcy, na miecze i na pięści, ale dziewczynkom to nie przystawało. Kiedy zaczęłam się podnosić, zauważyłam przerażony wyraz twarzy siostry. Ona też po fakcie zorientowała się, co właśnie zaszło.
-Assena, ja… - wyjąkała próbując podnieść upuszczony przeze mnie pakunek, ale ja natychmiast zabrałam go z jej pola widzenia.
-Nie. Wybacz, ale śpieszę się do ojca – odpowiedziałam chłodno.
Po czym bezceremonialnie ją wyminęłam i wspięłam się na schody prowadzące bezpośrednio do komnat Świetlika. W sypialni ojca było ciemno i duszno, a na dodatek śmierdziało. To zapach śmierci. Lord Julius wyglądał jeszcze gorzej niż poprzednio, wystarczyło tylko jedno spojrzenie, żeby zyskać pewność, że staruszek jest już u kresu sił. Kwestia dnia, może dwóch.
-Jenny? – odezwał się prawie niedosłyszalnym szeptem.
-Nie, tato, Assena.
-Ach, moja mała – obdarował mnie zaślinionym uśmiechem. – Poczytasz staremu ojcu Siedmioramienną Gwiazdę? Zbliża się mój czas, niestety.
-Ależ oczywiście, że tak.

Wieczór

-Tak więc wysyłam ci moich siedmiuset zbrojnych do walki z Uzurpatorem, oraz obiecuję Ci kolejnych pięciuset, abyś miała pewność, Słodka Królowo, że ród Firefly stoi i na wieki będzie stać po stronie twojej i twoich potomków. Niech Starucha oświetli ci swoją lampą drogę ku mądrości, a piekła pochłoną wszelkich twoich wrogów. Twój pokorny sługa Julius Firefly, pan Eclipse. Czy nic nie budzi twoich zastrzeżeń drogi ojcze?
-Nie, dziecko, jestem w pełni zadowolony. Ivar postępuje nad wyraz roztropnie. Tak tak, królowa Rhaenyra potrzebuje pomocy Eclipse. Tylko, kochanie, dlaczego Havelock nie przyszedł do mnie z tym osobiście? Zawsze przychodził do mnie z listami.
-Maester Havelock prosił mnie osobiście – uśmiechnęłam się słodko. – Ostatnio biedaczek źle się czuje, a wspinaczka po schodach jest bardzo wyczerpująca. Jak tylko mu się poprawi, na pewno do ciebie zajrzy. To znaczy, kiedy wreszcie przestanie zżerać własne palce i szczać pod siebie. Jarmaine naprawdę odrobinę przesadził.
-Dziękuję, moja droga – wysapał. – Czy to już wszystko?
-Jeszcze tylko jedna rzecz, ojcze. Właściwie drobnostka – zapewniłam.
-Co takiego?
-Dobrze by było, gdybyś się podpisał, tato – zauważyłam. – Żeby królowa Rhaenyra wiedziała, że list jest autentyczny. Tyle jest teraz oszustów, jej Miłość gotowa byłaby stwierdzić, że ktoś śmie ją okłamywać.
-Oczywiście, oczywiście. Byłabyś taka dobra i podała mi pióro i inkaust?
Natychmiast spełniłam jego prośbę i pomogłam mu się unieść na poduszkach. Nawet tego już nie mógł uczynić samodzielnie.
-Gdzie mam się podpisać – spytał. – Wybacz kochanie ale nie za wiele już widzę.
-Tutaj – wskazałam mu puste miejsce i wręczyłam do ręki pióro. Z niewzruszonym wyrazem twarzy obserwowałam jak Julius Firefly składa na pergaminie drżący podpis. Po czym ucałowałam go w czoło i delikatnie wyjęłam dokument mu z rąk.
-To już wszystko? – chciał się upewnić.
-Absolutnie, tato. Dobrze by było, żebyś teraz wypoczął. Jest już dosyć późno.
-Niedługo już naprawdę odpocznę – wykrzywił wargi w drżącym uśmiechu. – Mam nadzieję, że znajdziesz wkrótce szczęście, którego tak poszukujesz.
-Jeszcze przekonasz się na własne oczy – nachyliłam się nad nim i pocałowałam w czoło na pożegnanie.
W tym momencie ręka starca uniosła się i dotknęła mojego czoła, znacząc na nim siedmioramienną gwiazdę. Przez bardzo krótką chwilę poczułam się naprawdę źle, ale zaraz mi przeszło.
-Idź już moja mała, powinnaś być od dawna w łóżku.
Powrót do własnej sypialni zajął mi znacznie mniej czasu, zwłaszcza że tym razem nie musiałam się obawiać żadnej niechcianej konfrontacji – zamek powoli pogrążał się we śnie. Pokój wyglądał dokładnie tak samo jak go zostawiłam prócz… otwartego okna. Uśmiechnęłam się pod nosem i dokładnie zaczęłam przeszukiwać zakamarki komnaty. Wreszcie, po kilku minutach odnalazłam upragniony arkusik, nieznacznie wystający zza ramy ogromnego lustra. Szybko przeleciałam wzrokiem krótką wiadomość skreśloną charakterystycznie wąskim i wysokim charakterem pisma i natychmiast oddałam ją płomieniom. Jego chyba tym razem naprawdę popierdoliło…
Chaos isn't a pit. Chaos is a ladder.
[glow=red]AJPK[/glow] Obrazek

NoFaceMan
Poziom 2
Awatar użytkownika
Rejestracja: 23 lip 2013, o 10:14

Postautor: NoFaceMan » 3 wrz 2014, o 10:55

[center]JARMAINE FLOWERS[/center]

[center]Dzień 6, Noc[/center]

- Wiem, że nie powinienem tego mówić panie, w końcu to twój brat…Ale sądzę, że to nieroztropne pozwalać mu poruszać się samemu po zamku.
Ivar z uwagą słuchał słów Eomera. Choć stary najemnik był tylko instruktorem walki, musiałem przyznać, że wykazuje sporą mądrość i rozwagę. Ivar siedział, jak zwykle z pucharem wina w ręce i przez jakiś czas milczał. Mimo że w końcu złapaliśmy w końcu prawdziwego zabójcę Alicii Riverfall, atmosfera była grobowa. Dochodziła północ, godzina wilka. Siedzieliśmy w trójkę w kuchennej izbie, pijąc i gapiąc w ściany. Dopiero Eomer przerwał ciszę.
- A co ty o tym myślisz Jarmaine? - spytał Ivar odwracając w moją stronę.
- Nie wiemy ile wiedział Matthew, ale nie sądzę by maczał palce w zabójstwie – odparłem zgodnie z prawdą – Gdyby tak było strażnik Nethanii, którego przesłuchali moi ludzie, z pewnością by coś o tym wspomniał. Nie ma potrzeby zamykać go w lochach. Wie, że obserwujemy każdy jego ruch. Nawet on nie jest tak naiwny by popełnić jakieś głupstwo. Rozmawiałem z jego przyjacielem, Andrew Ferionem. Pomyślałem, że to od niego powinien dowiedzieć się całej prawdy. Nas nie darzy zbytnią estymą i bywa porywczy, mogło by dojść do rękoczynów a tego chyba nikt by nie chciał.
Ivar przytaknął.
- Jest jeszcze coś Ivarze – odchrząknąłem – Pan ojciec wie już o wszystkim. Być może usłyszał coś od służby, bo poprosił o spotkanie z Matthew. Matt niedawno wyszedł z jego komnaty i wrócił do swoich pokoi. Nie był w najlepszym stanie.
Ivar poczerwieniał i walnął pucharem w stół, rozlewając wino.
- Przysięgam, że jak się dowiem kto to, każę mu szczypcami wyrwać ten za długi jęzor! Ojciec jest chory, umiera a cały czas spadają na niego jakieś straszne wiadomości!
Ivar wstał od stołu i zdenerwowany zaczął chodzić od jednego kąta w drugi. Po chwili oparł się ciężko o ścianę.
- Nigdy nikomu tego nie mówiłem- ale sądzę, że ojciec najbardziej z wszystkich synów kochał najbardziej jego. Mnie i Aidana traktował surowo, a jemu wybaczał każdy wybryk. Nie dziwię się, Matt był uroczym dzieciakiem. Aidan często mu dogryzał, ale ja naprawdę go lubiłem. Całe dnie spędzał w kuźni, ogień i żelazo to był jego żywioł. Wiecie, że to on naprawił Oko Nocy? Nie ma nawet śladu po pęknięciu, miecz wygląda zupełnie tak samo jak wtedy gdy wykuto go w ogniu Valyrii. Nigdy nie interesowała go polityka, kochał tylko kuć tą swoją stal. Kiedy przybył tu po tylu latach z Riverfall, przestałem go poznawać. Najpierw ta koszmarna uczta, potem wizyta w sypialni Asseny…to nie jest ten sam Matt, którego znałem.
- Zatruła go ta żmija – burknął pod nosem Eomer – To wszystko jej wina.
- Może, może – westchnął Ivar.
- Tak czy inaczej musimy mu wyjaśnić całą sytuację Ivarze, zanim naprawdę popełni jakieś głupstwo.

***

Kiedy weszliśmy do pracowni Matthew, nasz brat siedział pochylony nad stołem i dokonywał na papierze jakiś obliczeń. Nie zdziwiłem się, że w ten sposób próbował odreagować szok. I tak tej nocy by nie zasnął, więc pogrążył się w swojej pracy, którą kochał nie mniej niż Neth Firefly.
- Czego chcecie? – zapytał nie racząc nas nawet spojrzeniem. Ivar spojrzał na mnie nieco zdezorientowany i zagubiony.
- Przykro mi z powodu twojej żony bracie – odezwał się w końcu
- Doprawdy? –
- Nie chciałem by tak się to skończyło. Neth…ona oszukała nas wszystkich. Nie zasługiwała na ciebie.
W końcu Matthew odwrócił się w naszą stronę. Oczy miał spuchnięte, nie wiedziałem czy od wylanych łez czy z niewyspania.
- Od kiedy to ty decydujesz kto na mnie zasługuje? – odburknął.
Nie było sensu bawić się dłużej w ceregiele, więc szybko przerwałem tą słowną przepychankę.
- Jesteś jeszcze w szoku, a my tu jesteśmy by wytłumaczyć ci twoje położenie Matt. Wiemy, że nie brałeś udziału w zabójstwie Alicii, ale nie wszyscy będą skorzy w to uwierzyć. Alicja była córką lorda Jedidaha. Jego młodszy syn, prawowity dziedzic, również nie żyje. Nawet jeśli to był nieszczęśliwy wypadek, będą rodzić się plotki. Twoja żona zamordowała własnych krewnych, dzieci swojego rodzonego brata by przejąć władzę. Tyget wyśle jutro list do Riverunn. Nethania zostanie osądzona przez lorda Tully. Zostaną jej odebrane wszystkie prawa do Riverfall Hall.
- A co z naszą córką? Przecież w jej żyłach płynie krew wodospadu
- Nosi twoje nazwisko i jest dziedziczką Eclipse. Ale rzeczywiście, masz rację, po śmierci matki twoja córka będą mieła prawa do Riverfall Hall. Być może lord Tully wyda dziewczynę za któregoś z dalekich kuzynów, by podtrzymać rodową linię. Ale nie pozwolą ci wychowywać swojej córki Matthew, nie będziesz sprawował władzy w jej imieniu. Zapewne trafi na wychowanie do jakiegoś lorda, dopóki nie zostanie wydana za mąż. Wszyscy będą pamiętać o dzieciach Jebidaha Riverfall i o tym co zrobiła twoja żona. Takich rzeczy się nie wybacza.
Matthew nie odzywał się przez dłuższą chwilę.
- Andrew powiedział co zrobiliście z wasalami Neth. Przysięgam, że jeśli spadnie im włos z głowy…
- W chwili obecnej są naszymi jeńcami – odezwał się Ivar – Ale są dobrze traktowani i nikomu z nich nie dzieje się krzywda. Rozumiesz, dlaczego musieliśmy ich zatrzymać? Nigdy by nie pozwolili na aresztowanie swojego seniora, doszło by do krwawej jatki, Jarmaine po prostu uprzedził ich ruch. Jeśli złożą honorową przysięgę, że nie podniosą ręki na Eclipse i pozwolą oddać Nethanie w ręce lorda Tully, zostaną uwolnieni. Prócz Graftona oczywiście, on też zostanie osądzony za pomoc w zabójstwie.
Matthew nic nie powiedział, wyglądał na naprawdę wyczerpanego. Ivar położył mu dłoń na ramieniu.
- To jest twój dom Matt, zawsze nim był. Potrzebujemy cię, bardziej niż kiedykolwiek. Aidan spiskuje za naszymi plecami, otwarcie poparł Aegona, teraz szuka sojuszników w Starym Mieście. Nie tylko w stolicy trwa wojna, niedługo także wybuchnie tutaj. Bjorn Trapton zdradził, że Riverfall chciało wspomóc królową Rheanerys. Potrzebujemy takich ludzi jak ty, dowódców, którzy w razie wojny poprowadzą Świetliki przeciwko Zielonym.
- Myślicie że to rozsądne mieszać się do wojny jaszczurów? – spytał Matthew - Nie lepiej spokojnie poczekać aż zakończą spór?
- Przysięgałem ojcu, że Eclipse pomoże królowej – wyjaśnił Ivar – Nie mogę się sprzeciwiać jego woli. Kiedy lord Julius zapadł na zdrowiu wysłał do Smoczej Skały list prosząc Rheanerys o pomoc. Wiedział, że któreś z jego dzieci może go zdradzić i siłą przejąć Eclipse a potem przyłączyć się do Aegona. Dwa dni temu Rheanerys przysłała nam wiadomość. Wysłała do nas flotę, pięć tysięcy mieczy. Wesprą nas jeśli dojdzie do przewrotu, a potem nasze armie razem ruszą na uzurpatora.
- Kiedy zjawią się tu Smoki?-
- Prawdopodobnie opłynęli już Dorne, za kilka dni przybędą do Three Towers – odpowiedziałem.
Matthew potarł dłońmi zmęczone oczy.
- Wiem czego pragniesz Matt. Chcesz być zapamiętany przez historię, a jak wiesz nic nie pisze historii lepiej jak wojna. Pomóż swojej rodzinie, a twoje nazwisko zostanie zapisane złotymi zgłoskami w księdze tego rodu. Jesteś jeszcze młodym mężczyzną, znajdziesz żonę, spłodzisz dzieci. Kto wie czy pewnego dnia, któreś z nich nie zasiądzie na tronie Świetlików.
- A jeśli odmówię?
Ivar popatrzył na mnie, nie wiedząc co powiedzieć. Zrobiłem więc to za niego.
- Wtedy stracisz wszystko. Za zdradę swojego rodu zostaniesz wydziedziczony, odebrane ci zostanie nazwisko i tytuły. Twoje dzieci nie będą miały żadnych praw do Eclipse. W najlepszym wypadku osiądziesz na jakimś dworze jako domowy rycerz, w najgorszym zostaniesz wolnym, bez domu, albo najemnikiem w Essos. Ivar daje ci szansę wszystko naprawić. Schowaj swoje ambicje do kieszeni i skorzystaj z jego oferty.
Matthew nic już więcej nie powiedział. Zostawiliśmy go samego by mógł sobie wszystko na spokojnie przemyśleć. Ciągle był w szoku, nie zapytał nawet jak się czuje jego żona i czy może się z nią zobaczyć. Może nie miał na to ochoty, a może bał co się stanie gdy spojrzy w jej oczy i ujrzy coś czego nie chce.
Zmęczony tym ciężkim dniem wróciłem do swoich komnatach. Nawet nie pamiętam kiedy zasnąłem. Śnił mi się ojciec. Nie przypominał jednak starego schorowanego starca, wciąż był wysokim postawnym mężczyzną o czarnych włosach i bystrych oczach, świecących złotem.
- Nie możesz się z nią więcej spotykać – powiedział a ja pokręciłem głową nie rozumiejąc co ma na myśli.
- Jenna jest twoją siostrą –
- Nie rozumiem panie…
- Jestem twoim ojcem Jarmaine. Ty i twój brat Gareth jesteście moimi synami.
Zakręciło mi się w głowie a nogi ugięły w kolanach. Czułem jak ziemia osuwa mi się z pod nóg a ja zaczynam spadać w jakąś piekielną otchłań.
Spojrzałem raz jeszcze na ojca, w oczach którego pojawiły się łzy. Dopiero teraz zauważyłem jak bardzo Ivar jest do niego podobny. Ten same oczy, ten sam głos…
Głos…
Już go słyszałem.

Przerażony zerwałem się z łóżka a zimny pot oblał mi czoło i kark.
Umysł potrzebuje książek, podobnie jak miecz potrzebuje kamienia do ostrzenia.

