Igrzyska Nieznajomego - Runda 3 Scena 4 - Żelazne Wyspy

Turnieje sympatii, urody i talentów! Naliczanie postów w tym dziale jest wyłączone.

Moderator: Nocna Straż

Kto przeżyje macki Krakena?

Czas głosowania minął 13 sty 2017, o 18:50Please note that results are sorted by decreasing number of votes received.

Aegon Targaryen
13
50%
Doran Martell
13
50%
 
Liczba głosów: 26

Ogień i Lód
Ogień i Lód
Awatar użytkownika
Rejestracja: 20 kwie 2006, o 14:33

Igrzyska Nieznajomego - Runda 3 Scena 4 - Żelazne Wyspy

Postautor: Ogień i Lód » 10 sty 2017, o 20:01

Na Zachodzie bez zmian. Śmierć, pożoga, Kamienni jak i Żelaźni Ludzie. Sam oraz Varys nie dali temu rady. Przyjrzyjmy się więc wyczekiwanemu spotkaniu Aegona i Dorana.

Przeżyje jedno z nich.
Autorem jest Robin Blackett.

***
Żelazne Wyspy
Obrazek

- Mogę nawet podać dwa. A raczej dwóch – powiedział Varys spokojnie, nie okazując zdenerwowania. Lata praktyki.
Daven gwałtownie zbliżył się, za nic mając przestrzeń osobistą szpiega, ale wbrew oczekiwaniom nie rzucił się na niego, nie próbował udusić gołymi rękoma. W ostatniej chwili zmienił kierunek i przeszedł obok Pająka, przez ramię rzucając tylko jedno słowo.
- Słucham – ale kroku nie zwolnił.
- Ser Davenie, głupota Cersei Lannister przyniosła katastrofalne skutki dla rodu Lannisterów. Jeśli będziemy rozsądni, wszystko uda się jeszcze naprawić. Twoja królewska kuzynka nie…
- Ach, zamilcz. Zmieniłem zdanie – dobiegł go głos brodacza zza pleców.
Zdążył odwrócić się tylko po to, by zobaczyć Lannistera mierzącego do niego z ciężkiej kuszy, zabranej jednemu z żołnierzy.
- Uznaj to za spłatę długu – powiedział, zwalniając mechanizm.

***

Nie widział zbyt wiele, ale słyszał wszystko. Miarowe zgrzyty kamienia o kamień, krzyk przerażenia grubego Sama Tarly’ego, wreszcie słowa Sarelli. Wpadli z deszczu pod rynnę. Używając całej siły, jaka mu pozostała w ramionach, podczołgał się bliżej wejścia, żeby zobaczyć potwora na własne oczy.
Światło było znacznie jaśniejsze niż oczekiwał, oślepiło go od razu. Nadal mógł polegać tylko na słuchu.
- Masz jakąś broń?! – krzyczał grubas.
- Sztylet! – odparła Sarella.
- Za mało!
Powoli zaczynał rozróżniać kształty, dwie ciemne postacie na tle wielkiej plamy bieli, tuż za bielą coś co przypominało człowieka.
- Na co czekacie?! Uciekajcie! – rzucił w końcu, przełamawszy strach, który zaciskał mu gardło.

***

Uciekajcie! Każda część świadomości Sama mówiła mniej więcej to samo, odkąd zobaczył kamiennego człowieka. Ale słyszał też w głowie obcy głos, nie był pewien czyj.
„Jednak ciągle jesteś ofermą, mazgaju!” To brzmiało jak ojciec.
„Lordzie Szynko, rzuciłeś się na ożywieńca, żeby bronić swojej dzikiej i zabiłeś Innego!” Nie, to ser Alliser.
„Miałeś być odważny!” Jon! Przepraszam!
Głos miał rację. Nie mógł teraz uciec. To nawet nie była najgorsza sytuacja, w jakiej był w ciągu ostatnich paru lat. Myśl, myśl, myśl. Spojrzał jeszcze raz na potwora, który znajdował się tylko kilka kroków od źródła światła. Pomysł uderzył go nagle, całą swoją oczywistością. Wysoka, płonąca czarna świeca, której nie pochłaniał ogień. Jej ostre krawędzie przywodziły na myśl sztylet z obsydianu, który kiedyś posiadał.
Skoczył do przodu i złapał za nią, obracając płonącym końcem w stronę kamiennego człowieka, jakby to była krótka włócznia. Płomień pozostał jednak niewzruszony, cały czas stanowił przedłużenie świecy, jakby zmiana położenia w ogóle go nie dotyczyła.
- Odsuń się, albo cię dźgnę! – zawołał, tylko trochę szczękając zębami ze strachu.
Stwór nie posłuchał. Być może łuszczyca zniszczyła w nim już wszystko, co ludzkie. Dał krok naprzód, potem kolejny.
Sam Zabójca zamknął oczy i zaszarżował z krzykiem w jego kierunku, celując na oślep. Poprzednim razem to podziałało.