Przedrzeźniacz
Poziom 5
Awatar użytkownika
Rejestracja: 23 kwie 2014, o 16:39

Postautor: Przedrzeźniacz » 7 wrz 2014, o 00:21

[center]Assena Firefly
Dzień 7
[/center]

Ranek

W zamkowym sepcie było tłoczno i duszno od wonnych kadzideł zapalonych po kilkanaście chyba na każdym cholernym ołtarzu, dzięki czemu normalne oddychanie sprawiało nie lada problem. Wystarczyło tylko spojrzeć na resztę żałobników, żeby nabrać pewności, że i oni ledwo się trzymają na nogach, w czasie, gdy otyły septon sennym głosem dukał modlitwę za duszę Alicji Riverfall i jej młodszego brata. Dziś kości dziewczyny miały na zawsze opuścić Eclipse, żeby spocząć obok ojca w krypcie pod Wodospadem. Oczywiście Neth Riverfall już od wieczora siedziała w lochu, więc nie mogła wziąć udział w uroczystości, ale Matthew również pozostał w swoich komnatach. Jego nieobecność u boku reszty braci nie pozostała bynajmniej niezauważona, jednak zbytnio się mu nie dziwiłam. Pojawiło się za to wielu innych, przez co nie można było nawet spokojnie przestąpić z nogi na nogę, a co dopiero usiąść.
-Prośmy Matkę, żeby z otwartymi ramionami przyjęła do siebie swoją niewinną córkę, a także Ojca na górze, żeby osądził ją sprawiedliwie… – zawodził septon.
Z mojego miejsca na podwyższeniu miałam doskonały widok na resztę żałobników. Bez trudu dojrzałam wyraźnie naburmuszonego Ivara, stojącego przy samym ołtarzu, oraz towarzyszącą mu, wiecznie opanowaną Jennę z kilkuletnim brzdącem, uwieszonym u jej spódnic. Nieco bliżej ściany zajęli swoje miejsca młodsi synowie Juliusa, oraz piękna, choć blada Lyanna wsparta na ramieniu Rhaegara. Dalej w tłumie Jarmaine Flowers przyglądał się septonowi spod przymrużonych powiek, choć to nie tłuścioch w kryształowej koronie, a wysoka brunetka w czerni prawdopodobnie przyciągała teraz całą jego uwagę.
-Niech słodka Dziewica roztoczy nad nią swą opiekę i poprowadzi ku słodkim niebiosom, tą która pozostała całe swoje życie w czystości i nigdy nie zaznała trudów i słodyczy macierzyństwa.
-Lord Ormund już o wszystkim wie – wyszeptał mi do ucha ser Raumund. Mój biedny rycerz nosił na głowie bandaż, a jedno z oczu było wyraźnie podbite, jednak bynajmniej nie wyglądał na zmarnowanego. – Od razu wysłałem kruka do Starego Miasta, gdy ser Ivar powiadomił nas o morderstwie. Dzisiaj otrzymałem odpowiedź.
-I co? – spytałam równie cicho
-Jego lordowska mość jest wyraźnie zaniepokojony. Pyta o okoliczności zbrodni i wynik procesu. Chce także wiedzieć, czy pragniesz, pani, natychmiast wracać do Hightower, czy decydujesz się na dalszy pobyt.
-Co mu odpisałeś, ser?
-Jeszcze nic, pani. Kruk przyleciał o świcie, ledwo zdążyłem przeczytać. Jaka jest twoja decyzja?
-Mówiłam ci, ser – westchnęłam. – Chcę być przy ojcu do samego końca, a potem godnie go pochować. Czyli zostajemy.
-Rozumiem, cię, pani, choć ja osobiście wolałbym wyjechać. To złe miejsce, za przeproszeniem, pani, ale tu bynajmniej nie jest bezpiecznie.
Septon znowu zaczął zawodzić, choć tym razem była to dla odmiany kolejna pieśń pogrzebowa. Może nie brzmiałaby nawet tak źle, gdyby grubas przestał okrutnie fałszować. Wkrótce przyłączyły się do niego pierwsze drżące głosy i cały sept rozbrzmiał wyjątkowo źle zaśpiewaną pieśnią. A mój wzrok skierował się tym razem ku przystojnemu młodzieńcowi stojącemu dosyć blisko, choć w bezpiecznej odległości od Rhaegara i Lyanny. Leon Dayne, syn szanowanego dornijskiego rodu liczącego sobie dziesięć tysięcy lat historii. U jego boku Lya mogłaby zajść wysoko, znacznie wyżej, niż tylko jako kolejna córka Juliusa Firefly. Doskonale zdawałam sobie sprawę z niedostatecznie wysokiej pozycji naszego rodu i miałam świadomość, że marzenia o zostaniu lady Hightower miały racje bytu, tylko wtedy, jeśli chodziło o poślubienie drugiego syna. Gdyby Gareth nieoczekiwanie umarł bezpotomnie, Harlan zostałby natychmiast wydany za lady Tyrell, albo Bellenę Florent. W Siedmiu Królestwach było wiele szlachetniej urodzonych panien ode mnie, które idealnie nadawałaby się dla jedynego dziedzica lorda Ormunda. Lyanna zaś mierzyła niezwykle wysoko, zbyt wysoko jak na jej możliwości. Zakochany Dayne był dla niej ogromnym uśmiechem od losu, a ona zdawała się tego nie zauważać.
Kiedy po raz ostatni zabrzmiały dzwony, tłum zaczął się rozchodzić, jednak ja przyczaiłam się za posągiem Nieznajomego, obserwując wszystko, co działo się przy wrotach. Mojej uwadze nie uszedł ani jeden delikatny uśmiech, zalotne spojrzenie, czy nerwowa przepychanka. A także pełna rezerwy postawa wychodzącej Lyanny i tęskny wzrok ser Leona. Chwilę później, ku mojej ogromnej satysfakcji zakochany rycerz skierował swe kroki ku ołtarzowi wojownika. Spokojne odczekałam, aż wszyscy, łącznie z septonem opuszczą świątynie, a potem cicho skierowałam swe kroki ku modlącemu się.
-Pani - przywitał mnie uprzejmie, kiedy spostrzegł mnie w swoim polu widzenia. – Moje kondolencję.
-Dziękuję ser. Jak również za to, że zgodziłeś się sądzić Laszlo na wczorajszym procesie.
-To była moja powinność – uśmiechnął się. – Mam nadzieję, że dzisiaj czujesz się lepiej, pani.
-Troszeczkę – przyznałam.
-Rozumiem że to była twoja bliska przyjaciółka. Tym bardziej ta strata musi być dotkliwsza.
-Jedna z najbliższych – skłamałam gładko. – Nie miałyśmy przed sobą żadnych tajemnic. Rozumiem, że przyjechałeś z wizytą do Lady Lyanny, ser.
-Owszem – zarumienił się. – Choć Eclipse nie jest finalnym celem mojej podróży. Książe wysłał mnie z poselstwem do stolicy.
-Och. Czyżby miało to jakiś związek z problemem sukcesji smoków? – spytałam uprzejmie.
-Niestety. Jego książęca mość jest zaniepokojony ostatnimi wydarzeniami. Dla Dorne ten konflikt również nie jest korzystny.
-Tym bardziej cieszymy się, że uczyniłeś nam ten zaszczyt i znalazłeś czas na wizytę w Eclipse. Musiałeś sprawić wielką radość słodkiej Lyannie?
-Właściwie… to nie wiem – wyznał. – Czasami się zachowuje jakby podzielała moje uczucia, żeby zaraz je odtrącić. A ja ją kocham, nie wyobrażam sobie życia bez niej – wyszeptał. – Myślałem, żeby…
-Żeby? – zachęciłam go słowami.
-Żeby się jej oświadczyć – uśmiechnął się blado. – Pragnę jej bardziej niż czegokolwiek w moim życiu. Ojciec wyraził nawet zgodę. Ale…
-Mów ser.
-Odwiedziłem ją wczoraj w sypialni. Wydawała się strasznie chłodna, jakby miała mnie dość. Nie odważyłem się jej wtedy poprosić, bałem się.
-Na pewno ci nie odmówi – odrzekłam spokojnie. – Jak na dłoni widać, że jest w tobie zakochana. Aż fruwa – obdarzyłam go figlarnym spojrzeniem. – Idź do niej ser, padnij do jej stóp i powiedz wszystko co czujesz. Teraz jest właśnie najlepszy moment.
Dayne rozpromienił się na moje słowa.
-Jesteś tego pewna pani?
-Z całą pewnością, Leonie.

Później

Kamienne stopnie prowadzące do podziemi Wieży Świetlika ciągnęły się w nieskończoność, ku mojej lekkiej irytacji. Już dawno zostawiłam na górze bibliotekę i przylegające do niej pomieszczenia dla służby, jednak nora maestera znajdowała się na najniższym, trzecim poziomie, głębiej nawet niż najgorsze cele, jakie Eclipse miało do zaoferowania. Neth Riverfall z racji swojej pozycji społecznej i faktu bycia kobietą została zakwaterowana na samej górze, gdzie światło dzienne wpadało przez maleńkie, zakratowane okna. Prócz mnie, strażnika i śpiącego Havelocka była też jedyną żywą duszą w tej części zamku. Wcześniej kręciło się tu więcej ludzi, ale paskudne jęki chorego maestera skutecznie przegoniły potencjalnych świadków. Jarmaine nie musiał doprowadzać go do takiego stanu, zdrowy byłby o wiele lepszym partnerem do rozmowy, wciąż jednak istniały pewne sposoby, żeby wyciągnąć z niego przydatne informacje. Czarna peleryna wlokła się za mną po schodach z cichym szelestem. Wchodząc na nie postawiłam też kaptur, zasłaniający większość twarzy. Dzisiaj nie zależało mi prawie na niczym bardziej, jak pozostać nierozpoznaną – moja nieskazitelna reputacja ułatwiała bardzo wiele, a bynajmniej nie chciałam się z nią rozstawiać. Dzisiaj Assena odpoczywała w łóżku, odchorowując ostatnie traumatyczne wydarzenia z Siedmioramienną Gwiazdą i kubkiem makowego mleka na spokojny sen, do lochów zeszła zupełnie inna kobieta, twarda i bezwzględna. Z westchnieniem ulgi opuściłam ostatni stopień i pchnęłam drzwi.
Pracownia Havelocka była skrajnie nieprzytulnym i fascynującym pomieszczeniem. W czasie gdy większość maesterów zamieszkiwała kwatery na górze, blisko krukarni, budowniczy zadecydowali, żeby umieścić je na samym dole Eclipse, tworząc najbardziej niepraktyczną kombinację z możliwych. Tylko, że teraz już wiedziałam dlaczego. Dziesiątki regałów uginały się pod ciężarem tomiszczy, a z sufitu zwisały pęki najróżniejszych ziół. Mnie jednak interesowały małe buteleczki ustawione w pedantycznych rządkach za oszklonymi drzwiami. Spokojnym wzrokiem obejrzałam każdą z nich i przeczytałam przyczepione karteczki z nazwami specyfików. Chwilę później kilka z nich powędrowało do mojej kieszeni. Byłam gotowa na wizytę w sypialni Havelocka, wystarczyło już tylko zgasić świece. W kompletnej ciemności i ciszy wkroczyłam do komnaty. Obecność starca dało się łatwo wyczuć – cały pokój śmierdział szczynami i gównem, bynajmniej nikt nie zatroszczył się o wymienienie zapaskudzonej pościeli. W tym czasie moje oczy powoli przyzwyczajały się do mroku, byłam już w stanie dojrzeć zarysy mebli i leżącą na wąskim łożu postać.
-Kto – jęknął Havelock. – Kto tu jest? Pokaż się w imię Siedmiu!
Powoli zrobiłam dwa kroki, zachowując bezpieczną odległość. Oczy starca wytrzeszczyły się z przerażenia.
-Kim jesteś?
-Przyjacielem – odparłam niskim i chrapliwym głosem, którego nie można było określić, czy należy do mężczyzny, czy kobiety. – Albo wrogiem, maesterze. To zależy tylko od ciebie.
-Czego chcesz – wycharczał siadając.
-Odpowiedzi.
-Nic nie wiem, nic kompletnie nic. Nie wyciągniecie nic ode mnie. Jestem niewinny, jestem maesterem, nic nie zrobiłem. Nic! Nic!
-Jesteś zdrajcą –rzekłam podchodząc bliżej. – I kłamcą, a także mordercą. Zamordowałeś tamtą dziewczynę, Havelock.
-Nie, to nie tak… - starzec wyraźnie się trząsł.
-Dzięki twojej pomocy dziewka została zamordowana we własnej sypialni. Możliwe, że podałeś jej narkotyk.
-Nigdy.
-Kłamiesz –odparłam cicho. – Ty bardzo lubisz kłamać, Havelock. Ale możemy temu łatwo zaradzić.
Maester krzyknął z przerażenia gdy zimne ostrze noża dotknęło jego szyi.
-Powiedz, tego chłopca też pomogłeś zabić, prawda?
-Domeric był setki kilometrów stąd, w Raventree – jęknął. – To był nieszczęśliwy wypadek. – zawył kiedy nóż przesunął się gładko po gardle, przecinając skórę.
-Twoja matka była z Blackwoodów, prawda? Rodzinną kurewką, rozkładającą nogi przed kim popadnie, ale krew to krew. Mam rozumieć, że nigdy nie utrzymywałeś kontaktów z rodziną?
-Nie… To znaczy tak, pisuje do maestera Gallarta, przyjacielska korespondencja…
Tym razem ruch był bardziej zdecydowany i popłynęła krew. Stary zaczął niebezpiecznie charkotać, więc zdjęłam nóż z jego gardła. Jeszcze nie.
-Co to było?
-Senniczka – wyszlochał. – To była łaska, łaska. Dziecko nie dożyłoby dorosłości. Proszę, ja tylko wysłałem listy.
-Listy. Tak ty lubisz wysyłać listy, Havelock. A także je czytać. Na pewno wiesz coś, co mnie zaciekawi.
-Ja nic nic, nie błagam nieeeeeeeee!
-Kogo poprą synowie Juliusa?
-Ja nie wiem, nie wiem, nie wiem – wył, gdy kolejne cięcia przecinały pomarszczoną skórę. - Nie proszę nie, jestem maesterem, ja tylko służę.
-Służysz? Czytasz każdy cholerny list, który przyleci do tego zamku. Powiedz… Co… Wiesz...
Po niecałej tortur godzinie Havelock wyśpiewał wszystko, co było mi potrzebne, łącznie z przechwyconym listem ze stolicy i obiecanymi przez Rhaenyrę statkami, do ewentualnej obrony Eclipse przed Aidanem. Maester zaś kulił się na podłodze, przyciskając poranione kończyny do brzucha i ciężko dysząc. Jest słaby, ale wciąż nie oduczył się kłamać.
-Dobrze – powiedziałam, przewracając butem zakrwawione ciało. Stary podczas przesłuchania przynajmniej dwukrotnie się zapaskudził, więc cały był utytłany w gównie. – A jednak potrafisz, jeśli się postarasz. Powiedz mi teraz, co zrobiłeś z testamentem.
-Testamentem? Jakim testamentem – wycharczał.
-Rozczarowujesz mnie, Havelock – cmoknęłam z niezadowoleniem. - A była nadzieja, że wreszcie doszliśmy do porozumienia. Pytam jeszcze raz, co zrobiłeś z testamentem Juliusa Firefly?
-Ja nic nie wiem, nic nie wiem o żadnym testamencie – płakał. – Błagam, zostaw mnie.
-Zostawić? Nie – roześmiałam się zimno. – Jeśli jednak nie chcesz po dobroci, będziemy musieli spróbować czegoś innego.
-Zabij mnie!
-Kusząca propozycja. Wy maesterzy macie różne słabostki, jedną z nich jest magazynowanie zabójczych paskudztw. Ty też zebrałeś niezłą kolekcję: Dusiciel, Lyseńskie Łzy, Biała Zguba, Jad Mantykory – wyciągałam po kolei właściwe buteleczki. Wiele z nich zapewniło by ci krótką i bardzo bolesną śmierć. Ale przecież nie o to nam chodzi, prawda? Umarli nie mówią.
Maester załkał przeraźliwie.
-Na całe szczęście istnieją pewne substancje, które z powodzeniem rozwiążą ci język. Ta na przykład – wyciągnęłam z kieszeni malutki, srebrny flakonik – to niezwykle rzadki i fascynujący specyfik pochodzący z krainy Cienia za Asshai. Myrijczycy nadali mu własną, dźwięcznie brzmiącą nazwę „Veldatia hen dōrīyz ānogro" To znaczy: Płomień nieskończonej krwi, ciekawe prawda?
-Błagam…
-Wystarczy tylko kilka kropel tego – odkręciłam buteleczkę. – zmieszanych z twoją krwią, żebyś poczuł dosyć nieprzyjemne uczucie płonięcia żywcem. Będziesz chciał wyrwać swoje wnętrzności, żeby tylko to minęło, tak przynajmniej mówi większość. Niektórzy zaś porównują ból do obdzierania ze skóry, więc nie wiemy jak będzie w twoim przypadku, Havelock. Chcesz się przekonać?
-Nnnieeeeee…
-Doskonale. W takim razie powiedz mi wszystko co wiesz o testamencie. Od początku.
-Llord… lord Julius – wyjąkał. – wezwał mnie przed sześcioma dniami do swoich komnat. Na kolanach trzymał zapieczętowany ddokument. Kazał mmi go wziąć i ootworzyć już po jego śmierci… Miałem wskazać przyszłego dzie… dzie…
-Dziedzica – dokończyłam za niego. – Czy powiedział ci, kto nim zostanie?
-Nie, to miała być tajemnica. Lord Julius wydał dokładny rozkaz.
-Co jednak nie przeszkodziło ci go otworzyć i przeczytać, prawda Havelock?
-Nie, Nigdy! Nigdy!
-Ostrzeżono cię, żebyś nie kłamał, starcze.
-Mówię prawdę, prawdę! – wył kiedy zbliżałam się do niego z flakonikiem w dłoni. – Siedmiu brońcie, nigdy nie czytałem testamentu. Nawet go nie otworzyłem! NIEEEEEEEEEEEE!
Szaleńczym gestem próbował wytrącić mi buteleczkę z ręki, ale okaleczone ramię nie było w stanie mnie dosięgnąć, a druga natychmiast zacisnęła się na jego karku, skutecznie unieruchamiając go. Wrzask, który wydobył się z jego gardła, gdy tylko pierwsze krople trucizny skapnęły na jego rany, był nieludzki. Nie przestając cały czas krzyczeć, rozdrapywał paznokciami przedramiona, pogłębiając jeszcze bardziej krwawiące rozcięcia. Głupiec nie mógł mieć pojęcia, że w ten sposób tylko pomaga rozprzestrzeniającej się substancji. Niestety stary był zbyt głośny – choć od najbliższej żywej istoty – to jest Netharii Riverfall i jej strażnika, uprzednio znieczulonego senniczką, dzieliły nas trzy piętra kamiennych ścian, ktoś niepożądany mógłby usłyszeć torturowanego maestera i przybiec mu z pomocą. Trzeba zorganizować jakiś knebel. Kiedy starzec przestał już się tak bardzo trząść, powtórzyłam swoje pytanie.
-Czytałeś testament Juliusa Firefly, tak, czy nie?
-Tak – załkał.
-Kogo lord wyznaczył na swojego następcę, Havelock?
Cisza.
-Moja cierpliwość też ma granice, a właśnie się do niej zbliża. Chcesz, żeby ból wrócił?
-Lyanna – wychrypiał. – Zlituj się, ja…
-Gdzie on teraz jest? – przerwałam mu. – Gdzie upchnąłeś testament?
-Nie mam go – wyjęczał. – Nie! Nie, błagam, przysięgam na Matkę, mówię prawdę! Najczystszą prawdę! Kiedyś go miałem, ale ja…
-Sprzedałeś go, Havelock?
-Tak. – mimo ciemności miał tak żałosną minę, że nawet przez chwilę zrobiło mi się go żal. – Potrzebowałem pieniędzy, a on oferował dużo. Nikt nie powinien wiedzieć o testamencie, to miała być tajemnica.
-Kiepska tajemnica, jak widać. Ile obiecała ci Neth Firefly za papier i pomoc w zabójstwie obojga dzieciaków?
-Neth Firefly? Bogowie, nie. Ona nic o nim nie wiedziała. Nie interesowało jej to zupełnie. Tylko ten chłopiec i dziewczyna. Siedmiu, zlitujcie się. Ona nie miała…
-Dostatecznie dużo złota, żeby nasłać na lady Lyannę człowieka bez twarzy, tak?
Starzec pokiwał głową.
-W takim razie, powiedz, kto obiecał ci pieniądze Havelock.
-Ja... ja… Nie pamiętam… Nie widziałem twarzy – plątał się. - Błagam, było ciemno… Miał na sobie kaptur… Powiedział, że to dla przyjaciela. Zrozum, to było złoto… dużo złota…
Po tym wszystkim dalej ma czelność opowiadać mi tą samą durną bajeczkę co Flowersowi, bezczelny. Wciąż się nie nauczył, zasługuje na karę.
-Dlaczego nie wierzę ci w ani jedno słowo, Havelock? – spytałam cicho.
-Mówię prawdę, prawdę. Ja nie kłamię, służę. Jestem maesterem.
-Jesteś sprzedawczykiem i zdrajcą. I kłamcą, na dodatek kiepskim. Widzę, że potrzebujesz kolejnej zachęty.
-Błagam, błagam – łkał. – Nie mogę, naprawdę nie mogę. Zlituj się w imię Siedmiu! W imię matki! Ojca!
Tym razem zapobiegłam wypadkom i przed kolejną dawką trucizny, wepchnęłam maesterowi w usta knebel, zrobiony ze starej szmaty, leżącej na podłodze. Początkowo Havelock próbował walczyć, szarpiąc się i gryząc moje palce, ale już po kolejnej dawce, był już bezwolny. Starzec wił się w agonii, machając konwulsyjnie kończynami i próbując wypchnąć materiał z ust. Z jego oczu biło czyste szaleństwo. Spokojnie odczekałam, aż po raz kolejny „Veldatia” osłabnie i maester będzie znowu zdolny do rozmowy. Splunął krwią, kiedy wyciągnęłam knebel.
-Chcesz coś powiedzieć?
-Nie rozumiesz. Błagam ja nie mogę. Obiecali, że mnie zabiją, jeśli coś powiem. Są do tego zdolni.
-Tak samo i ja – odparłam lodowato. – Odpowiadaj, kim są ci Oni?
-Nie mogę nie mogę – powtarzał jak mantrę, schrypniętym od krzyku głosem. – On jest potężny. Przy nim armie i bogactwa Aidana i reszty to nic nie znaczące zabawki. Zniszczy ich.
-Kto to jest?
Havelock jednak po raz kolejny wybuchnął histerycznym szlochem.
-Kto to jest, Havelock? Mów!
-Nie nie nie nie nie nienienieeeeeeee. – wył.
Traci rozum. Ale boi się tego kogoś jeszcze bardziej. Trzeba to od niego wyciągnąć, zanim zejdzie.
-Mów!
-Błaaaagaaaam!
Krzyk jaki z siebie wydał zatrząsł murami komnaty, gdy ostatnie krople specyfiku zmieszały się z krwią wypływającą z rany na szyi.
-Zabij! Zabij!
-Kto to jest? Komu oddałeś testament, zdrajco? Mów.
-Aaaaaach. On tu jest. On już tu jest! Bliżej niż wszyscy sądzą. Weźmie to, co do niego należy! Co zawsze należało!
-Kto to jest! Kto ma testament!
-On wrócił, wrócił!
-KTO!
Havelock wykrzyczał imię. A moje serce opuściło jedno drżenie.
-Łaski – poprosił słabo.
Wyciągnęłam z kieszeni przeźroczystą buteleczkę z mlecznobiałym płynem w środku. Trzy krople. Odchyliłam starcowi głowę, jak dziecku i wlałam zawartość przez spierzchnięte wargi.
-Słodkich snów – wyszeptałam, patrząc mu w oczy.
-Firefly – brzmiało jego ostatnie słowo.
Po cichu wyszłam z ciemnej komnaty i zatrzasnęłam za sobą drzwi, po czym zaryglowałam te wewnętrzne. Nie będą wiedzieli. Wszystkie żyły prowadzą do serca. Po czym znalazłam jedną z nich i zagłębiłam się w ciemny tunel. W mojej głowie kołatało się jedno słowo: Zdrajca.

CDN
Chaos isn't a pit. Chaos is a ladder.
[glow=red]AJPK[/glow] Obrazek

NoFaceMan
Poziom 2
Awatar użytkownika
Rejestracja: 23 lip 2013, o 10:14

Postautor: NoFaceMan » 7 wrz 2014, o 13:28

[center]JARMAINE FLOWERS
[/center]

[center]Dzień 7[/center]

Ranek.

Rankiem odbyło się nabożeństwo za duszę Alicii Riverfall i jej brata Tomerica. W sepcie pojawili się prawie wszyscy synowie i córki lorda Juliusa, prócz Matthew, który do tej pory nie wychylił nosa z po za swojej komnaty.
Gruby septon chrypiał , okrutnie fałszując każdą pieśń śpiewaną na część swoich Bogów. Mimochodem spojrzałem na Jennę, która stała obok Ivara, w towarzystwie jakiegoś brzdąca, zapewne swojego syna. Musiała już dowiedzieć się, że to Neth Firefly zleciła zabójstwo bratanicy, a mimo to gdy nasz wzrok się spotykał, natychmiast go odwracała obrażona. Ciągle miała wyrzuty, że zgodziłem się bronić Laszlo? Być może dzieciak za to co zrobił zasłużył na porządną chłostę albo kilka miesięcy w ciemnych lochu, ale nie był mordercą. Do licha, postąpiłem słusznie, choć jeden raz w życiu, a ona zachowywała się jak obrażony bachor.
Kiedy uroczystości żałobne się skończyły z ulgą wyszedłem na zewnątrz odetchnąć świeżym powietrzem. Zapach kadzideł doprowadzał mnie do mdłości.
Jenna przeszła obok, nawet nie racząc mnie spojrzeniem. Ciągnęła za rękę swojego dzieciaka, w pośpiechu zmierzając w stronę zamku. Chciałem za nią zawołać, kiedy poczułem czyjeś dotknięcie na ramieniu.
- Możemy porozmawiać ? – spytał Ivar po czym odciągnął mnie na bok po za wzrok paru ciekawskich oczu.
- Co tym razem cię trapi bracie? – westchnąłem zmęczony, bo dziś nie miałem szczególnej ochoty na dysputy o polityce.
- Rozmawiałem z Leonem. Powtórzyłem mu wszystko co podsłuchałeś, wtedy w bibliotece. Chłopak jest młody i zuchwały, w ogóle się nie przejął, ale obiecał że będzie na siebie uważał –
- To wszystko co chciałeś mi powiedzieć?-
- Przemyślałem sobie wszystko co mówiłeś o sojuszu z Dorne. Jeśli Lyanna poślubiła by Leona, zyskalibyśmy cennego sojusznika. Ale sam widzisz, dziewucha jest uparta, nic do niej nie dociera. Skoro nawet ojcu nigdy nie udało się jej przekonać do ślubu, co ja mogę zrobić?
- Prosiłem Tygeta by z nią o tym porozmawiał.
- No cóż… - Ivar spojrzał na mnie czerwieniąc się – Myślę, że Tyget nie jest odpowiednią osobą do takich rozmów.
- Co masz na myśli? -
- Widziałem jak Lyanna na niego patrzy. I powiem ci bracie, że nie podobało mi się to wcale a wcale.
- Sugerujesz że…
- Nie wiem co myśleć – westchnął Ivar - Może jest mu wdzięczna za uratowanie życia i o to jak się o nią troszczy. Ale coś z tą dziewczyną jest nie tak. Pamiętasz dlaczego ta zabójczyni chciała ją otruć?
- Była zazdrosna o Rheagara – odpowiedziałem
- No właśnie. Nie zastanawia cię dlaczego podszyła się pod córkę sadownika? Przecież ci Ludzie bez Twarzy znają swoje ofiary na wylot, niektórzy twierdzą nawet, że potrafią czytać w myślach i je przejmować jak twarze…Może wiedziała o Lyannie więcej niż my sami?
- Sugerujesz, że naszej siostrze bardziej podobają się właśni bracia niż obcy mężczyźni ?
- To by tłumaczyło, dlaczego jest taka niechętna do zamążpójścia. Powiem ci jedno, nie chce kolejnego skandalu, nasza rodzina przeszła wystarczająco wiele. Jeśli trzeba będzie zaciągnę ją do septu siłą i wydam za jakiegoś porządnego szlachcica. Najlepiej za Leona.
Przytaknąłem, ale nic nie odpowiedziałem. Łatwo mi było oceniać Lyannę, kiedy ja sam nie mogłem odwrócić wzroku od Jenny. Gdy się poznaliśmy czternaście lat temu, nie miałem pojęcia, że jest moją siostrą. Tamtego lata ja i Gareth zjawiliśmy się razem z naszym opiekunem Syrusem Nocross na ślubie lorda Juliusa ze Stellą Beesbury. Byłem już wtedy domowym rycerzem ser Syrusa i choć skończyłem dwadzieścia siedem lat nigdy nie znalazłem sobie odpowiedniej towarzyszki życia. Miałem wiele kobiet, głównie pracujących w zamtuzach albo młynach i karczmach swoich ojców. Ale dopiero gdy poznałem Jenne, zdałem sobie sprawę, że to kobieta, z którą mógłbym spędzić resztę życia. Była młodsza o dziesięć lat i choć skończyła siedemnasty dzień swojego imienia wciąż nie wyszła za mąż. Nie liczyłem wtedy na nic wiele, w końcu byłem sierotą, którego ojciec zginął w pojedynku a Nocross przygarnął mnie i Garetha na wychowanie. Julius Firefly nigdy by nie pozwolił wydać swojej córki za przybłędę a ja nawet w najśmielszych snach o tym nie marzyłem. Ale chciałem być blisko Jen, więc kiedy dowiedziałem się, że niedaleko Eclipse grasuje banda rabusiów, zgłosiłem się na ochotnika do służby dla Juliusa. Lord Eclipse zgodził się przyjąć moją pomoc do czasu gdy ja i jego ludzie nie uporamy z bandytami. Początkowo Jen nie zwracała na mnie uwagi. Wszystko zmieniło się podczas podróży, gdy eskortowałem ją do Three Towers. Kilka długich nocy spędzonych na rozmowach, wspólnych żartach, wstydliwych spojrzeniach, wymownym milczeniu. Gdy dotarliśmy do miasta, wtedy po raz pierwszy przyszła do mojego pokoju w karczmie gdzie nocowaliśmy. Obudził mnie zapach jej perfum, otworzyłem oczy a ona mi przyłożyła palec do ust nakazując być cicho. Ściągnęła przez głowę swoją koszulę po czym wpełza pod kołdrę obdarowując mnie po całunkami. W Three Towers spędziliśmy tydzień. Każdą noc razem. Miała spotkać się z jakimś paniczykiem, ale do zaręczyn nie doszło. Wróciliśmy do Eclipse. Jenna bała się ojca i nie chciała mu o nas powiedzieć. W końcu postanowiłem sam to zrobić. Nie zdążyłem bo ktoś uprzejmy zdążył mu powtórzyć krążące o nas plotki. Tamten dzień był najgorszy w moim życiu. Julius Firefly urządził polowanie, poprosił bym mu towarzyszył. W trakcie łowów odjechaliśmy w stronę polany a wtedy lord zsiadł z konia i podszedł do mnie przeszywając twardym wzrokiem.
Nie możesz się z nią więcej spotykać – powiedział a ja pokręciłem głową nie rozumiejąc co ma na myśli.
- Jenna jest twoją siostrą –
- Nie rozumiem panie…
- Jestem twoim ojcem Jarmaine. Ty i twój brat Gareth jesteście moimi synami.
Zabrakło mi tchu w płucach a nogi ugięły w kolanach. Kiedy znów spojrzałem na lorda Juliusa trzymał w ręku kuszę i celował w moją pierś.
- Jeśli jeszcze raz się do niej zbliżysz zabiję cię synu.
Gdy wróciłem do zamku Julius wysłał do mnie maestra Havelocka, który mi wyjawił resztę prawdy. Moją matką była Gwen Northtower, którą lord poznał wiele lat temu w Dreadfort. Gdy spłodził z nią dzieci, chciała usunąć ciążę, jednak Julius wybłagał ją, by oddała mu syna w wychowanie. Obiecał, że nic mi nie zabraknie, że będę traktowany jak reszta jego dzieci. Gwen urodziła bliźniaki, mnie i o pięć minut starszego Garetha. Wysłano nas do Reach, lecz zamiast w Eclipse wychowywaliśmy się na dworze Syrusa Nocross.
Jeszcze tego samego dnia spakowałem swoje rzeczy i opuściłem Reach. Napisałem do Jen list. Nigdy mu jej nie dałem. Chciałem spalić w kominku, ale zamiast tego schowałem do kieszeni. A potem ruszyłem na Północ. Na Mur. Zhańbiony i poniżony.

***

Niepewnie zapukałem do drzwi jej komnaty. Gdy stanęła w progu i mnie zobaczyła zbladła.
- Co ty tu robisz? – syknęła – Jeśli nas ktoś zobaczy…
- Nawet jeśli to co? Ojciec jedną nogą jest w grobie, najwyższy czas przestać się go bać Jen
Zwęziła swoje drobne usta w cienką linie. Znałem ten wyraz twarzy. Znałem na pamięć każdy jej grymas, każdy uśmiech.
- Dlaczego jesteś na mnie zła? – zapytałem – Przecież Laszlo był niewinny, uratowałem chłopaka przed szubienicą.
- Jesteś czasem taki głupi Jarmaine – westchnęła – Tak mało domyślny…
- Więc mi wyjaśnij! –
Zamiast coś powiedzieć, chwyciła za klamkę i próbowała zatrzasnąć drzwi. Podsunąłem but pod próg.
- Puszczaj! – syknęła
- Dlaczego jesteś na mnie zła? Co złego ci zrobiłem, że tak na mnie patrzysz!?
- Zostawiłeś mnie samą! – wrzasnęła po czym nagle zamilkła jakby powiedziała coś niestosownego – Wyjechałeś bez słowa, nie wiedziałam co się z tobą stało, nikt nie chciał nic powiedzieć! Czternaście lat Jarmaine! Czternaście lat Jarmaine, zastanawiałam się gdzie jesteś i co robisz!
- Wiesz dlaczego musiałem stąd wyjechać – odpowiedziałem szeptem.
- Zostawiłeś mnie samą. Uciekłeś z podkulonym ogonem a to ja musiałam znosić te wszystkie okropne spojrzenia naszego ojca! Patrzył na mnie…patrzył z takim obrzydzeniem. A przecież to nie była moja wina, nie wiedziałam…nikt nie wiedział prócz niego!
Rozpłakała się rzewnymi łzami. Podszedłem by ją przytulić lecz ręką odepchnęła mnie. Nim otworzyłem usta by coś powiedzieć, podbiegł do niej jej synek, który złapał się jej nogi i patrzył na mnie marszcząc czoło.
- To już przeszłość Jen. Masz teraz męża i syna.
Jenna spojrzała na szkraba, który oplótł ramionami jej nogę.
- Micah nie jest moim dzieckiem. To bękart Riana. Gdy Aamon zaczął krążyć na swym smoku coraz bliżej Darry, Rian poprosił mnie bym zabrała chłopca do Eclipse.
- Ale Rheagar wspominał coś o twoim synu…
Nim zdążyła odpowiedzieć z wnętrza komnaty usłyszałem czyjś kaszel. Jenna wyglądała na zmieszaną.
- Kto tu jest? – zapytałem lecz nie odpowiedziała. Nim zdążyła zareagować wszedłem do środka. W łóżku leżał trzynastoletni chłopak. Wyglądał znajomo i dopiero teraz przypomniałem sobie skąd go znam. Kilka dni temu uciekał przed jednym z domowych strażników, któremu sprawił psikusa. Ukrył się w stogu siana prosząc bym nie zdradził jego kryjówki rozjuszonemu żołnierzowi.
- To mój syn Tregan – odparła Jen stojąc za moimi plecami – Znowu się rozchorował, ale Tyget mówi, że to nic poważnego. Mówi, że o tej porze roku w Reach niektóre kwiaty i trawy pylą stąd ten kaszel i katar.
- Ja też w jego wieku często miałem….
Przerwałem w pół słowa i spojrzałem blady na Jenn.
- Ile on ma lat? –
- Przestań Jarmaine. Wynoś się – syknęła po czym złapała mnie za rękę i popchnęła w stronę drzwi. Kiedy wyszedłem na korytarz znowu poczułem się jak wtedy na polanie, gdy ojciec wycelował do mnie z kuszy. W płucach zaparło mi dech a nogi ugięły pod mną. Gdybym nie przetrzymał się ściany upadł bym i nie wiem czy zdołał znowu podnieść.