***

Wreszcie widział co się działo. Jego bratanica stała, jakby sama zmieniła się w kamień, natomiast Tarly zrobił coś tak odważnego, że graniczącego z szaleństwem. Był pewien, że Oberyn by to pochwalił. Grubasowi udało się przebić kamiennego człowieka na wylot, co wyrwało Sarellę z osłupienia, bo pisnęła z radości. Przedwcześnie. Potwór cofnął się o kilka kroków, ukazując wielką dziurę na wysokości żołądka, ale już po kilku chwilach ruszył dalej, może trochę bardziej chwiejnie.
- Sfinksie! Zabieraj wuja i uciekajcie!
- Nie zostawię cię! – odparła Sarella.
- Musisz! Zatrzymam go ile mogę, ale to nie będzie długo!

***

Doran zauważył, że jeszcze chwilę się wahała, ale zaraz po tym podeszła do niego i zaczęła go podnosić z podłogi. Dokładnie w chwili, w której Sam uderzył znowu, tym razem używając świecy jak maczugi. To nie był dobry pomysł, twarz jego przeciwnika była całkowicie skamieniała. Obsydian roztrzaskał się na setki odłamków, a niektóre z nich doleciały aż pod drzwi. Dwa dalej świeciły tym dziwnym, jaskrawym światłem. Książę sięgnął po nie odruchowo, podświadomie oczekując parzącego gorąca, ale okazały się niemal zimne.
- Mamy światło – powiedział do bratanicy. Jej uwaga skupiona była jednak całkowicie gdzie indziej: na Tarlym, próbującym trzymać potwora na dystans złomkiem świecy. Doran złapał jej rękę. – Musimy iść. On przegra tę walkę, ale my zdążymy uciec. Zginie jak bohater.
Otarła łzę rękawem.
- Chodźmy. Oświetlaj nam drogę, wuju.

***

Ludzie Lannisterów prowadzili Aegona w stronę klifu, co jakiś czas popędzając go końcami halabard. Nie tak traktuje się króla. Chcieli zrzucić go ze Skały, nie przestawali żartować o smoku - nielocie. Nie dawał im satysfakcji, szedł dumnie, prostując się po każdym ciosie. Będę umierał jak król.
- No, jeszcze parę kroków, proszę Waszej Miłości. Parę kroków, hop, i po sprawie.
Widział już krawędź. Gryzło go poczucie winy, że przez własny brawurowy pomysł miał teraz zginąć, i to w tak głupi sposób. Przepraszał w myślach swojego ojca, którego nigdy nie poznał, przepraszał Jona Conningtona, który zrobił wszystko, by wychować go na dobrego władcę, przepraszał też wszystkich swoich przodków ze smoczej dynastii. Jednak nie odzyskam Siedmiu Królestw i nie zasiądę na tronie.
Nagle z nad morza dobiegł ryk tak głośny, że jego strażnicy skurczyli się odruchowo ze strachu. Targayen już słyszał ten dźwięk, nie przerażał go. Wręcz przeciwnie, napawał odwagą.
- To smok! On wraca!
Tak, to smok. Drugi stoi przed tobą, głupcze.
Ogromny stwór nadlatywał ze strony miasta, plując ogniem na wszystko, co jeszcze nie było spalone. Zbliżał się bardzo szybko. Aegon postanowił nie tracić ani chwili. Budziła się w nim krew Valyrii. Podbiegł na skraj Skały, a gdy potwór przelatywał pod miejscem, w którym skał, skoczył mu na grzbiet.
Jak bardzo złym pomysłem był ten skok zauważył jeszcze w powietrzu. Cudem trafił w grzbiet smoka, ale uderzenie o twarde łuski aż go zamroczyło. Nie miał czasu na ból, który ustąpił już po krótkiej chwili, ale to wystarczyło, żeby spaść. W ostatniej chwili złapał wielkiego, groźnie wyglądającego pazura, ale nie sądził, że mógłby utrzymać się na nim dłużej.
Nieoczekiwana pomoc przyszła ze strony bestii, która zacisnęła łapę, nie pozwalając mu spaść na niechybną śmierć. Smoki powinny sobie pomagać. To przeznaczenie.
Stwór zaczął jednak wznosić i wznosić, lecąc niemal pionowo w górę. Nie miał pojęcia, jak długo to trwało, nim stracił przytomność.

***

Obudziło go dopiero uderzenie o wodę. Spadł płasko, na twarz, ból był nie do opisania. Na początku trochę spanikował, głównie z powodu zaskoczenia, poza tym woda była bardzo zimna. Po chwili bezładnego machania rękami przypomniał sobie jednak nauki Jona Conningtona, pod którego okiem uczył się pływać, gdy był małym chłopcem. Woda nie jest moim wrogiem. Spokojnie, potrafię utrzymać się na powierzchni.
Zaczerpnął powietrza, próbując utrzymać pion. Odrzucił mokre włosy do tyłu i przetarł szczypiące od morskiej soli oczy. Gdy udało mu się je otworzyć, zobaczył krążącego nad nim smoka, który – był tego pewien, bez najmniejszych wątpliwości – bacznie go obserwował. Tak jakby martwił się o niego.
Potwór, prawdopodobnie upewniwszy się, że jego niedawnemu pasażerowi nic nie jest, zaryczał głośno, zmienił tor lotu i odfrunął gdzieś na wschód. To było łatwe do ustalenia – właśnie wstawało słońce.
Gdy smok zniknął za horyzontem Aegon rozejrzał się dokładniej po okolicy. Na wschód od niego widział wodę. Na południe – bezmiar morza. Na zachód – wielkie nic. Ale gdy odwrócił się ku północy, zobaczył płynący w jego stronę statek o białych żaglach.
- Chyba jednak nie zginę w tej przeklętej wodzie – powiedział do siebie, zbierając siły do krzyku.



***

- Łap, chłopcze!
Chwycił rzuconą mu linę obiema rękami, zawijając ją wokół prawej pięści. Bardzo szybko sprawne dłonie marynarzy wciągnęły go na pokład. Tam jednak nogi się pod nim ugięły, ale któryś z wybawców złapał go i posadził ostrożnie przy burcie.
- Dajcie mu coś do picia. Szybko – rzekł jeden z mężczyzn, niewysoki, o siwobrązowej brodzie. Dobrze mu z oczu patrzyło. To i dobrej jakości ubranie wyróżniało go wśród załogi tego statku. Poza tym był całkowicie przeciętny. – Pij, potem zapraszam do mojej kajuty, zmienisz ubranie. Mokry smok nie prezentuje się zbyt okazale.
- Wiesz kim jestem? – zapytał Aegon zaskoczony.
- Pij. Odpowiadając na twoje pytanie… Nie za wielu srebrnowłosych młodzików w barwach Targaryenów wyrzuca morze ostatnimi czasy. Poza tym wiedziałem, kogo i gdzie szukam. No, chłopcy, podnieście go i wskażcie drogę. Aha – jestem Rodrik Harlaw, lord Dziesięciu Wież. Musimy porozmawiać… Wasza Miłość – ostatnie słowa dodał po chwili, nieco z przekąsem.