***

Wyszedłem na dziedziniec, wciąż oszołomiony. Gierkowie ćwiczyli właśnie pod okiem Eomera. Próbowałem uspokoić się i zebrać myśli. Wciągając powietrze w płuca, nagle poczułem uderzenie. Cios w twarz powalił mnie na ziemię, przed oczami pojawiła ciemność.
Nad mną stał Tyget. Nie przypominał tego spokojnego, powściągliwego chłopaka, którego poznałem kilka dni temu. Był wściekły a z jego oczu błyskały pioruny.
- Mało ci było, że prawie go otrułeś? Mało, że uwięziłeś jak zwierze? Musiałeś go zabijać ty pieprzony bękarcie?
- O czym ty mówisz Tyg? - zapytałem wycierając krew sączącą się z nosa.
- Havelock nie żyje. Otrułeś go!
Podniosłem się z ziemi otrzepując kurz. Eomer widząc zamieszanie przerwał trening i podszedł do nas wyraźnie utykając.
- Wszystko w porządku panowie? -
Przytaknąłem potwierdzając, jednak Eemer zaniepokojony wciąż gapił się na nas, gotowy w każdej chwili interweniować gdyby doszło do jakiejś jatki.
- Nie wiem o czym mówisz bracie, nie mam z tym nic wspólnego –
- To się jeszcze okaże. Jeśli go zabiłeś nie daruję ci tego.
- Havelock był zdrajcą – odparłem
- I zasłużył na uczciwy proces a nie tchórzowską śmierć.
- Sądzisz, że zabijałbym ważnego świadka? To on maczał palce w śmierci Alicii Riverfall, to on sprzedał testament naszego ojca! – próbowałem się bronić, ale Tyget nie był przekonany.
- Przed śmiercią był torturowany. A z tego co wiem, to twoje metody. Mogłeś dowiedzieć się wszystkiego co chciałeś a potem go zabić by z nikim już nie podzielił swoją wiedzą.
- Gdybym chciał się dowiedzieć wszystkiego, już dawno bym to zrobił. Pomyśl Tygecie, komu zależało by go uciszyć? Albo komuś kto chce pomóc Neth Firefly, albo ludziom, którzy przejęli testament ojca
Tyget milczał przez chwilę. Poprosiłem go by zaprowadził mnie do pracowni Havelocka. Starzec wyglądał w opłakanym stanie, dni spędzone w zamknięciu spowodowały, że zapadł się w sobie i wyglądał jak kupa starych kości powleczonych skórą. W dodatku w pomieszczeniu unosił się straszliwy smród szczyn, gówna i przewlekłej choroby.
- Skąd wiesz, że nie zmarł naturalnie? – zapytałem bo na pierwszy rzut oka wyglądało jakby rzeczywiście wyzionął ducha przegrywając z jakimś choróbskiem albo własną starością.
Tyget pochylił się nad ciałem i rozwarł lekko jego szczękę. Pokazał mi kawałek materiału znajdujący się za zębami.
- Widzisz? Ktoś go kneblował – odpowiedział maester po czym pokazał mi rany na przedramionach, wyglądające jakby ktoś rozszarpał je pazurami. Z porozrywanej wyłaziło żywe czerwone cuchnące mięso.
- Co to było, jakieś zwierzę? – zapytałem odwracając wzrok.
- Sam to sobie zrobił – wyjaśnił Tyget po czym podniósł jego dłoń pokazując mi krew za żółtymi paznokciami maestra.
- Ale dlaczego? -
- Są pewne trucizny, które mogą powodować straszliwy ból wewnątrz ciała. Sądzę, że w ten sposób ktoś próbował coś z niego wyciągnąć.
- Trzeba w takim razie przesłuchać strażnika, który pilnuje Neth Firefly. Na pewno coś słyszał.
- Jest nieprzytomny, sprawdziłem. Ktoś mu podał senniczkę.
Jeszcze raz dokładnie obejrzałem zwłoki po czym zacząłem szukać jakichś śladów w izbie maestra. Tyget przez cały czas przyglądał mi się podejrzanie, więc kiedy zbliżyłem się do półki by zasłonić flakonem z miksturą niewielki otwór wywiercony w ścianie, w ostatniej chwili się wycofałem.
- No co? Naprawdę sądzisz, że ja to zrobiłem? – obruszyłem się nie wytrzymując w końcu jego oskarżycielskich spojrzeń brata.
- To ty przekonałeś Ivara, by nie wystawiał strażników przed pracownią Havelocka. Twierdziłeś, że starzec i tak nigdzie nie ucieknie i nie ma potrzeby go pilnować
- To prawda –
- Sam powiedziałeś, że był ważnym świadkiem. Za dużo wiedział i zagrażał pewnym ludziom. Chociażby z tego względu powinien być strzeżony noc i dzień!
A kto powiedział że nie był.
- Pozbywając się strażników, ułatwiłeś sobie zadanie.
Nie sobie, bracie, tylko ludziom, którzy chcieli go uciszyć.
- Jeśli mi nie wierzysz na słowo, możesz porozmawiać z Ivarem i przekazać swoje wątpliwości – przerwałem dyskusję po czym wyszedłem z pracowni zostawiając Tygeta ze zwłokami starego maestra.


* Na prośbę Przedrzeźniacz usunąłem ostatni fragment, więc jeśli ktoś przeczytał o spotkaniu z moim szpiclem, to ten wątek jest (na razie) nie ważny i nigdy się nie wydarzył.
Umysł potrzebuje książek, podobnie jak miecz potrzebuje kamienia do ostrzenia.

TeomarArryn
Poziom 3
Awatar użytkownika
Rejestracja: 23 sie 2013, o 16:38

Postautor: TeomarArryn » 9 wrz 2014, o 17:33

[center]Matthew Firefly[/center]
[center]Dzień 7 - przedpołudnie[/center]

Przez cały poranek biłem się z myślami. Przed rozprawą miałem plan, by przeprosić Assenę za moje zachowanie poprzedniego wieczora, ale po pierwsze szybko wyszła, a po drugie zatrzymał mnie ser Demios, chcąc zapytać, czy potrzebuję czegoś na uspokojenie, widząc mój wyraz twarzy. A potem odwiedził mnie Jarmaine z tą swoją propozycją. Jeszcze ją przemyślę, tymczasem muszę odetchnąć.
Wczoraj wieczorem wysłałem Andrew i jego żonę do Doliny, gdzie będą bezpieczni. Ktoś może pomyśleć, że brali w tym wszystkim udział i mogą zostać osądzeni. Tym samym nie został w tym zamku nikt, na kogo mógłbym liczyć: żadnemu z moich braci nie ufałem na tyle, by mu się zwierzyć, Assena nie ufała mi, a Neth... Lepiej, żebym o tym nie myślał. Postanowiłem więc, że pójdę do kogo innego.
[center]***[/center]
Oparłem się niepewnie na prawej nodze i zapukałem do drzwi. Usłyszałem za nimi kroki i po chwili otworzyła wyglądająca na zmęczoną Jenna. Widząc mnie, zwęziły jej się oczy i warknęła:
-Precz! - i spróbowała zamknąć drzwi. Przytrzymałem je ramieniem.
-Jenny, proszę, porozmawiaj ze mną... - jęknąłem słabo. - Ostrość jej miny straciła trochę na sile.
-Jesteś pijany? Chuchnij. - wykonałem polecenie. Skrzywiła się mimowolnie, ale po chwili rozpogodziła. - Śmierdzi paskudnie, ale to nie alkohol.
-Jadłem dzika z przyprawami. - uśmiechnąłem się mimowolnie. Wszedłem do pokoju, a ona zamknęła za mną drzwi. Siadłem na fotelu, a ona na krześle przy oknie. Usłyszałem dźwięki dziecięcej zabawy. - Czy to twoje dzieci?
-Tak. - przez chwilę na jej twarzy zobaczyłem cień, ale tak krótko, że nie miałem pewności. - Dwóch synów.
-Ja mam syna i córkę. - posmutniałem. - On to wykapany ja, uwielbia kuźnię i stare księgi, poza tym już ma pięć stóp wzrostu, jasne włosy i oczy Świetlika. Natomiast Kath to wykapana Neth... - urwałem i wbiłem tępo wzrok w podłogę. - Jest, a teraz raczej już "była" zaręczona z Arrynem. Natomiast Aenys ma ożenić się z Ferionówną. I teraz to wszystko ma legnąć w gruzach?
-Sam się do tego przyczyniłeś. - odparła z obojętnym wyrazem twarzy.
-Jak możesz być wobec tego tak obojętna? - zapytałem z niedowierzaniem. - To ona, ta zła kobieta... - Nie potrafiłem po raz kolejny wymówić jej imienia. - …Przez nią stracę wszystko!
-Ale ty jej słuchałeś, wydałeś idiotyczną ucztę, a potem nie spostrzegłeś, że to ona jest sprawcą zbrodni, za którą chciałeś skazać niewinnego człowieka… Ty powinieneś się wstydzić.
-Sama dobrze wiesz, że kobiety mają atuty do przekonywania mężczyzn, na pewno też zdarzało ci się ich używać. Ale powiedz mi po prostu, co mam teraz zrobić. Mój syn sprawuje władzę w Riverfall, ten regent, którego wyznaczyłem to tylko marionetka, chłopak ma wystarczająco wiedzy do sprawowania władzy, przynajmniej na razie, póki któreś z wyzwań go nie przerośnie. Więc nie pojadę do niego, przy okazji zostawiając ten burdel na pastwę losu, nie mając ponadto już praw do Wodospadu. Do Doliny też nie pojadę, bo Andrew razem z całą tamtejszą szlachtą by mnie wyśmiali. Nie wiem, czy mogę tu zostać, nie przystając na propozycję Jerma… - i opowiedziałem jej o wszystkim, co usłyszałem dziś rano od Króla Szpicli.
-Matt… - zaczęła z wielkimi oczyma. – Chyba nie mówisz na poważnie, że nie chcesz na to przystać?
-A dlaczego miałbym to zrobić. Nie mam już nic, o co mógłbym walczyć, straciłem żonę, którą kochałem ponad wszystko inne, syna i córkę zabierze mi prawo. Armię właściwie też straciłem, bo lordowie Neth i moi przyjaciele najemnicy są w pierdlu i nie wiadomo, jak długo tam posiedzą. Jedyne co mi zostało to Riverblade, którego nazwa przyprawia mnie o dreszcze, ubranie na sobie, zbroja w tobołku i umysł w głowie.
-Ekhem, masz jeszcze jedną rzecz, i nie jest to krzepa w ramionach. Masz mianowicie w spodniach pewien atut, którym możesz się posłużyć do realizacji swoich celów.
-W tej chwili nie mam w życiu żadnych celów, te które zdradziłem Assy, były tylko jadem sączonym w me ucho, i chwała Siedmiu, że zdałem sobie z tego sprawę, choć gorzej, że dopiero teraz… - chwilę się jednak zastanowiłem. – Ale ty chyba nie mówisz o…
-Tak, bracie. Jesteś mężczyzną, co daje ci spore walory w kwestiach politycznych i militarnych. No i możesz płodzić dzieci. Człowieku, masz trzydzieści lat, w tym wieku ojciec brał sobie dugą żonę. Jesteś młody, świat stoi przed tobą otworem. Po co martwisz się o jednego syna, skoro możesz mieć jeszcze dwudziestu?
-Ta… - mruknąłem. – tylko z kim? – Spojrzała na mnie wymownie. – Ach, no tak. – Kella. – Jeszcze nad tym pomyślę. Ale tymczasem muszę odwiedzić jeszcze kogoś.
[center]***[/center]
Gdy zapukałem do drzwi Asseny, dochodziło południe. Otworzyła z miną wyrażającą zadumę, która jednak zrzedła, gdy właścicielka zobaczyła moją zmęczoną twarz. Wykrzywił ją grymas złości i huknęła drzwiami. A przynajmniej huknęłaby, gdybym nie przytrzymał ich łokciem. Zabolało, ale nie zwróciłem na to uwagi.
-Proszę, wpuść mnie, Assy…
-Chuchnij. – rozkazała.
-Zabawne, że jesteś już drugą osobą dzisiaj, która mnie o to prosi. – uśmiechnąłem się wymuszenie. Otworzyła wrota i wszedłem do pokoju, który pamiętałem jak przez mgłę z owej polibacyjnej nocy. Tym razem nie siadła, a ubrana była w pełni, w ciemną szatę z kapturem, opuszczonym na kark i nakrytym przez krucze loki.
-O co ci chodzi? – spytała ozięble, tak jak wtedy.
-Chciałem cię przeprosić za moje zachowanie z przedwczorajszej nocy.
-Ty? Ty chcesz mnie przepraszać? Za to, że prawie mnie zgwałciłeś, za to, że ledwo mogłam utrzymać nerwy na wodzy podczas rozprawy?
-Nie, nie za to. – zdziwiła się. – Chcę cię przeprosić za to, że jestem złym bratem. Może i śpiewałem ci kołysanki, może i nauczyłem cię, jak utrzymać nóż w twojej małej, dziecięcej rączce, tak, byś nie musiała prosić zawsze starszych o krojenie kapłona. Ale nigdy nie dałem ci szczęścia, nigdy nie rozmawiałem z tobą o tym, co cię nurtowało. Ale to dlatego, że przez ciebie straciłem matkę. Mimo to zawsze cię kochałem. Byłaś moją małą siostrzyczką. Jak można było kogoś takiego nie kochać? Wybaczysz mi?
Odwróciła się do mnie tyłem i widać było, że bije się z myślami. Gdy zwróciła się ponownie w moją stronę, miała mokre oczy.
-Wybaczę ci. – chciałem ją objąć ze szczęścia, ale odsunęła mnie od siebie swoimi chudymi dłońmi. – Ale licz się z tym, że nic już nie będzie takie, jak dawniej.
-Dobrze, mała siostrzyczko.
[center]***[/center]
-Herrit! – zawołałem, gdy znalazłem się już w swoim pokoju. Młody Mallister wpadł przez drzwi z zatroskaną twarzą.
-Panie? Co mogę dla ciebie zrobić?
-Przyprowadź mi Ivara i Jarmaina.
-Masz na myśli, ser Ivara i pana Jarmaine’a, panie?
-No przecież mówię! – odrzekłem zniecierpliwiony. – Powiedz Ivarowi, że muszę wziąć miarę na zbroję dla niego. – Obaj będą wiedzieć, o co chodzi.

CDN
-Chodźmy coś zjeść. - zaproponował.

-Przecież godzinę temu konałeś... -odparła.

-Ale teraz konam z głodu.

TeomarArryn
Poziom 3
Awatar użytkownika
Rejestracja: 23 sie 2013, o 16:38

Postautor: TeomarArryn » 9 wrz 2014, o 19:22

Tu był post, ale nie wiem, jak usunąć całkowicie, bo zniknęła ikonka "x".
Ostatnio zmieniony 10 wrz 2014, o 15:57 przez TeomarArryn, łącznie zmieniany 2 razy.
-Chodźmy coś zjeść. - zaproponował.

-Przecież godzinę temu konałeś... -odparła.

-Ale teraz konam z głodu.

Przedrzeźniacz
Poziom 5
Awatar użytkownika
Rejestracja: 23 kwie 2014, o 16:39

Postautor: Przedrzeźniacz » 9 wrz 2014, o 20:56

Teomar, ekhemmm nie ten temat ;-)
Chaos isn't a pit. Chaos is a ladder.
[glow=red]AJPK[/glow] Obrazek

TeomarArryn
Poziom 3
Awatar użytkownika
Rejestracja: 23 sie 2013, o 16:38

Postautor: TeomarArryn » 10 wrz 2014, o 15:55

Ups, coś mi się spi*przyło.
Już przenoszę.
-Chodźmy coś zjeść. - zaproponował.

-Przecież godzinę temu konałeś... -odparła.

-Ale teraz konam z głodu.

Łowca
Poziom 4
Awatar użytkownika
Rejestracja: 6 sie 2013, o 18:03

Postautor: Łowca » 18 wrz 2014, o 20:47

[center]Aidan Firefly

Dzień 8 (wieczór)[/center]

Dopiero wyruszyliśmy w drogę, a ja już byłem znudzony. Nie ma czemu się dziwić, podróż w tej części Westeros nigdy nie należała do najciekawszych, co najwyżej do najbezpieczniejszych. Od czasu opuszczenia Starego Miasta, żaden, dosłownie żaden lennik Hightowera czy Tyrella nie odpowiedział na wezwanie. Ormund nie był bynajmniej z tego faktu zadowolony. Nie dziwię mu się. Oczywiście, sam po trochu był sobie winien, nie słuchając moich rad i przymykając oko na wybryki swoich wasali, ale o ile byłem w stanie zrozumieć ich nieobecność na naradach wojennych, czy prowadzenie niezależnej polityki na własnych ziemiach, o tyle doprowadzenie do sytuacji, kiedy poddani otwarcie ignorowali rozkazy suwerena nie mieściło mi się w głowie. Zrozumiałbym jeszcze, gdyby wszyscy albo chociaż większość przesłała informację o swojej neutralności idąc przykładem Redwyne'a. Rzecz jasna, w praktyce Redwyne był całym sercem po naszej sprawie, a w zasadzie głównie po mojej. Tymczasem większość lordów nie odpowiedziała na wezwanie, co można niejako odebrać jako akt zdrady. Nic dziwnego, że Ormund od kilku dni był zdenerwowany i rozdrażniony oraz kazał przełożyć opracowywanie strategii do czasu przejścia przez Reach. Wolałem go jeszcze bardziej nie denerwować moimi zamiarami powrotu do rodzimych stron. Kampania była wielką okazją do zyskania sławy, bogactwa i wpływów, ale to wszystko miało również Eclipse. Muszę pomyśleć nad satysfakcjonującym powodem mojego powrotu. Być może zainteresują go informacje o atakach czy rabunkach? Albo po prostu powiedzieć, że ktoś musi pilnować tyłów? Jeszcze nie wiem, a mam niewiele czasu. Najpóźniej za tydzień muszę się od niego oderwać, bo inaczej nie zechce odesłać mnie na tyły.
Siedziałem tak i rozmyślałem w swoim namiocie. Był już wieczór, moi słudzy rozstawili namiot i jeszcze pełni werwy poszli pełnić straże. Znając ich "słomiany zapał" poszli się schlać czy zabawić się z markietankami. Nikt nie wiedział, czy powrócimy z wyprawy do domu, a takie przynajmniej starałem się wywrzeć znaczenie. Dyscyplina to podstawa. Przy prowizorycznym stole z miseczką owoców i podręczną sakwą siedziałem nad pewnym talizmanem. Przypominał mi o dawnych dziejach, kiedy przebywałem w Arbor razem z Edriciem. Zamknąłem oczy, ująłem talizman w rękę i znowu odpłynąłem. Po chwili jednak otworzyłem oczy i wściekły na siebie odłożyłem go z powrotem. Nie powinienem wspominać przeszłości. Właśnie chowałem go do sakwy, kiedy przybył posłaniec.
- Do Lorda -zaczął zadyszany. Aidana Firefly, goniec...
- Tak? – spytałem. - Korin został zaatakowany? Stare Miasto? Smoki pojawiły się na naszych plecach? Nie jestem dowódcą kampanii więc pomyliły ci się namioty chłopcze.
- Nie...-złapał oddech i powoli uspokoił się. - Przybyłem z Eclipse, na rozkaz...
- Rozumiem. Coś ważnego się wydarzyło, ojciec umarł?
- Nie, mój lordzie. Lord Julius Firefly wciąż żył, kiedy opuszczałem Eclipse. Przybyłem z innymi ważnymi informacjami. Pański syn został....
- Zamordowany? -spojrzałem na niego kątem oka, zjadłem kolejną brzoskwinię i czekałem spokojny.
- Nie. Czcigodny pan Laszlo został aresztowany i oskarżony o zabójstwo panny Alicii Riverfall. Pan Matthew Firefly i pan Ivar Firefly wraz z panem Jarmainem Fire... Znaczy Flowersem zamierzają zorganizować proces i go ukarać. Mój dowódca zadecydował, że musimy lorda poinformować i coś zdzia... Lordzie czy coś się stało?
Już od dawna go nie słuchałem. Na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Laszlo zdołał zadziwić mnie i wpakować się w kłopoty tak wcześnie. To dobrze, bardzo dobrze. Jeśli nie był w amoku, powinien wiedzieć, że jego głównym celem powinno być doprowadzenie do Próby Walki i w najlepszym wypadku zabicie albo mojego brata albo któregoś z "bękartów" ojca. Matthew czy prawdziwy bękart Jarmaine – żadna różnica. Z jego sposobem walki, pierwsza próba nie powinna mu sprawić problemów. Jest wstanie pokonać każdego, gorzej, jeśli musiałby walczyć po raz drugi, wtedy mogłoby się pojawić znacznie więcej problemów. Tak czy siak, w przeciwieństwie do założeń gońca moja reakcja była całkowicie odwrotna.
-Oczywiście, że nie - musiałem się uspokoić. - Nic nie róbcie, czekajcie na rozwój wypadków. Przekaż swoim przełożonym, że macie się mocno nie wychylać. Pilnujcie po prostu mojej córki i syna.
- Tam mój lordzie, a co jeśli Pan Laszlo zostanie zabity i skazany?
Zastanowiłem się chwilkę na odpowiedzią... Tak...
- Macie pozostać na stanowiskach, nic nie róbcie w związku z tym. Najlepiej jeśli - wyciągnąłem rękę do sakiewki i podałem mu 2 złote smoki - tak właśnie zrobicie. Masz tu nagrodę za informację. Niezwłocznie przekaż moje słowa i pamiętaj - macie się nie wychylać. W razie śmierci... mojego syna. Czekajcie na mnie. Zrozumiałeś?
- Tak, lordzie. Wyruszę najszybciej jak się da.
I natychmiast wybiegł w kierunku obozu. Wróciłem do poprzedniego zajęcia i usiadłem na stołku. Wszystko idzie dokładnie tak jak chciałem. Mam tylko nadzieję, że Laszlo mnie nie zawiedzie. Chciałbym wrócić do Eclipse i móc zrealizować do końca swój plan. Na razie jednak musiałem porozmawiać z Ormundem na temat mojego powrotu i pomyśleć, jak załatwić sprawę z resztą rodzeństwa. Tak, to będzie ciekawe, wycieczka za wieś niedługo się skończy, a kiedy wrócę do domu… Posprzątam to co trzeba.
Aerys (I) prędzej weźmie do łóźka książkę, niż swoją żonę. - Siedem Królestw o Aerysie I

Nyke Daenerys Jelmāzmo hen Targārio Lentrot, hen Valyrio Uēpo ānogār iksan. Valyrio muño ēngos ñuhys issa.

NoFaceMan
Poziom 2
Awatar użytkownika
Rejestracja: 23 lip 2013, o 10:14

Postautor: NoFaceMan » 19 wrz 2014, o 16:15

[center]JARMAINE FLOWERS [/center]

[center]Dzień 7 C.D[/center]

Gdy wyszedłem na dziedziniec podbiegł do mnie młody giermek Herrit Mallister.
- Pan Matthew prosi ciebie i ser Ivara o spotkanie.
- Mówił czego chce? – zapytałem, choć domyśliłem się o co może chodzić. Czyżby Matthew już przemyślał naszą propozycję?
Herrit bąknął coś niezrozumiale o zbroi dla Ivara.
- Dobrze, przekaż swojemu panu, że zjawię się u niego za godzinę.

***

Z Hammondem spotkałem się dopiero późnym wieczorem po rozmowie z Matthew. Czekałem na niego przy stajni. Wyłonił się niespodziewanie z ciemności, skryty za kapturem.
- Havelock nie żyje – zwróciłem się do niego – Ale przypuszczam, że o tym wiesz.
Hammond przytaknął.
- Myślałem, że już nigdy nie wyjdę z tej pierdolonej celi. Przez tego starego pryka nie mogłem zmrużyć oka, tak się podły człowiek darł nocami. Mało brakowało, a bym tam poszedł i sam go uciszył.
Trzy dni temu po przesłuchaniu Havelocka, gdy maester został zaprowadzony do Ivara, w sąsiedniej opuszczonej izbie zamieszkał bardzo cichy lokator o którym nikt nie miał pojęcia. Gdy maester został odprowadzony z powrotem do pracowni, nie wiedział, że za ścianą ma towarzysza, który przez wywiercony otwór, musiał obserwować wszystkie obrzydliwe rzeczy jakie zdarza się robić schorowanym ludziom. Nie wiedział o tym Havelock, ale i jego zabójca, skoro Hammond wciąż jeszcze oddychał. Nie było mi szkoda starego maestra. Co miał mi powiedzieć, powiedział, przydać się mógł już tylko jako przynęta by sprawdzić czy ktoś spróbuje go uciszyć na wieki.
Hammond zdał mi relacje z tego co zobaczył i podsłuchał. Niestety nie wszystkie informacje dokładnie zrozumiał, Havelock mówił niewyraźnie wyjąc jak ranne zwierzę. Dowiedziałem się jednak, że to Lyanna Firefly miała zostać po śmierci lorda dziedziczką Eclipse. Szaleństwo, pomyślałem, to szesnastoletnia dziewucha, która nie ma pojęcia o polityce a w dodatku jeśli Ivar ma racje podkochuje się we własnym rodzeństwie. Czyżby pan ojciec zachorował nie tylko na ciele, ale także umyśle? Ale jeśli rzeczywiście to prawda, jeśli to Lyanna miała zostać nowym władcą, to znaczy, że Ivar nie ma żadnych praw i o niczym nie będzie decydował po śmierci Juliusa. Jak ja mu to powiem?
- Kim była ta kobieta? – zapytałem
- Nosiła kaptur i mówiła zmienionym głosem
- Ale jak rozumiem, śledziłeś ją?
Hammond westchnął
- Nie. Zanim wyszedłem z celi już jej nie było, uciekła ukrytym przejściem, w pracowni Havelocka.
Kolejne ukryte przejście? Ten zamek naprawdę zaczyna być przerażający. Zakląłem cicho pod nosem.
- Miałeś tego spiskowca na widelcu a i tak to spieprzyłeś. Trzeba ją było gonić, złapać i przyprowadzić do mnie.
- Tylko nie mów, że sakiewka będzie przez to lżejsza – uśmiechnął się złośliwie Hammond a ja wiedziałem co pod tym uśmiechem się kryje. Jeśli mu nie zapłacę tyle ile żąda, pewnego dnia wbije mu nóż w plecy albo zdradzi proponując swoje usługi komuś innemu.
- Wiesz, że zawszę dotrzymuję umowy – odparłem i zapłaciłem tyle ile obiecałem za pilnowanie maestra Zniknął w ciemnościach a ja pogrążyłem się w rozmyślaniach. Kim była ta kobieta? Z pewnością nie spiskowcem, który zlecił zabójstwo Lyanny. Próbowała się dowiedzieć od Havelocka tego samego co ja i poszło jej to lepiej. Chyba wyszedłem z prawy i zrobiłem zbyt miękki. Trzeba było przycisnąć starucha mocniej, albo oddać w ręce moich ludzi.
Czy rzeczywiście Julius wskazał córkę jako swoją następczyni? Nie miałem wyboru, tylko w jeden sposób mogłem się upewnić, że to prawda.

[center]Noc[/center]

Kiedy zjawiłem się pod komnatą Juliusa, z zaskoczeniem zauważyłem, że pod drzwiami stoi Rheagar, oparty o swoją halabardę.
- Co ty tu robisz bracie? – zapytałem
- Maester nie żyje – odparł cichym tonem – Nie chce by ojciec się o tym dowiedział. I tak już wystarczająco dużo przeszedł, nie usłyszy żadnych czarnych słów, nie dopóki ja tu jestem.
- Muszę z nim porozmawiać.
Halabardnik spojrzał na mnie zimnym wzrokiem.
- Dajcie mu w spokoju odejść. Swoje brudne sprawy załatwiajcie miedzy sobą –
Opowiedziałem mu w skrócie tego czego dowiedziałem się od mojego szpicla. Rheagar słuchał mnie i wydawał się niewzruszony. Kiedy jednak zapytałem czy wpuści mnie do sypialni ojca, odsunął się od drzwi. Podziękowałem. Rheagar wszedł za mną do środka. Żona pana ojca, tego wieczora przy nim nie czuwała i przeniosła do drugiej izby.
W komnacie cuchnęło chorobą i śmiercią a Julius leżał i wydawał się spać. Kiedy jednak podeszliśmy do łóżka otworzył oczy. Spojrzał najpierw na mnie a potem na Rheagara.
- Synu…
Rheagar złapał ojca za rękę.
- Jarmaine chciał z tobą porozmawiać. Zapytać o twój testament.
Starzec wydawał się być nieobecny, błądził wzrokiem po suficie.
-Ojcze – odezwałem się po chwili - Kogo wskazałeś na swojego następcę?
- Havelock…Havelock ma testament. On wskaże mojego dziedzica.
Zaczął się krztusić śliną, stróżka pociekła mu po pomarszczonej brodzie. Już miałem odpowiedzieć, że testament przepadł, kiedy Rheagar spojrzał na mnie błagalnym wzrokiem i pokręcił głową.
- Rhaegar, synku…proszę…zaśpiewaj mi jakąś pieśń – szepnął lord.
- Powinieneś odpoczywać tato, zostawimy cię samego – odparł Rheagar
- Chcę pieśń. Tą o świetliku.
Julius wyciągnął drżącą dłoń w stronę syna. Rheagar ścisnął ją a potem siadając na brzegu łóżka zaczął śpiewać. O dzielnym Ulfridzie z Północy, który znał mowę zwierząt. Ulfrid zamieszkał w Reach i walczył z okrutnym królem Mernem, broniąc swoich ziem przed Gardenerami.

Kim jesteś Świetliku, że nie chcesz się kłaniać
Dumny jesteś jak smok
A może sam krajem chcesz moim władać
Poddaj się lub spojrzysz w mrok


- Rheagarze…

Mrok nie straszny Świetlikom mój królu
Mogę więc spojrzeć w noc
Przejdę przez ciemność, w znoju i bólu
Lecz pewnie postawię krok.


- Rheagarze…

Rhaegar przerwał pieśń. Spojrzał na mnie a potem na ojca, którego nieruchome źrenice zastygły, wpatrując gdzieś w niebo. Po policzku spływała mu jedna pojedyncza łza. Ostatnia jaką wylał w swoim długim życiu.
Rheagar milczał. Ja też. Odezwałem się po dłużej chwili.
- Pójdę obudzić septona
Rhaegar nic nie odpowiedział. Nachylił się i zamknął ojcu powieki. Gdy wychodziłem na korytarz, przed drzwi znów usłyszałem melodyjny głos mojego brata, który kontynuował Pieśń o Świetliku.

I dzielny Świetlik nie zgiął kolan królowi z krain róż
Nadleciał smok i spalił króla
Skończył się wielki ród
Umysł potrzebuje książek, podobnie jak miecz potrzebuje kamienia do ostrzenia.

Przedrzeźniacz
Poziom 5
Awatar użytkownika
Rejestracja: 23 kwie 2014, o 16:39

Postautor: Przedrzeźniacz » 21 wrz 2014, o 20:01

[center]Assena Firefly[/center]
[center]Dzień 7CD[/center]

Zdrajca, zdrajca, zdrajca – wybijały rytm moje kroki, stukając cicho obcasami o kamienne podłoże tunelu. Już od dziecka zastanawiało mnie dziwne położenie komnat mastera i szybkość z jaką dobrotliwy Havelock pojawiał się w komnatach każdego chorego. Kto by jednak pomyślał że całe Eclipse jest poprzecinane dziesiątkami tajnych tuneli prowadzących w różne, dziwne, czasami już od lat niedostępne miejsca? Serce zamku biło na samym dole i tam prowadziły główne żyły, choć wiele innych łączyło się ze sobą, tworząc potężny krwioobieg. A korytarz łączący sypialnie Laszlo i Alicji oraz bibliotekę był najprawdopodobniej jedną z nich. Znalezienie odpowiednich informacji w bibliotece zajęło mi sporą część nocy, ale teraz pięć pokrytych szczegółowymi planami zamku stron spoczywało bezpiecznie w mojej kieszeni, a potencjalni ciekawscy mieli bardzo utrudnione zadanie. Nie spodziewałam się nawet, że ktokolwiek znajdzie choć jedno z tajemnych przejść w pracowni maestera – możliwe że tylko Havelock był świadomy ich istnienia, a ten już od kilkunastu minut leżał martwy na podłodze swojej sypialni. Makowe mleko w połączeniu z senniczką zrobiło swoje – może i nie znałam się na truciznach tak dobrze jak Tyg czy mała trucicielka – Lyanna, ale dokładna lektura mogła wiele wyjaśnić. Starzec nie miał szans na podzielenie się z kimkolwiek swoimi małymi tajemnicami, to najważniejsze. Nieco żal było mi pustego flakonika „Veldatii” – było to moje pierwsze duże trofeum, ukradzione z osobistych zapasów arcymistrza Gemnisa Myrijczyka i pragnęłam wykorzystać ją na kimś znacznie stosowniejszym, ale nie żałowałam zbytnio tej decyzji. Starzec dostarczył mi wiele pożytecznych informacji. Przede wszystkim trzeba było coś z robić z Panem Niebezpiecznym. Jeśli choć połowa jęków Havelocka była prawdą, trzeba będzie znaleźć jakieś wsparcie. I to szybko. O testament nie musiałam się już zbytnio martwić – dopóki znajdował się w jego rękach, Lyanna mogła co najwyżej odziedziczyć klejnoty po swojej zmarłej pani matce. Nikt nie może już udowodnić jej praw do Eclipse, co oczywiście nie znaczy, że nie należy zachować ostrożności. Ale przede wszystkim trzeba przeszukać okolicę. On już tu jest. Za nic nie ryzykowałby bezpośrednim pobytem w Eclipse, nie on, ale dookoła pełno było wiosek i miasteczek, zapewniających całkowitą anonimowość. Je trzeba sprawdzić w pierwszej kolejności.
Skręciłam przy najbliższym rozwidleniu, a potem jeszcze dwa razy w prawo. Tunel zaczął piąć się pod górę co uznałam za dobry znak. Nie wiedziałam dokładnie, gdzie wyjdę, ale liczyłam, że będzie to dosyć blisko mojej komnaty – ktoś mógłby skojarzyć fakty, gdyby zobaczył mnie, łażącą do zamku w czarnej pelerynie. Minie jeszcze trochę czasu, zanim odnajdą ciało maestera, ale wolałam chuchać na zimne. Za ścianą słyszałam jakieś głosy. Kuchnia – mruknęłam pod nosem, słysząc charakterystyczny śmiech kucharza. A zatem zmierzałam w dobrym kierunku. Niestety w pewnym miejscu doszłam do ślepego punktu, więc musiałam się zawrócić. Część tuneli musiała się już zawalić dawno ze starości, ale kilka z blokad mogło zostać stworzonych celowo. Zapewne, gdyby sprawdzić ten między biblioteką, a obiema sypialniami kawałek po kawałku, znalazłoby się miejsce, gdzie korytarz łączył się niegdyś z innym.
Jak wielkie było moje zdziwienie, kiedy finalnie wyszłam zza ulubionego gobelinu ojca, znajdującego się na czwartym piętrze. Galeria – pomyślałam z radością. Moje komnaty znajdowały się dokładnie dwa piętra niżej. Wystarczyło tylko…
Nagle usłyszałam czyjś głośny płacz, dobiegający ze schodów. Najciszej jak się tylko dało, podkradłam się do bazaltowej kolumny i ostrożnie wyjrzałam. Widok, który miałam przed sobą był doprawdy niecodzienny. Siedząca na schodach ostatnia żona ojca – Sonia Beesbury tonęła we łzach, przyciskając twarz do piersi mojej starszej siostry Jenny, która otaczała ją opiekuńczym ramieniem i przyglądała się jednocześnie z bardzo znajomym niemym wyrzutem trzeciej bohaterce całej sceny, to jest młodziutkiej Lyannie, wyglądającej z kolei na mocno skonfundowaną.
-No już, już – szeptała Jenna kojąco do naszej macochy. Znając stosunek mojej siostry do dwóch ostatnich lady Firefly było to co najmniej dziwne. – Wszystko będzie dobrze, Stella, to nie koniec świata. Poradzisz sobie, wszystkie przez to przechodzimy.
To tylko jeszcze bardziej pogłębiło histerię lady Firefly, która zaczęła spazmatycznie szlochać. Mojej uwadze nie uszedł subtelny gest jaki zrobiła, kładąc sobie rękę na brzuchu.
-Ja… ja nie wiedziałam – wyjąkała stojąca dotąd bez ruchu Lyanna. – Przepraszam… Moje gratulacje.
-Pomyśl najpierw, zanim coś powiesz, Lya – warknęła do niej Jenn, wracając do pocieszania Stelli. – No już, uspokój się. Musisz być silna.
Na paluszkach opuściłam zajmowane dotąd stanowisko i pomknęłam do swojej sypialni, najszybciej, jak to tylko było możliwe. Odmienny stan czwartej żony mojego ojca dostarczał wielu nowych i wspaniałych możliwości. Ale to na razie mogło poczekać. Niedbałym ruchem kopnęłam pelerynę pod łóżko i zwaliłam się na nie z błogim uśmiechem na twarzy. Najpierw sen.