***

Dali mu jeść i pić zaraz po tym, jak przebrał się w suche ubrania. Wiedział, że to Żelaźni Ludzie, który byli poddanymi jego wroga, Eurona Greyjoya, ale chyba nie chcieli go zabić. Po co by go wtedy ratowali? Gdyby zostawili go w morzu, niechybnie zginąłby przed dopłynięciem do lądu. Nie potrafił odgadnąć, co w ogóle się dzieje.
- Pozwolisz, że już zacznę, gdy ty się będziesz posilał – usłyszał wchodzącego do kajuty lorda Rodrika. Harlaw zasiadł przy stoliku, na którym obok stosu ksiąg stała zapalona lampa olejna. – Otrzymałem kruka z wiadomością, że pół dnia żeglugi na wschód od Banefortu, w Zatoce, trafię na osobę, którą koniecznie muszę wziąć na pokład. Wiadomość dokładnie opisywała, kim ma być mój gość i dlaczego powinienem mu pomóc.
- Wiadomość od kogo? – wtrącił się Aegon z pełnymi ustami.
- Z zielonych krain, od lorda Howlanda Reeda ze Strażnicy nad Szarą Wodą. Uwierzyłem w tę wiadomość. Wiesz, dlaczego?
Odpowiedziało mu tylko przeczące kręcenie głową.
- Bo kruk, który ją przyniósł, nie trafił do maestera w moim zamku, tylko znalazł mnie bezpośrednio, gdy opływałem Kayce. Wracałem wtedy do domu po idiotycznej bitwie, którą zafundował nam ten nieudolny starzec, Erik Ironmaker. Jestem pewien, że gdyby poświęcił choć rok ze swojego zbyt długiego życia na naukę literek, a potem kolejny rok, by przeczytać i zrozumieć, przykładowo… – spojrzał szybko na stos książek na stoliku – O, taki „Podbój Dorne” Daerona Targaryena, nie popełniłby tylu błędów i nie wykrwawiłby całej armii rzucając się od morza na ufortyfikowane miasto. Ale zboczyłem trochę z tematu. Kruk znalazł mnie na morzu, gdzie w ogóle nie powinno mnie być. Takie rzeczy się nie zdarzają bez powodu.
- Więc przybyłeś w to miejsce specjalnie, by mnie ratować?
- Tak, ale nie tylko. Muszę odebrać jeszcze jednego pasażera, a potem odstawić was do Dorzecza. Musimy tylko złapać pewien statek.
- Czemu jednak w ogóle mi pomagasz? Czemu słuchasz listów od jakiegoś lorda spoza Wysp? Uczono mnie, że Żelaźni Ludzie nigdy nie dbali o Siedem Królestw, nawet gdy moi dziadowie władali całym Westeros.
- Dobrze cię uczono. Ale mnie zwą Czytaczem, różnię się trochę od pozostałych lordów z Wysp. List zawierał też inne ważne informacje, tyczące nie tylko ciebie. Podobno mój – Harlaw skrzywił się, wypowiadając to słowo – król nie żyje. Moja ukochana siostrzenica także. O Victarionie nikt od dawna nie słyszał. Howland Reed twierdzi, że Westeros potrzebuje jednego króla, żeby zakończyć to szaleństwo. Jestem w stanie się z tym zgodzić.
Aegon wyprostował się, spoglądając dumnie na Rodrika.
- Jestem Aegon Targaryen, szósty tego imienia, od urodzenia wychowywany do objęcia władzy. Będę dob…
- Nie powiedziałem, że to ty masz nim zostać – przerwał Harlaw obcesowo, choć nie podnosząc głosu. - Ale nie twierdzę też, że nie. To cały czas niepewna sprawa.
Nagle obaj usłyszeli krzyk z pokładu.
- Kapitanie! Czarny żagiel na horyzoncie!
- W końcu – powiedział Czytacz, wstając ze stołka.