Wieczór

Ze wszystkich dostępnych karczm i burdeli w promieniu trzydziestu mil od zamku, on oczywiście musiał wybrać ten najgorszy – mruczałam wściekle pod nosem, prowadząc ślepą na jedno oko szkapę obskurną miejską uliczką, przy okazji starając się nie stracić kaptura na wietrze. Po południu rozszalała się prawdziwa wichura i obawiałam się, że nie dojadę na miejsce przed burzą. Szare Kamienie znajdowały się niecałą godzinę drogi od Eclipse i były największym miasteczkiem handlowym w okolicy. A także największą wylęgarnią bandytów, złodziei, kurew i innych męt społecznych od Three Towers aż do Dornijskiego pogranicza. Nie powinnam się specjalnie dziwić, że Anog wybrał akurat takie miejsce na swoją nową kryjówkę. Zwłaszcza, że w mieście o wiele łatwiej było zachować bezpieczną anonimowość, niż w widocznie przepełnionym świetlikami zamku. Miałam zresztą poważne wątpliwości, czy mojemu bękarciemu bratu przypadłby do gustu malutki i skromny zamtuzik madame Sereny – cieszący się zasłużoną złą sławą gigantyczny burdel "Pod rozkraczoną panną" przyciągał znacznie więcej podejrzanych typów, z którymi Anog mógłby z łatwością znaleźć wspólny język. A także takich, którzy mogliby okazać się przydatni. Doskonale też wiedziałam, że przynajmniej połowa moich braci skosztowała słodkich sekretów spod czerwonych spódnic rozkraczonych panien. Dzisiaj jednak i pewnie w ciągu ostatnich kilku dni żaden z nich nie ryzykowałby za nic samotnego wypadu na dziwki, teraz kiedy Neth Firefly i jej wasale siedzieli w lochu, stary, zaufany maester ojca leżał martwy w kałuży własnej krwi i odchodów, a sam rzeczony lord Świetlik miał pożegnać się ze światem lada moment. Tej nocy byłam bezpieczna.
Trzypiętrowy ceglany budynek, kryty dachówką robił dosyć imponujące wrażenie na tle brzydkich drewnianych chałup, zbitych ciasno w błotniste uliczki, którą jedną z nich właśnie jechałam. Wystarczyło tylko krótkie spojrzenie, żeby nabrać pewności, że znalazłam się w właściwym miejscu. Przed głównym wejściem huśtał się drewniany szyld przedstawiający roześmianą dziewkę, unoszącą spódnicę w bardzo wulgarny sposób. Nie tymi drzwiami chciałam się jednak dostać do zamtuzu. Postaraj się wypaść przekonująco. Tą drogą przychodzili klienci. Dla pracujących dziewcząt było zaś przeznaczone zupełnie inne i skromniejsze wejście od tyłu zapuszczonego podwórka. Tam właśnie przywiązałam pożyczoną szkapę i wyswobodziłam się z przydużego podróżnego płaszcza ser Raymunda, po czym obejrzałam się spokojnie. Ojciec zszedłby na zawał, gdyby mnie teraz zobaczył – pomyślałam rozbawiona. Skombinowanie odpowiedniego przebrania nie należało do najłatwiejszych zadań, za to efekt przerósł moje najśmielsze oczekiwania. W szerokiej czerwonej spódnicy i obcisłym gorseciku nie pozostawiającym zbyt wiele dla wyobraźni wyglądałam dokładnie tak, jak chciałam dzisiaj wyglądać. Jakie to słodkie, jak niewiele trzeba, żeby zamienić niewinną lordowską córeczkę, w rasową kurwę. Z rozwichrzonymi włosami i ustami, przeciągniętymi jaskrawoczerwoną szminką mało kto rozpoznałby we mnie dziecinną i skromnie ubraną Assenę Firefly. I oto właśnie chodziło.
Mimo jeszcze dosyć wczesnego wieczoru, sala zabaw była wypełniona po brzegi. Podchmieleni w mniejszym lub większym stopniu mężczyźni oddawali się chuci, bądź przegrywali swój dobytek przy kartach, wodząc wzrokiem za wpół roznegliżowanymi dziewkami, które w owej chwili, niezajęte przez nikogo, przechadzały się po komnacie, prezentując przy tym swoje wdzięki. Z kokieteryjnym uśmiechem na ustach dołączyłam niebawem do tego wesołego tłumku, kołysząc zmysłowo biodrami i wypinając biust, a przy tym rozglądając się za moim przyrodnim bratem. Nie musiałam długo czekać, żeby uczepił się mnie z jeden z klientów, cuchnący alkoholem nie gorzej od Ivara.
-Ładniutka jesteś, wiesz – wybełkotał, przesuwając dłoń po moim tyłku. W normalnym wypadku dostałby już dawno ode mnie po mordzie, ale dzisiaj moją reakcją był tylko zalotny chichot.
-Tak twierdzisz, panie? – zamruczałam, przysuwając się do niego.
-Ehe – odpowiedział inteligentnie. – Miałem już wiele kurew, ale jeszcze żadna nie miała takich cycków, jak ty. Chociaż są małe, – zauważył - widziałem dużo większe.
-Mmmmm… Jeszcze nikt nie skarżył się na moje cycki, ale ach, czy twoja męskość, panie, również stanie na wysokości zadania? – spytałam, ściskając lekko jego krocze.
- Ja…
Lubieżnik zrobił wyjątkowo głupią minę, więc postanowiłam go sobie odpuścić – drwić z niego było aż za łatwo. Choć droczenie się z pijanymi klientami burdelu było nawet zabawne, nie w tym celu przyjechałam do Szarych Kamieni. Przymrużyłam powieki.
-Myślę, że cycki Tayli znacznie bardziej przypadną ci do gustu – stwierdziłam. – To ta z rogiem po prawej.
Mężczyzna spojrzał na mnie nic nierozumiejącym wzrokiem, ale ja już byłam przy stole z cyvasse, wypatrując wysokiego blondyna o różnokolorowych oczach. W tym momencie siedzący w kącie brodaty minstrel zaczął wygrywać kolejną sprośną melodię i część ludzi poderwała się do tańca. A wtedy na moją twarz wstąpił szeroki uśmiech.
Królowa zdjęła sandał…
W wysokich fotelach przy kominku siedziała grupka najemników, grając w karty i przekrzykując się nawzajem. Wśród nich naliczyłam siedem osób: grubego, obleśnego Dornijczyka, dwóch zaniedbanych młodzieńców, podobnych do siebie jak dwie krople wody, starca w porwanym płaszczu, brodacza bez jednej ręki, gładko ogolonego bruneta i całkiem przystojnego długowłosego mężczyznę po dwudziestce z piracką przepaską na oku. Rodzona matka by go nie poznała.
Król zdjął koronę…
Na mój widok gwizdnął przeciągle. Kokieteryjnym krokiem podeszłam do całego towarzystwa i bezceremonialnie usadowiłam się na jego kolanach, przyciągając przy tym uwagę pozostałej szóstki grających. Siedząca już na poręczy sąsiedniego fotela wyjątkowo piersiasta, roznegliżowana od pasa w górę dziwka obrzuciła mnie badawczym spojrzeniem. Nie zna mnie. Nie przejęłam się tym zbytnio – w przeciwieństwie do „Wrót Nocy” pod „Rozkraczoną Panną” pracowały przynajmniej cztery tuziny dziewcząt, zweryfikowanie tożsamości każdej kurwy, która przychodziła tutaj na zarobek wymagałoby zbyt wiele zachodu. A papcio Wieprz był szczęśliwy, dopóki zawartość jego sakiewki wystarczała na ustawiczne zalewanie się w trupa i przegrywanie życiowego dobytku w karty z klientami - liczenie swoich dziewczynek nie należało więc do rzeczy, na które poświęciłby choć część swojego drogocennego czasu.
-Trzy trójki panowie.
Zaczęłam obsypywać nieogolone policzki, szyję i gors Anoga wilgotnymi pocałunkami, nie raz, prowokacyjnie przy tym, wysuwając język.
-Niezłe przebranie – mruknął, gdy moja twarz znalazła się odpowiednio blisko jego ust. – Nie wiedziałem, że lord Julius trzyma na zamku kurwy.
-Ostatnio tylko jedną – odparłam zaczepnie, rozpinając niedbale guziki bufiastej koszuli. – Urocze miejsce, czyżbyś zatęsknił za domem?
-Czarna królowa – rzucił triumfalnie brodacz, pokazując mocno wygiętą kartę. Sądząc po minach pozostałych mężczyzn, nie wróżyło to dla nich nic dobrego.
-Właściwie mógłbym zapytać o to samo – wyszczerzył zęby, jednocześnie wsadzając lewą dłoń pod gorsecik i macając swoimi długimi palcami moje piersi.
Kolejni dwaj gracze spasowali.
-Przegrywasz – zwróciłam uwagę.
-Tak sądzisz? –spytał, wykładając na stół cztery, upstrzone zielonymi znaczkami karty. – Hydra przebija królową – rzekł od niechcenia.
Brodacz, dotąd pewny swojej wygranej, rzucił trzymany w ręku pliczek na podłogę i zaczął miotać pod adresem Anoga wszelkie możliwe przekleństwa. Mój brat w tym czasie, kompletnie nieprzejęty, spokojnie zgarnął wygraną pulę do kieszeni i cmoknął mnie lekko w policzek.
-Przynosisz szczęście, słodziutka – stwierdził, rozrywając jednym, płynnym ruchem tasiemki gorsecika i wracając do bawienia się moimi cyckami. Ja w tym czasie wygięłam się zmysłowo jak kocica i usiadłam na nim okrakiem. Harlan mnie zabije – pomyślałam, wsuwając język w usta mojemu przyrodniemu bratu.
Siedząca na kolanach jednego z identycznych rzezimieszków dziwka zazdrośnie przyglądała się moim ekscesom. Również i ona próbowała zachęcić swojego klienta do jakiejkolwiek reakcji, podtykając mu swoje wdzięki praktycznie pod nos, ale przejęty uciekającymi jeleniami ze swojej sakiewki młodzieniec nawet na nią nie spojrzał. Wkrótce, zbłąkane karty zostały zebrane z podłogi i gra rozpoczęła się na nowo.
-Ciekawe towarzystwo – mruknęłam po kilku minutach wyjątkowo nudnej rozgrywki. Kolejka zdążyła już zatoczyć czwarte koło, a żadnemu z grających nie udało się wyciągnąć silnej liczby.
-Ciekawe – przyznał, dobierając jeszcze dwie jedenastki do puli. – Dużo znajomych twarzy, nie sądzisz?
-Jakich znajomych?
-Spójrz w prawo – powiedział bardzo cicho.
Lewys. Dwudziestoletni rycerz domowy na służbie u lorda Hightowera siedział samotnie w kącie Sali, tępo przyglądając się roztańczonym prostym tutkom i co raz popijając z zakrzywionego rogu ale. W tym zamtuzie widocznie ciężko byłoby znaleźć choć jednego mężczyznę, który nie byłby choć w małym stopniu pijany.
-Interesujące. Co on tu robi? – nachyliłam się do jego ucha, udając wyjątkowo namiętny pocałunek.
-Zapewne to co wszyscy – uśmiechnął się ironicznie – Przyszedł się zabawić. Tak samo zresztą jak on – spojrzał wymownie na uwalonego wymiocinami nieprzytomnego człowieka, leżącego na wznak tuż obok miękkich, frędzlowatych poduszek.
-Czyjaś pluskwa?
-Mhmm. Niejakiego pana Jarmaine’a Flowersa z Dreadfort. Dobieram – powiedział znacznie głośniej do pozostałych.
Znowu ten Jarmaine! Ciekawe gdzie ten cholerny bękart nie ma swoich ludzi.
-Ty go tak załatwiłeś? – spytałam, rozpinając ostatnie guziki u jego koszuli, obnażając całkiem ładny tors.
-Nie musiałem. Przed chwilą próbował przebić Wieprza w piciu czerwonego dornijskiego na czas. Odpadł po drugim dzbanie.
-Wygrałem! – zawołał radośnie gruby Dornijczyk. – Dwór pod kolor, dawajcie pieniądze!
-To nie jest cały dwór – zaoponował stary najemnik. – Nie masz jeszcze smoka, grubasie.
-Smoka? – obruszył się cudzoziemiec. – My w Dorne nie kłaniamy się żadnym cholernym smokom. W pupcię sobie go wsadź, dwór jest cały.
-Nudzi mi się – poskarżyłam się, w czasie gdy obaj skłóceniu mężczyźni tarzali się po podłodze, waląc się przy tym opróżnionymi kuflami po mordach. – Będziemy tu siedzieć aż do rana?
-Chyba już nic dzisiaj nie wygram – stwierdził, rzucając okiem na toczącą się obok bijatykę. – Idziemy na górę, skarbie.
Ochoczo objęłam go w pasie nogami, ignorując przy tym fakt, że zostałam praktycznie tylko w cienkiej i na dodatek podartej haleczce i przywarłam ustami do jego szyi. Anog w tym czasie przerzucił mnie łatwo przez bark i zaniósł rozchichotaną do obskurnej sypialni na drugim piętrze - gdy tylko jednak zatrzasnęły się za nami dębowe drzwi, nasze zachowanie zmieniło się diametralnie.
-Powinnaś się zapisać do trupy komediantów – rzekł, rzucając mnie na wielkie, usłane miękkimi poduszkami łoże. – Zrobiłabyś furorę.
-Mam nadzieję że bawiłeś się przynajmniej tak samo dobrze jak ja – wyszczerzyłam zęby w uśmiechu, okrywając przy tym wełnianym kocem swoją nagość. – A przynajmniej nieźle udajesz.
-Podobno odstawiłaś wczoraj niezłe przedstawienie na zamku – odwzajemnił złośliwy uśmiech. – Powiedz Assen, czy choć połowa tego, co opuściło twoje piękne usta pokrywało się mniej więcej z prawdą?
-Nawet sporo. Matthew rzeczywiście o mało mnie nie zgwałcił.
-W takim razie, byłby co najmniej zaskoczony, gdyby zobaczył cię teraz na dole – zachichotał. – Kto by pomyślał, że Riverfallowej jest taka ambitna zła kobieta.
-Zapewne nie Matt – odparłam wesoło. – Pewnie nie mógł zbyt wiele zobaczyć, siedząc non stop z głową między jej nogami.
Oboje zarechotaliśmy na tą myśl.
-Wieści szybko się rozchodzą – stwierdziłam. – Proces odbył się dopiero wczoraj, a ty już wiesz wszystko ze szczegółami.
-Nie narzekam na brak informacji – wzruszył ramionami. – Poza tym, jak się pewnie domyślasz, pozwoliłem sobie na małą wizytę w zamku.
-Jechałeś tyle mil w deszczu, tylko po to, żeby zostawić wiadomość?
-Właściwie to udało mi się załatwić parę spraw po drodze – mruknął. – W tym złożyć krótką wizytę najdroższemu ojczulkowi.
-Zwariowałeś?! – krzyknęłam przerażona. – On umiera, po cholerę do niego lazłeś?
-To zauważyłem – odparł, marszcząc nos. – Od jego lordowskiej mości jedzie gorzej niż z garkuchni w Zapchlonym Tyłku. Ucięliśmy sobie małą pogawędkę.
-Musiałeś go dręczyć, jeszcze w takiej chwili? – spytałam z niesmakiem. - Minęło wiele lat.
-Jakbyś dostała czterdzieści pierdolonych batów, to uwierz mi, Assen, tak szybko byś o tym nie zapomniała.
-Nie twierdzę wcale, że pan ojciec nie zachował się jak ostatnia szuja wtedy, jak i przez całe twoje życie, ale naprawdę mogłeś sobie tym razem odpuścić. Co mu nagadałeś?
-Och nic – uśmiechnął się paskudnie. – Po prostu przypomniałem mu to i owo.
-Sonię?
-To też. Większość bachorów mu raczej zbyt specjalnie nie wyszła. Wracając do meritum, mam coś co z pewnością cię zaciekawi.
-Tak?
-Dostałaś ostatnio list od swojego słodkiego Harlana? – spytał niewinnie.
-Jeszcze nie, co to ma do rzeczy? – spytałam podejrzliwie.
-To, że w następnej wiadomości twój kochaś z pewnością nie omieszka się pochwalić, że otrzymał jakże zaszczytną funkcję prowadzenia wojsk swojego pana ojca na nieprzyjaciela w nadchodzącej bitwie.
-Co?!
-Z pewnością też zaciekawi cię fakt – ciągnął niewzruszenie – komu najdroższy Harlan zawdzięcza ten nieoczekiwany awans. Ptaszki śpiewają, że pewien paskudny złotooki grumkin szepcze do ucha staremu snarkowi różne ciekawe rzeczy.
-Cholerny Aidan – warknęłam. – Wtyka nos w nie swoje sprawy, jeszcze wszystko popsuje.
-Masz zamiar się go pozbyć?
Westchnęłam.
-Na razie mamy znacznie większy problem na głowie.
Pokrótce opowiedziałam mu, to co udało mi się przed kilkunastoma godzinami wyciągnąć od Havelocka, kładąc szczególny nacisk na kwestię kradzieży testamentu. Pod koniec Anog naprawdę wyglądał na zaskoczonego.
-No nieźle –przyznał. – Chociaż to w sumie wiele tłumaczy.
-Rozwiniesz?
-Paru naprawdę dziwnych gości kręci się po okolicy. Z jednym miałaś już dzisiaj styczność.
-Któryś z tamtych najemników?
-Wątpię, żeby był prawdziwszym namiestnikiem ode mnie – zaśmiał się zimno. – Zachowywał się nadzwyczaj cicho, zauważyłaś?
-Ten ulizany brunecik?
-Dokładnie. Poza tym, siedzę w tym cholernym burdelu od dobrych paru dni, a nigdy nie widziałem, żeby cokolwiek pił prócz czystej wody. Praktycznie wszyscy chodzą tutaj ostro narąbani, a on – pokręcił głową – czyściutki jak świnia.
-Raczej ciężko powiedzieć to samo o właścicielu – zażartowałam. – Ale dobrze by było, gdybyś miał tych gości na oku i rozejrzał się po okolicy – Havelock twierdził, że skurwiel jest blisko.
-Jak rozumiem zrobisz wkrótce to samo. A co z dziewczyną?
-Nie jest niebezpieczna. A jeśli on naprawdę ma prawdziwy testament, to smarkula raczej go już na oczy nie zobaczy. Pewnie spłonął dawno temu.
-Prawdopodobnie. Masz jeszcze jakieś specjalne życzenia, Assen?
-Właściwe to tak – uśmiechnęłam się mrocznie. – Ser Lewys. Nie spisał się, nie będzie już mi więcej potrzebny.
-Chcesz go uciszyć?
-Zabierz go na wycieczkę do lasu, jakieś polowanie, czy coś w tym stylu. Zrób to szybko, żadnych zabaw po drodze. Ach i byłabym wdzięczna – wyciągnęłam malutki pakuneczek spod halki – schowanie tego tak, żeby nie wyleciało w czasie igraszek nie należało do najłatwiejszych. – gdyby to, przypadkiem, znalazło się w pobliżu zwłok.
Jeszcze przez wiele godzin towarzyszył mi demoniczny śmiech Anoga, kiedy wreszcie zobaczył, co znajdowało się w środku.

[center]***[/center]

Był już środek nocy, kiedy zobaczyłam znajome mury Eclipse i górującą nad nimi Wieżę Świetlika. Choć o tej porze zamek powinien być od dawna pogrążony we śnie, w wielu oknach zauważyłam zapalone światło. Coś się stało – zrozumiałam. Najciszej jak się dało, przejechałam przez uprzednio uchyloną Sowią Bramę i uwiązałam bezimiennego konia na tyłach stajni. Nawet na dziedzińcu panowało poruszenie. Służba i rycerze biegali na wszystkie strony, pokrzykując na siebie i przepychając się w przejściach. Pełna najgorszych przeczuć podeszłam do wybiegającego właśnie z zamku kilkuletniego chłopaczka i złapałam go mocno za ramię.
-Możesz mi powiedzieć, co tu się właśnie do cholery wyprawia? – spytałam.
-Lord Julius nie żyje - odpowiedział.
Chaos isn't a pit. Chaos is a ladder.
[glow=red]AJPK[/glow] Obrazek

TeomarArryn
Poziom 3
Awatar użytkownika
Rejestracja: 23 sie 2013, o 16:38

Postautor: TeomarArryn » 23 wrz 2014, o 21:26

[center]Matthew Firefly[/center]
[center]Dzień 7[/center]

Z transu obudziło mnie pukanie. Przetarłem zaczerwienione od narkotyku oczy i chlusnąłem się po twarzy wodą z brytfanki. Podszedłem do drzwi i je uchyliłem. Stał przede mną Jarmaine Frowers razem z Heriitem i dwoma strażnikami. Wszedł sam Jerm, rozkazując strażnikom i Herritowi zostać na zewnątrz.
-A więc zdecydowałeś? - zapytał z pozoru łagodnie, lecz w jego oczach czaił się niepokojący błysk.
-Z trudem, ale tak. Przystanę na twoją propozycję. Poprowadzę wojska Eclipse, jeśli dacie mi wychować syna i ożenić się z Kellą Rivers. Takie są moje warunki.
-Aż tak są ci oni drodzy? - wykrzywił usta w sardonicznym wyrazie.
-Tak. - odpowiedziałem bez mrugnięcia okiem.
-Więc rób, co do ciebie należy. Pierwej musisz wykuć zbroję dla Ivara. Lord musi błyszczeć pośród armii.
-Ale do wieczora prześlij mi maksymalną liczebność zbrojnych ojca. Muszę mieć rekonesans od początku do końca.
-W końcu na tym polega twoje zadanie. Aha, jutro musimy przedyskutować kwestię wypuszczenia na wolność twoich przyjaciół najemników i two... Ekhem... Lordów Neth. Dwieście pięćdziesiąt ludzi piechotą nie chodzi, haha, a może jednak chodzi... - zaśmiał się wymuszenie z własnego żartu.
-Skąd... - w sumie mnie to nawet nie interesowało, więc zamknąłem gębę i słuchałem go dalej.
-...a jak jeszcze dołączy Bjoern Trapton... Hoho! - dawno nie widziałem go w tak dobrym humorze. Spojrzałem na jego zabliźnioną twarz.
-Dobra, przybijmy umowę. - tak na prawdę miałem go już dość. Taki roześmiany Jarmaine Flowers musiał być przykrywką dla jakiegoś niecnego knucia. Ścisnęliśmy sobie dłonie, a ja próbowałem mu zmiażdżyć jego prawicę. Nie udało się. Cholerny durniu, przecież ten człowiek służył w Straży. Wymownie otworzyłem mu drzwi, z której to okazji natychmiast skorzystał.

Resztę dnia spędziłem na kuciu reszty zbroi Ivara. To zajęcie pochłonęło mnie do reszty, a jeszcze przed zmierzchem dostałem rekonesans. Ho, ho! To ci dopiero! Dziesięć i pół tysiąca! Spodziewałem się połowy tego.
Późnym wieczorem przyszedł do moich komnat posłaniec, wyraźnie zbladły.
-Panie... Twój ojciec... - nie musiał kończyć.
A więc nadszedł ten czas. Zerwałem się z łoża i pobiegłem do byłej komnaty ojca.
-Chodźmy coś zjeść. - zaproponował.

-Przecież godzinę temu konałeś... -odparła.

-Ale teraz konam z głodu.

AdrainSynEdraina
Poziom 4
Awatar użytkownika
Rejestracja: 25 lip 2013, o 20:53

Postautor: AdrainSynEdraina » 23 wrz 2014, o 22:41

Rhaegar Firefly

Dzień 7

Gdy jeszcze było ciemno to udałem się na dziedziniec i zacząłem ćwiczyć. Przy okazji mogłem pomyśleć. Myśląc o Neth Firefly i tym co zrobiła przypomniało mi się coś. To taki stary schemat z Wolnych Miast. Tak jak opowieść kapłana Ferroxa o szczurach. Kiedy wszyscy się zgromadzili on opowiadał swoim starczym głosem: "Kiedyś w Norvos w kuchni naszego domu mieszkało mnóstwo szczurów. Żyły tam i umierały, nie będąc niepokojone przez nikogo. Piszczały między sobą i kłóciły się. Ale pewnego roku szczurów było zbyt dużo. Zdumiewające było to że póki żył stary ślepy szczur wszystko było dobrze ale gdy tylko on zdechł wszystko się zmieniło. Szczury podzieliły się na kilka grup. Jedna z nich chciała spokojnie istnieć dalej i same wyniosły się z naszej kuchni. Pewna grupka postanowiła poczekać i choć ta grupka głodowała i szczurki marły to i tak czekali dalej. A pozostałe trzy grupy skoczyły sobie do gardeł. Jedną sterowała szczurzyca. Dosyć wielka jak na ich gatunek. Lecz gdy została sama to zagryźli ją. Wtedy jeden z kapłanów widząc że śmierć szczurzycy odwróciła uwagę trzech stad, wypuścił zwierzątko, które kupił na targu. Był to szczur wielkości kota. I w dodatku cały biały. Kiedy tylko wyszedł grupka która czekała natychmiast do niego dołączyła. Jedna z walczących grupek też szybko zauważyła okazję i dołączyła do wielkiego. Ale jedna walczyła. Wielki szczur sam zagryzł pięć sztuk z wrogiego stada. I zniszczył je. Następnie poprowadził wszystkie szczury a one ślepo za nim podążyły. Poprowadził je w pułapkę. Białego szczura wyciągnął kapłan a resztę sprzedano biedakom. I od tego czasu dzieci Myga mieszkają z nami" kończył kapłan i spomiędzy jego siwej brody wyskakiwały dwa lub trzy białe szczury. Zawsze straszył młodzików tym. Ale teraz można było dostrzec podobieństwa między Świetlikami a szczurami z opowieści. Tylko kto był tym białym szczurem z opowieści. Mniejsza z tym. Już zbliżał się ranek. Ruszyłem prędko do krukarni. Musiałem wysłać list. Obawiałem się tylko czy doleci. Ale wspinając się po schodach nie zauważyłem jednej rzeczy. Że krukarnia już była otwarta. Bo zwykle widziałem wieczorem jak Havelock zamykał drzwi. Wszedłem zatem i zobaczyłem Nadię. Która widząc mnie upuściła list. Szybko schyliłem się aby go podnieść. I mimo że natychmiast podbiegła aby go odebrać to dostrzegłem pieczęć. Świetliki. Ale nie zwykłe. Normalna pieczęć to, tak jak mi stary rycerz ojca pokazywał w młodości, trzy świetliki i gwiazdy. A ta przedstawiała dwa świetliki związane łańcuchem. Coś nie pasowało
- Nadio - spojrzałem na nią z podejrzeniem w oczach - co to za list?
- To jest list - zawahała się - napisany przez pana Ivara. Mam go wysłać
Ona coś kręci pomyślałem. Ale podszedłem w stronę wyjścia. I zamknąłem je. Nadia zorientowała się o co chodzi bo cofnęła się pod ścianę i biegała przerażonymi oczami.
- Nadia - powiedziałem spokojnie - pieczęć Świetlików wygląda inaczej, zatem dla kogo i od kogo jest ten list? Powiedz mi proszę, jestem przecież halabardnikiem. Ja słyszę ale nie słucham, widzę ale nie obserwuję. Pamiętasz nie? - dodałem uspokajającym tonem
- Ale panie Rhaegarze... - wahała się dalej i spuściła wzrok
- Nie jestem panem. Pamiętasz? Nie w tym gnieździe żmij czy też szczurów - powiedziałem podchodząc do niej.
- Ale ja nie mogę... - powiedziała dalej się wahając
- Mi możesz zaufać. Ja niczego nie powiem nikomu. Wiesz przecież... Siostro - powiedziałem patrząc jej w oczy. W złote oczy.
Jak mogłem nie rozumieć tego. Od początku widać było że jest moją siostrą pomyślałem nadal patrząc w jej głębokie złote oczy.
- Widać wreszcie ktoś się domyślił - uśmiechnęła się - ale nie mogę ci nic powiedzieć. Nie jesteś bękartem. Nie jesteś obcej krwi. - stwierdziła odchodząc ode mnie nieco
- Ale co to ma do rzeczy? - zapytałem zdziwiony
- Bękarty wiedzą. A jeśli nie to są powody dla których nie wiedzą - powiedziała mrużąc oczy podejrzliwie. Jakby ważyła ile może mi powiedzieć.
- Nadio. Ile razy mam ci powtarzać że ja nic nie powiem? Tak mnie wyszkolono. -
- Jarmaine z Dreadfort, ja ze Słonecznej Włóczni, Sonia z Królewskiej Przystani, Anog ze Starego Miasta... - wyliczyła chodząc po krukarni - to są bękarty ojca. To my. Anog nic nie wie ale może podejrzewać, choć pewnie ta mała ladacznica wymienia się z nim informacjami na bieżąco. - powiedziała ze złośliwym uśmieszkiem
- Ale co to... - zacząłem ale przerwała mi mówiąc
- Nie przeszkadzaj. Jarmaine dowie się w swoim czasie, a Sonia jest zaangażowana od początku. Mnie też ledwo znalazł w Dorne i gdyby nie on siedziałabym dalej w jakimś burdelu. A teraz pozwól mi dopisać jedną linijkę. Maester zawsze ma tu schowane pióro i kałamarz. - odparła po czym bez czekania na moją zgodę wzięła pióro i kałamarz i wśród kruczego gówna zaczęła pisać opierając list o ścianę wieży. Bo chwili skończyła i dała list krukowi. Ten odleciał, a Nadia popatrzyła na mnie.
Ciekawe w co się znów wplątałeś głupku? powiedział mi głos wewnętrzny. Ale trudno. Zwróciłem się do Nadii
- To co teraz? Czekamy na coś czy może nic nie robimy i wracamy do codzienności? - zapytałem wyczekując odpowiedzi
- Jak to co ? Szykuj konia bo teraz musisz jechać. Sam chciałeś się wszystkiego dowiedzieć. - rzekła otwierając drzwi.
- Gdzie mam się udać? Czego szukać? - zapytałem podnosząc głos bo już schodziła ze schodów
- Jedź na północ, w stronę strażnic a na środku jak będziesz pomiędzy nimi słysz za śpiewem słowika. Dalej sam sobie poradzisz - powiedziała stojąc na schodach
- I jeszcze jedno? Czy Ivar wie że jesteś siostrą? - zapytałem patrząc na nią z uwagą
- Gdyby nie wiedział to by mnie nie pierdolił, bracie. - odrzekła z urzekającym uśmiechem.
Dziwna z niej istota. Nie jest zwykła, nie jest normalną kobietą.. Patrzyłem jak schodzi po schodach. Po chwili ruszyłem za nią. I udałem się do stajni. Kazałem jednemu z parobków osiodłać mi konia. Siedząc już na grzbiecie zwierzęcia przypomniało mi się jak ciężko się walczy halabardą z konia. Bo miałem niejasne przeczucie że walczyć jednak będę. Mila za milą zostawiłem Eclipse, wiedząc jednak że jestem obserwowany. Mój odjazd nie pozostał niezauważony. Ale już widziałem strażnice po mojej lewej i prawej stronie. Miałem wyczekiwać słowika. Usiadłem i położyłem małżonkę koło siebie. Z jednej strony jak i drugiej miałem las, i tylko wąska udeptana ścieżka którą jechałem, wydostawała się z morza zieleni. Najpierw jedna godzina, potem druga. I dopiero wtedy odezwał się cichy trel. Dla niewprawionego ucha mógł to być prawdziwy słowik, jednak jeden z braci halabardników swego czasu miał słowika w klatce i to ptaszysko zawsze budziło nas swoim trelem wtedy kiedy mieliśmy popołudniowy odpoczynek, więc to śpiewanie nie było śpiewem słowika. Zagłębiłem się już bardzo daleko w las, pamiętając jednak żeby znaczyć drzewa. Jeden z testów nam kazał to robić. Aby się nie zgubić znaczyć trzeba trzy kreski na każdym drzewie co kilkanaście kroków. Gdy nagle usłyszałem znajome słowa
Był sobie niedźwiedź, wierz jeśli chcesz,
czarno-brązowy, kudłaty zwierz!

Co to do jasnej cholery ma być pomyślałem lecz ruszyłem za głosem piosenki. Co chwila cichła i znów dało się ją słyszeć. Las to nie jest pałac, tu o wiele trudniej wypatrzyć kto śpiewa czy kto szykuje się do ataku. Zatem znacząc kolejne drzewa udałem się za głosem.
Niedźwiedziu, czy iść na jarmark chcesz?
Jak to na jarmark, wszak dobrze wiesz,
ze jestem niedźwiedź, kudłaty zwierz!

Jeszcze trochę a wbije mi się to w głowę. Ruszyłem jednak dalej ignorując przyśpiewki. A jedynie podążając za ich głosem. Nie dam się im zastraszyć. Ścisnąłem moją żonę w ręku i ruszyliśmy dalej, za źródłem głosu
Poszli na jarmark, wierz jeśli chcesz,
trzech chłopcy, koza i tańczący zwierz!

Szli tam tańcząc, wierz jeśli chcesz!

Odniosłem wrażenie że zbliżam się do źródła głosu. Bo śpiewanie stało się coraz głośniejsze. I chyba przyłączył się doń jeszcze jeden grubszy głos. Razem śpiewali dalej. Kolejny raz to samo
Och, słodka była dziewica cud, która we włosach miała miód!
We włosach miód, we włosach miód! We włosach miała słodki miód!

Teraz jeszcze jeden głos. Równie niski. Towarzyszyły mi śpiewając jeszcze raz i jeszcze raz. Chyba bo raz dziesiąty tą samą piosenkę, aż sam się dziwię że nie ochrypły te głosy.
Niedźwiedź w powietrzu zwęszył miód!
I ryknął czując nagły głód!
Niedźwiedź w powietrzu zwęszył miód!
I ryknął czując nagły głód!
Kiedy w powietrzu zwęszył miód!

W tym momencie nie dołączył jeden głos to tej trójki. Ale zrobił się cały chórek, dosłownie jak w jakimś karnym wojsku. Wszyscy raz po raz śpiewali tą piosenkę. Już naprawdę miałem jej dosyć. Ale moja żona chyba zadygotała. Wyczuwała krew?
Jestem dziewica piękna jak cud, nie tańczę z bestią co je miód!
Je miód! Je miód! Nie tańczę z bestią co je miód!

... Uniósł ja w górę, wierz jeśli chcesz!

Chciałam rycerza, dobrze wiesz! Nie dla mnie niedźwiedź, kudłaty zwierz!