***

Schody prowadziły jeszcze trochę w dół, po czym zmieniły się w wąski korytarz. Nie potrafili określić, jak daleko musieli iść, ale w końcu poczuli na twarzach powiew świeżego powietrza.
- Nareszcie. Ciekawa jestem, gdzie wyjdziemy.
- Ważne, że wyszliśmy. Dasz radę mnie taszczyć jeszcze kilkanaście stóp?
- Dam. Jestem silniejsza niż wyglądam, wuju. Trenuję łucznictwo odkąd ojciec dał mi łuk z okazji dnia imienia. Dziesiątego czy jedenastego – wypuściła głośno powietrze. – Ale odpoczynek będzie mi potrzebny jak tylko wyjdziemy. Oczywiście, wracamy do Allerasa i maestera Naroda?
- Nie zadawaj głupich pytań, młody akolito. Nadal nie chcę, aby ktokolwiek wiedział o mojej obecności tutaj.
Dotarli do końca korytarza. Sarella położyła Dorana na ziemi, a sama zabrała się za otwieranie drzwi. Zajęło to dłuższą chwilę. On tymczasem schował świecące odłamki obsydianowej świecy do jednej z wielu kieszeni jego maesterskiej szaty. Płonący obsydian i smoki… Magia wraca do świata…
- Gotowe! – wyrwał go z rozmyślań głos bratanicy.
Na zewnątrz było już ciemno. Rozejrzał się, aby ocenić, gdzie się znajdują. Nie przekroczyli Miodowiny, to było pewne. Wyjście z tajnego korytarza było naprawdę dobrze zamaskowane, ukryte między nadbrzeżnymi skałami rzecznymi. Znajdowali się tak daleko od wieży bibliotecznej jak tylko możliwe bez zmiany wyspy. Sama biblioteka płonęła dalej, tworząc gigantyczną pochodnię, oświetlającą chyba połowę miasta.
Nie mieli jednak dużo czasu na podziwianie widoków. Dobiegł ich szorstki, nieprzyjemny głos.
- Euron! To ty tam hałasujesz?
Zza skał wyszedł wysoki mężczyzna z długą, gęstą brodą, ubrany w ciemny strój.
- Co na Utopionego… Coście za jedni? Gdzie jest Euron Greyjoy?
Podszedł do nich blisko, z ręką na toporze, który miał zatknięty za pas.
- Cuchniecie dymem. Znaczy się, uciekliście z pożaru. Prawda?
Oboje kiwnęli głowami na potwierdzenie.
- Czarnowłosy, brodaty, trochę blady mężczyzna, z opaską na lewym oku. Widzieliście go? Odpowiadać, słowami, bo jak nie to dam w ryj.
- On… Zginął w pożarze, ser – udało się wreszcie wydusić Sarelli.
- O, panna negocjowalnego afektu – powiedział wolno przesłuchujący ich człowiek, całkowicie zaskoczony. Odwrócił się od nich, złożył ręce w tubę i krzyknął: BOTLEY! MYRE! Chodźcie no tu! Mamy problem!

***

Zostali skrępowani i zasłoniono im oczy. Żelaźni Ludzie – co do tego Doran nie miał wątpliwości – po krótkiej naradzie postanowili zabrać ich ze sobą na statek. Wrzucili ich do małej łódki jak worki zboża, a potem, już na okręcie, do ciemnej ładowni. Wtedy ściągnięto im opaski i więzy, po czym zostali wtrąceni do żelaznej klatki.
Przez całą wymuszoną podróż mogli porozmawiać tylko ze sobą nawzajem. Osoby, które przynosiły im posiłki – chwała Siedmiu, że ktoś pomyślał, aby karmić więźniów – nie odezwały się do nich ani słowem. Nie potrafili odgadnąć, czy nie chcieli, czy nie potrafili.
Stracili zupełnie rachubę czasu. Zaraz po tym, jak porywacze zostawili ich samych, zmęczenie przygodami dnia wzięło górę i zasnęli jak zabici. Do ich „celi” nie dochodziło w ogóle światło słoneczne, toteż trudno było ocenić, jak wiele godzin stracili na sen. Aby nie zwariować liczyli posiłki.
Byli w trakcie szóstego (składającego się, tak samo jak wszystkie poprzednie, z ryb i czerstwego chleba), gdy usłyszeli hałas i poruszenie na górnym pokładzie.
- Allerasie, masz lepszy słuch niż ja. Co tam się dzieje? – zapytał Doran bratanicę.
- Nie wiem, ale nasi gospodarze nie są zadowoleni – powiedziała Sarella, stając przy drzwiach i usiłując nasłuchiwać dźwięków dobiegających z góry.
- Nic teraz z tym nie zrobimy. Jedz. Nie wiadomo, kiedy będzie następna okazja.
Dziewczyna zdążyła usiąść i ugryźć kawałek chleba, gdy nagle z hukiem otworzyła się klapa w suficie i do środka wskoczyło dwóch rosłych mężczyzn.
- Tam są! Andrik, otwieraj – powiedział jeden z nich. Drugi po wydanym rozkazie w kilku długich susach stanął przy ich więzieniu i dwukrotnie uderzając młotem bojowym rozłupał kłódkę zamykającą klatkę.
- Chodźcie z nami, jeśli chcecie żyć – powiedział ten pierwszy.
- Ja nie mogę cho… – zaczął Doran, zanim został uciszony gestem.
- Wiemy. Andrik, bierz go. Chłopcze, ty dasz radę sam?
- Tak – powiedział Alleras. – Kim jesteście?
- Za chwilę wszystko będzie jasne. Czytacz czeka.

***

Weszli w środek bardzo burzliwej rozmowy.
- Harlaw, nie możesz mi odebrać moich jeńców! To świadkowie śmierci Eurona! – krzyczał jeden ze znanych Doranowi wojowników. Nazywał się Botley? Albo Myre?
- Czyli Euron nie żyje, wieści się sprawdziły. Zostaliście zatem bez prawdziwego kapitana, jak widzę. Chyba, że to ty nim teraz jesteś – nieznajomy mężczyzna, średniego wzrostu, stał niedaleko kładki przerzuconej między dwoma drakkarami, w otoczeniu wysokich, pokrytych bliznami toporników. Pewnie dlatego mówił z taką pewnością siebie.
- Nie wybraliśmy kapitana. Dopiero wieziemy wiadomość…
- Dobrze, wieziecie wiadomość. Teraz ja ją przejmę, a do tego potrzebuję tej dwójki – wskazał ręką w stronę Dorana i Sarelli. – Oddacie mi ich grzecznie i po dobroci, a zachowacie sobie Ciszę i wszystko co się na niej znajduje. Nie chcę tego statku, nie chcę rzekomych lub prawdziwych skarbów Wroniego Oka. Tylko ta dwójka, młody i stary. Nie bój się, Myre, Euron nie ma już żyjących spadkobierców, więc nikt wam tej przeklętej łajby nie odbierze.
- A jeśli powiem „nie”? – zapytał Jon Myre, kładąc dłoń na mieczu.
- Mam więcej ludzi od ciebie. Odbiorę ich siłą, tych z was, którzy przeżyją bitwę, poślę zwyczajowo Utopionemu, Ciszę każę spalić.
Tylko szum fal przerywał ciszę, jaka zapadła na kilkanaście uderzeń serca. Doran oczekiwał krwawej jatki. Ostatecznie jednak padło tylko:
- Zabieraj ich sobie, Harlaw.

***

Chwilę potem byli już na drugim statku, który Rodrik Harlaw przedstawił im jako „Morską Pieśń”.
- Zaraz wam wszystko wyjaśnię. Chodźcie do mojej kajuty, zaraz każę wam podać wino. Ktoś już tam na was czeka.
Wykrzyczał kilka rozkazów do swoich żeglarzy, ustalając kierunek podróży, po czym poprowadził ich wzdłuż pokładu. W środku czekał na nich młody chłopak o srebrnych włosach. Grzecznie poczekał, aż Andrik usadzi Dorana na stołku i opuści towarzystwo, dając im możliwość swobodnej rozmowy.
- Witajcie. Jestem Aegon Targaryen.
- A ja – powiedział książę, wzdychając ciężko – jestem Doran Nymeros Martell.
- Nie kpij ze mnie, starcze!
- Spokojnie, chłopcze, spokojnie – zmitygował rzekomego Aegona lord Harlaw. – Jestem przekonany, że on mówi prawdę. Właściwie – zwrócił się do starszego z nich – obaj mówicie prawdę. On nie żartuje, książę. To jest Aegon Targaryen.
Syn Elii? Co by tutaj robił? Miała go znaleźć Arianne. Jakim cudem…
- Podejdź, młodzieńcze, niech ci się przyjrzę – powiedział na głos. Srebrnowłosy podniósł się i spełnił prośbę, ale pozostał nieufny.
Doran obejrzał go bardzo uważnie. Nie widział w nim śladu dornijskiej krwi.
- Nie przypominasz mi swojej matki – rzekł po chwili – ale Elia sama pisała mi, że jej syn wygląda jak Valyrianin, nie Dornijczyk, bez względu na to co mówił o nim Szalony Król. Witaj w domu, siostrzeńcze. Możesz mi mówić „wuju”.
- Po siedemnastu latach bez rodziny spotykam mego wuja, władcę Dorne, w Zatoce Żelaznych Ludzi, na okręcie płynącym do Dorzecza. Paradne – powiedział chłopak gorzko. – Ale cieszę się ze spotkania. Wreszcie ktoś, z kim jestem faktycznie spokrewniony. Lord Jon starał się jak mógł, ale nigdy nie byliśmy prawdziwą rodziną.
- Lord Jon? Jon Connington?
- Tak. Wysłał co ciebie list, wuju. Czemu Dorne nie stanęło po mojej stronie od razu, z całą potęgą? Mogliśmy zwyciężyć, gdybym miał u mego boku dodatkowe trzydzieści tysięcy włóczni – wyrzucił Aegon.
- Chciałem najpierw sprawdzić, czy naprawdę jesteś tym, za kogo się podajesz. Widzisz, byłem nieufny. Czy moja córka w końcu do ciebie dotarła?
- Ekhem – wcięła się rozmowę bardzo niezadowolona Sarella, przypominając o swojej obecności w pokoju.
- A, tak, wybacz. Aegonie, przedstawiam ci twoją kuzynkę, Sarellę Sand, córkę mojego nieżyjącego już brata, Oberyna Martella.
- Miło mi cię poznać, kuzynie – powiedziała Sarella, uśmiechając się, jakby napawając się kolejnym udanym żartem. „Alleras” był naprawdę przekonujący.
- Co? Skąd to przebranie? Czemu? – Aegon, zaskoczony, zadawał pytanie za pytaniem.
- Kobiety nie mogą studiować w Cytadeli. Może to zmienisz, gdy już zostaniesz królem… Uprościłoby to kilka spraw.
Lord Rodrik ożywił się nieco na wspomnienie o Cytadeli, ale chyba zmitygował się i powstrzymał ekscytację, bo przybrał poważną minę, i odezwał się tymi słowami:
- O rodzinnych sprawach jeszcze zdążycie sobie porozmawiać. Miałem wam wyjaśnić parę rzeczy. Po pierwsze, żadne z was nie znalazło się na moim statku przypadkiem. Miałem was stąd odebrać i odstawić na wybrzeże Dorzecza. Aby zakończyć chaos, jaki panuje w Siedmiu Królestwach, potrzebny jest nam król. Taki, który zdobędzie posłuch od Dorne po Północ, abyśmy mogli przeciwstawić się nadchodzącej zimie. Wielu ludzi ma już dosyć tej bezsensownej, wyniszczającej wojny domowej. Czy chcecie pomóc ją zakończyć?
Wszyscy zgodnie kiwnęli głowami.
- Świetnie. Zatem uważnie mnie teraz posłuchajcie, a potem porozmawiamy sobie o przyjemniejszych sprawach, dla zabicia czasu. Podróż do Dorzecza trochę potrwa, ale mamy dobry wiatr.