Krzycząc, wierzgała dziewica cud, ale on jej zlizał z jej włosów miód!
Z jej włosów miód! Z jej włosów miód! Niedźwiedź zlizał z jej włosów miód!

Piszczac wzdychała dziewica cud, niedźwiedziu mój, śpiewała, tyś słodki jak miód!

Prosiłem w duchu aby później już nigdy więcej nie słyszeć tej piosenki, gdy nagle głosy ucichły. Stałem pośrodku jakieś polany. Z każdej strony pokryta tak szczelinie drzewami, że ledwie przebijało się tam światło. Nagle z pomiędzy drzew powoli wyszedł mężczyzna w masce. Taką maskę nosili kapłani Cienia z Asshai. Widywałem je wiele razy w Wolnych Miastach. Za to stroju nie miał już kapłańskiego. Ubrany był w kolczugę, a przy boku miał krótki miecz. Zauważyłem że nosił tylko lewą rękawiczkę. Spojrzał na mnie, a potem gwizdnął cicho. Zza krzaków wysunęli się ludzie. Kilku słabiej uzbrojonych rzezimieszków i jeden uzbrojony podobnie do mnie który zaraz ustawił się przy zamaskowanym. I bez słowa rzucili się na mnie. Lecz pierwszy z nich zanim dobrze się zamachnął skończył z krwawiącym kikutem zamiast ręki, a kolejny zawahał się widząc lecący kikut ręki towarzysza. Dało mi to dość czasu aby zrobić przewrót w przód i ciąć go w bok. Dwóch z mieczami poległo. Został jeden z toporem i trzech z tarczami i buławami. Zablokowałem cios topornika, nieco mnie odrzuciło lecz ciąłem go końcem mej broni w rękę. Mimo krwi walczył dalej a tarczownicy mnie okrążali. Postanowiłem zmylić topornika. Zmyłka podziałała i topornik leżał z rozwalonym udem. Od tyłu przypuścił atak jeden z tarczowników, podciąłem go i mało co się nie przewrócił, co wystarczyło aby ciąć go w kark, jednak moja żona utkwiła tam. Miałem jeszcze sztylet. Tego po prostu cisnąłem między oczy drugiemu tarczownikowi. Trzeci opuścił broń i poddawał się. Wyszarpnąłem moją żonę z karku trupa i jednym ruchem zdjąłem głowę z ramion ostatniego. Z tego co widziałem ani zamaskowany ani drugi halabardnik nie ruszyli do ataku. Halabardnik tylko dobijał rannych. Nie widziałem twarzy halabardnika bo miał przyłbicę co wyglądało w sumie dziwnie. A zamaskowany mężczyzna cicho zanucił
- I poszli na zachód albo wschód, niedźwiedź i dziewica cud. - popatrzył na mnie - Brawo Rhaegarze, nie sądziłem że każdy z was jest taki dobry. Myślałem że to przesadzone pogłoski -
- Podaj mi jeden powód - ścisnąłem moją żonę w złości - dla którego miałbym cię nie zabić -
- Bo musiałbyś zabić jego, a jesteście braćmi. - powiedział z uwagą zamaskowany - No Ian, pokaż twarz swojemu bratu. Tyle lat się szkoliliście to nie mogliście się zapomnieć -
I rzeczywiście. Zza przyłbicy wychyliła się twarz mojego brata i przyjaciela. Twarz poznaczona bliznami i długim wąsem przyzdobiona. On tylko patrzył i nic nie mówił. A zamaskowany dalej
- Wiem że jesteś z Eclipse. I wiem że trafiłeś na moją siostrzyczkę Nadię. Czyni cię to też moim bratem. - stwierdził
O co mu do cholery chodzi? pomyślałem ale milczałem.
- I to w was lubię. Milczycie kiedy macie milczeć. Ale dosyć po próżnicy. Dziękuję ci za demonstrację sił. Teraz mam jasność. - pokiwał głową
- Ale dlaczego? Dlaczego nasłałeś na mnie tych ludzi skoro się spodziewałeś że ich zabiję? -
- To nie ludzie, to niewolnicy. To po pierwsze. A dlaczego nasłałem? Po to by udowodnić ci że mogę. Tylko dlatego. -
- Gdybyś przyszedł tak w tej masce, z mym bratem stali u boku też bym uwierzył. Czego ty ode mnie chcesz? -
- Chciałem się przekonać jaki jesteś bracie. Wiem że jest ci też obojętne kto rządzi w Eclipse i to też jest wasza cecha którą lubię. Tylko Służ. Słuchaj. Chroń. -
- Ojciec rządzi. A ciebie nie znam i bratem mi nie jesteś. Nie jesteś bratem dla Nadii ani dla nikogo. Ona mi wymieniła wszystkich bękartów, chyba że jesteś Anog? - zapytałem nieufnie
- Nie jestem nim. Nie znasz mnie. I nie poznasz. Ale przyjdzie czas że się ujawnię. Wiedz że już w Essos widziałem i wiedziałem gdzie jesteś i co robisz. A teraz idź. Znaczyłeś sobie drzewa to idź. Albo czekaj. Mam list. Przekażesz go. - powiedział
- Dlaczego? - zapytałem dufnie - Dlaczego miałbym? -
- Dlatego że proszę. Niewielu ludzi słyszało ode mnie te słowa. A ten list jest do ważnej osoby, do jedynej godnej rozmowy ze mną osoby. Zaniesiesz go Jarmaine'owi czy mam to inaczej załatwić? -
- Dobrze. Ale tylko dlatego że masz ze przy sobie mojego brata stali - powiedziałem zrezygnowany
Droga powrotna zajęła mi mniej czasu niż sądziłem. Konia odprowadziłem do stajni i szukałem Nadii. Siedziała sama w kuchni skrobiąc cebulę. Chciałem ją chwycić za gardło i przydusić do ściany ale w tej samej chwili do kuchni weszły dwie inne służące więc spojrzałem groźnie na nią przez co się speszyła i uciekła z kuchni. Zapominając o liście poszedłem przed sypialnię ojca. Stella wychodząc poprosiła mnie abym popilnował sypialni bo ojciec i tak za bardzo się denerwuje. Zatem pilnowałem kilka godzin. Kiedy przyszedł Jarmaine i chciał widzenia z ojcem początkowo nie chciałem go wpuścić lecz wpuściłem bo miał powód. Ojciec leżał i czuł się wyjątkowo źle. Poprosił abym zaśpiewał mu piosenkę. Zaśpiewałem mu tą której nauczył mnie jeszcze gdy byłem mały. Nie spostrzegłem jednak że ojciec, mój ojciec Julius nie żyje. Że przestał oddychać. Miał na policzku łzę. Jedną jedyną - tą najpiękniejszą jaką można wylać w chwili śmierci. Jarmaine poszedł obudzić septona. A ja zamknąłem ojcu oczy, przynajmniej to można zrobić, a lepsze to niż dar łaski. I dokończyłem pieśń. A potem jeszcze jedną i jeszcze jedną, dopóki nie przybył septon. Wtedy poszedłem do pokoju Jarmaine'a. Mój brat siedział sam w skupieniu. Analizował coś popijając wino.
- Witaj bracie, myślałem o tym. O ojcu i o życiu. - powiedział wolno Jarmaine. Słychać było że troszkę wypił ale tej nocy wypiłbym cztery razy więcej od niego. Z resztą wino nie wydawało się tłumić jego osądu a wręcz przeciwnie. Miał już kilka kartek zapełnionych zapiskami, notatkami a świeca u niego była już do połowy wypalona.
- Bracie, miałem ci to przekazać - wyciągnąłem list zza pazuchy i dałem mu
- Nie wiesz od kogo to? - zapytał mrużąc podejrzliwie oczy
- Nie znam jego imienia. Po prostu mi to wręczył. - odparłem uczciwie
- W lesie tak? Wtedy kiedy wyjechałeś? - zapytał znów
Wiedziałem że obserwowałeś, pytanie czy tylko ty pomyślałem. Ale kiwnąłem głową w ramach odpowiedzi. Jarmaine wręczył mi karafkę z winem mówiąc.
- Wypij zdrowie ojca, i niech Siedmiu ma go w opiece. Ja już dosyć wypiłem i teraz czeka mnie lektura tej... jakże interesująco się zapowiadającej wiadomości.
Ja udałem się do pokoju gdzie wypiłem karafkę, a następnie zmorzony udałem się spać. Jutro pogrzeb największego z Świetlików, mego ojca.
Mam napisać coś mądrego? Po co ?

Słowa to przecież tylko wiatr...



Nec Hercules contra plures



Przerabiam piosenki :D

NoFaceMan
Poziom 2
Awatar użytkownika
Rejestracja: 23 lip 2013, o 10:14

Postautor: NoFaceMan » 26 wrz 2014, o 12:45

[center]JARMAINE FLOWERS[/center]

[center]Dzień 7 Noc. [/center]

Dzwony w sepcie biły swą żałobną pieśń a ja próbowałem nie myśleć o ojcu i skupić na notatkach. Zasiadłem przy sekretarzyku, obok położyłem puchar z winem, zapaliłem świece i chwyciłem za pióro.


„ Złodziej Testamentu” nabazgrałem na pergaminie po czym zacząłem zapisywać wszystkie posiadana już przez mnie informacje a ważniejsze spostrzeżenia od razu podkreślałem.

*Bogaty, wynajął Człowieka bez Twarzy. Dobrze zna Zamek. Czy jest Świetlikiem? Niewiadomo. Wspólnicy? Maester Havelock. Reszta nieznana.

*Próbował zabić Lyannę Firefly. Co chciał osiągnąć? Kto korzysta na śmierci Lyanny? Ivar. Ivar jest w to zamieszany? Nic tego nie potwierdza.

Przypomniałem sobie nasze niespodziewane spotkanie w bibliotece, gdy badałem tunel pod komnatą Laszlo. Jego głos ciągle nie dawał mi spokoju. Zapisałem kolejne spostrzeżenia.

*Naleciałości w akcencie, możliwe że mieszkał w Essos. Nie ma związku z zabójstwem Alicii Riverfall. Czy zabił Havelocka? Mało prawdopodobne.

Na marginesie zapisałem „Kim jest kobieta w przebraniu, która torturowała maestra?” Dobrze zna zamek, czy jest stąd?

Ważne: Co Złodziej próbuje osiągnąć?
*Władza
*Wpływy
*Zemsta???


Moje rozmyślania przerwało pukanie do drzwi. Po chwili do komnaty wszedł Rheagar. Był w podłym nastroju, ale odniosłem wrażenie, że nie tylko śmierć ojca zaprząta mu myśli. W ręku trzymał list, który po chwili mi przekazał.
- Nie wiesz od kogo to? – zapytałem patrząc na czystą kopertę.
Nie był skory do odpowiedzi. Przypuszczałem, że może mieć to związek z jego wycieczką do lasu. Mój człowiek, któremu poleciłem mieć go na oku zgubił go po drodze.
Byłem bardzo ciekaw treści tego listu, więc pożegnałem się uprzejmie z bratem i zamknąłem za nim drzwi. Podszedłem do sekretarzyka i otworzyłem zapieczętowaną kopertę. Usiadłem przy wypalonej do połowy świeczce i zacząłem czytać.

Jarmaine

Z góry wybacz, mi taką formę kontaktu, wolałbym się spotkać z tobą twarzą w twarz, ale wszędzie węszą twoje szpicle, więc sam rozumiesz, że nie chciałbym zbyt bardzo ryzykować, gdyby rozmowa nie poszło po twojej lub mojej myśli. Właściwie to już się widzieliśmy, dwa dni temu w bibliotece choć nie było to sam przyznasz fortunne spotkanie. Cieszę się jednak, że jesteś cały i zdrowy.


To on, przerwałem na chwile czytanie łapiąc oddech. Złodziej testamentu.

Wiele o tobie słyszałem, dobrego i złego, choć to drugie akurat jest względnym pojęciem. Bardzo mi imponujesz, muszę przyznać, choć dalej nie mogę cię rozgryźć. Julius Firefly lata temu wygnał Cię z Eclipse, groził że cię zabije a ty zachowujesz się jak dobry, chętny, do pomocy syn. Wybacz, ale nie kupuje tego. Nie znam cię dobrze, ale wiem, że coś kombinujesz. Nigdy byś się nie zgodził na rolę pieska, który zjada resztki ze stołu Ivara, płynie tobie krew Północy a nie ta rzadka jak gówno rozgęszczona ciecz z Reach. Pod wieloma względami jesteśmy do siebie podobni. Cokolwiek knujesz zaprzestań. Jeśli marzy ci się zemsta dostaniesz ją, jeśli marzysz o władzy również mogę ci to obiecać. A jeśli chcesz być parszywie bogaty to nie będzie dla mnie żaden problem. Proszę cię tylko o jedno. Wyjedź z Eclipse, nie czekaj na pogrzeb, po prostu wsiądź na konia i pogalopuj na Północ tak jak zrobiłeś to czternaście lat temu. Nie chcę twojej krzywdy ale jeśli tu zostaniesz nie mogę Ci zagwarantować bezpieczeństwa. Zbyt daleko zaszedłem byś teraz stanął mi na drodze. Jeśli jednak nie zależy ci na życiu to pomyśl o swojej siostrze. Słodkiej Jenn i jej trzynastoletnim synu, który tak dziwnie jest do ciebie podobny.

- Ty pierdolony bydlaku – szepnąłem pod nosem.

Wiesz, że nie będziesz w stanie jej obronić. Nie przed mną. Ilu szpicli mam na zamku, ilu jeszcze zabójców mogę wysłać? Pewnie się nad tym zastanawiałeś. Odpowiem ci więc. DUŻO. Daję ci czas do jutra Jarmaine. Nie wahaj się przyjąć mojej propozycji, na pewno nie pożałujesz. Dreadfort jest daleko ale z pewnością niedługo i tam dotrą do ciebie interesujące wiadomości.
Mam nadzieję, że kiedyś się jednak spotkamy. I nie będziesz żywić do mnie urazy.

Przyjaciel.


Miałem ochotę pogiąć i podrzeć list, a w usta cisnęły mi się najgorsze przekleństwa. Po chwili jednak się opanowałem.
Popełniłeś błąd „przyjacielu”, pomyślałem po czym siadłem raz jeszcze i zacząłem czytać list od nowa. A potem drugi, raz i trzeci. Piórem wykreślać zacząłem wszystkie interesujące mnie zwroty. Nawet nie wiem kiedy świeca dopaliła się do końca a mnie zastał ranek.
Umysł potrzebuje książek, podobnie jak miecz potrzebuje kamienia do ostrzenia.

TeomarArryn
Poziom 3
Awatar użytkownika
Rejestracja: 23 sie 2013, o 16:38

Postautor: TeomarArryn » 30 wrz 2014, o 21:55

[center]Matthew Firefly[/center]
[center]Dzień 7-późny wieczór[/center]

Gdy wyszedłem z komnaty ojca, było już grubo po północy. Gdy zobaczyłem zimne, martwe ciało lorda Juliusa, coś we mnie pękło. Mimo iż przygotowywałem się na to od dawna, i tak odczułem to jako wielki cios. A przede wszystkim gra dopiero teraz się zacznie. Chciałem pójść do moich komnat, by tam spać w oczekiwaniu na poranną kremację ciała największego ze Świetlików. Po drodze jednak zatrzymał mnie człowiek w kapturze, dość wysoki. Ale ten głos poznałem mimo mroku i zaskoczenie.
-Andrew, co ty tu robisz, powinieneś już dawno być w Wężowym Dworze.
-Nie mogłem cię zostawić. Wiedziałem, że twój ojciec niedługo umrze. Mam też wieści z Przystani. Aegon zdobywa coraz więcej zwolenników, nie wiem, co robi Rhaenyra na Smoczej Skale, ale prawdopodobnie oboje mają już około dwudziestu tysięcy ludzi pod sobą i po siedem smoków. I tu leży pies pogrzebany. Wszyscy wiedzą, że ojciec zamierzał opowiedzieć się za Rhaenyrą, to samo zrobi Ivar, a raczej już Lord Ivar.
-I co z tego wynika? Garnizon zamku ma niecały tysiąc ludzi. Zebranie tej dziesiątki zajmie pół roku.
-Nie to mam na myśli. Ale chodźmy w jakieś bardziej ustronne miejsce.
-Ręka Gartha nie jest już bezpieczna. Choć może Jarmaine pozwoli nam się tam spotykać, jeśli wie, że jestem po jego stronie.
-Zawarłeś z nim układ? Nieważne, musimy się spieszyć.

Gdy dotarliśmy do Ręki Gartha, była najczarniejsza godzina nocy, godzina wilka, wszyscy chłopi i paniczkowie spali. Wejście było zamknięte, ale miałem przy sobie klucz. W środku, poza zdemolowanym korytarzem, nic nie było uszkodzone.
-A więc taki jest plan: - zaczął Ferion. - Aidan, nie mając jeszcze wiedzy o ułaskawieniu swojego syna, prawdopodobnie już pędzi na łeb, na szyję do Eclipse. Czy wiesz co to oznacza?
-Trzeba obsadzić zamek i ewakuować wioskę. I wiem, wyślemy wiadomość do Krugannów, by nas wsparli, zmiażdżyli wojsko Aidana podczas oblężenia, jeśli zamek wytrzyma dwa tygodnie, oni zdołają zebrać dwa tysiące ludzi.
-I to jest dobra myśl!
-Zamieszkaj tymczasowo tutaj, ja jadę do zamku, jak wrócę, akurat będzie świt i zdążę na pogrzeb ojca.

Nie myliłem się. Do zamku dotarłem już o świcie. Szykuje się pełen wrażeń dzień. A przede wszystkim muszę się spotkać z Jerm'em.
-Chodźmy coś zjeść. - zaproponował.

-Przecież godzinę temu konałeś... -odparła.

-Ale teraz konam z głodu.

Disable adblock

This site is supported by ads and donations.
If you see this text you are blocking our ads.
Please consider a Donation to support the site.



Wróć do „Gra Wyobraźni”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 8 gości