***

Rodrik Harlaw złapał dobry kontakt z Sarellą. Od kilku godzin dyskutowali o książkach i dawno nieżyjących maesterach. Doran w tym czasie starał się jak najlepiej poznać swojego cudownie ocalonego siostrzeńca i wypytywał go o to, jak i gdzie wychowywał go Jon Connington.
Chłopak był bystry, musiał przyznać. I dobrze wyedukowany, jak na księcia i przyszłego króla przystało. Ciekawe, co by było, gdyby wychowywał się na dworze. Może wyszłoby mu to na złe?
Nagle usłyszeli głos z góry:
- Kapitanie! Cel na horyzoncie!
Rodrik wyszedł z kajuty, Sarella podążyła za nim. Aegon pozostał na miejscu.
- Nie jesteś ciekawy widoku? – zapytał Doran, uważnie obserwując młodego króla.
- Jestem. Zostałem dla twojego towarzystwa, wuju.
- Skoro tak, to może wyjdziemy razem? Nie jestem aż tak ciężki, a pomóc staremu wujowi to nie wstyd, nawet dla króla.
Chłopak nie dał sobie tego powtarzać dwa razy. Zaraz obaj byli na pokładzie.
- Usadź mnie na tej skrzyni i idź, oglądaj.
W tej chwili żeglarz z dziobu ponownie krzyknął:
- Kapitanie! Coś jest przed nami! W wodzie!
- Co to?! – usłyszeli głos Czytacza.
- Nie wiem! To się zbliża!
Aegon pobiegł na dziób, zostawiając Dorana samego. Załoga zaczęła szeptać, przerzucać się pomysłami, w końcu kłócić. Ale nagle zapadła cisza, którą poprzedził tylko urwany, wysoki pisk Sarelli.
- Co się stało, na siedem piekieł?! – zapytał w końcu książę najbliższego człowieka.
- Tam jest kraken.

Disable adblock

This site is supported by ads and donations.
If you see this text you are blocking our ads.
Please consider a Donation to support the site.


Il Biondo
Poziom 13
Awatar użytkownika
Rejestracja: 17 lut 2013, o 12:08

Re: Igrzyska Nieznajomego - Runda 3 Scena 4 - Żelazne Wyspy

Postautor: Il Biondo » 10 sty 2017, o 21:14

Niezłomny, Niezachwiany, Nieugięty,
Kraken pójdzie Aegonowi w pięty.

Głos na maestra Naroda.
Obrazek
there is no trap so deadly as the trap you set for yourself
Obrazek ObrazekObrazek Obrazek

Mya Stone
Poziom 3
Awatar użytkownika
Rejestracja: 31 maja 2015, o 14:32

Re: Igrzyska Nieznajomego - Runda 3 Scena 4 - Żelazne Wyspy

Postautor: Mya Stone » 10 sty 2017, o 21:37

Aegon!
Królestwo musi mieć króla :) a Arianne męża, do którego pierwotnie podróżowała ;)

Obrazek

PS. Zacny tekst!
na Skagos @xmass2

maciupka
Poziom 4
Awatar użytkownika
Rejestracja: 12 paź 2014, o 18:16

Re: Igrzyska Nieznajomego - Runda 3 Scena 4 - Żelazne Wyspy

Postautor: maciupka » 10 sty 2017, o 22:02

Głos na Naroda ;) Liczę na Dornijski master plan :)
" A wszystko to jest identycznie trwałe jak numer telefonu na pudelku zapałek... "

Argotin
Poziom 2
Awatar użytkownika
Rejestracja: 28 sty 2016, o 14:58

Re: Igrzyska Nieznajomego - Runda 3 Scena 4 - Żelazne Wyspy

Postautor: Argotin » 10 sty 2017, o 22:16

Aegon ma małe szanse na przeżycie.
Ale Doran jeszcze mniejsze.
Głos na Blackfy... Targaryena :P

Nimue
Starsza siostra :)
Awatar użytkownika
Rejestracja: 28 gru 2004, o 08:14

Re: Igrzyska Nieznajomego - Runda 3 Scena 4 - Żelazne Wyspy

Postautor: Nimue » 10 sty 2017, o 23:02

Naprawdę fajny tekst. Śmierć Sama choć opisana bez ozdobników, jakoś jednak wzrusza. Młody Aegon, prawdziwy czy nie, wydaje się wiarygodny w swoich reakcjach. A Narod jak zawsze rządzi. ;) Głos więc na niego. Niech Dornijczycy spotkają się w rundzie czwartej. :)
"Jestem ci wdzięczna, ale... byłeś już daleko. Dlaczego wróciłeś?
Przyszedł mu do głowy tuzin złośliwych odpowiedzi, każda okrutniejsza od poprzedniej, wzruszył jednak tylko ramionami.
– Przyśniłaś mi się – odparł. "

Nettles z Gór
Poziom 9
Awatar użytkownika
Rejestracja: 2 mar 2015, o 21:59

Re: Igrzyska Nieznajomego - Runda 3 Scena 4 - Żelazne Wyspy

Postautor: Nettles z Gór » 11 sty 2017, o 09:16

Głos na Aegona - niech spływa na ląd.
(A poza tym scenka "Pan tu nie stał!" w kolejce do Żelaznego Tronu z udziałem Młodego Gryfa i Jisena - w zastępstwie za Edrica, czy Shireen - byłaby całkiem zabawna)
"Laws should be made of iron, not of pudding."
"Prawdziwa wolność, to jest żyć według praw i nic ani nie czynić, ani nie zamyślać przeciwko nim"
(Wawrzyniec Goślicki, O senatorze doskonałym księgi dwie, 1568)

Bombacjusz
Poziom 10
Awatar użytkownika
Rejestracja: 27 lip 2006, o 15:17

Re: Igrzyska Nieznajomego - Runda 3 Scena 4 - Żelazne Wyspy

Postautor: Bombacjusz » 11 sty 2017, o 11:28

Z Narodem na czele! Naczelnik Narodu! Z Narodem naprzód!
Pani, Twych wdzięków nie trzeba mi wcale, co rzekłszy odszedł, nie wrócił...

Drazenko
Poziom 1
Awatar użytkownika
Rejestracja: 26 lip 2016, o 13:12

Re: Igrzyska Nieznajomego - Runda 3 Scena 4 - Żelazne Wyspy

Postautor: Drazenko » 13 sty 2017, o 18:56

Trzynaście do trzynastu. I co teraz?


Disable adblock

This site is supported by ads and donations.
If you see this text you are blocking our ads.
Please consider a Donation to support the site.



Wróć do „Westeroski turniej na śmierć i życie!”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 4 gości