Roose Bolton nie mógł powiedzieć, by w życiu widział mało trupów. Trupy nieposłusznych poddanych, trupy poległych w boju, trupy zabitych na weselu... Te jednak były inne, zachowywały się... dość nieprzywidywanie.
Tak, Roose Bolton musiał przyznać, że armia martwych ludzi i zwierząt która zalała pole walki, na którym jego zidiociały syn próbował pokonać Stannisa Baratheona to było coś, co go zaskoczyło. Aż sięgnął po kolejną miseczkę ze śliwkami.
Zmarli poruszali się, jak na swój stan, zaskakująco sprawnie i niedługo dotarli do jego obozowiska. Patrzył jak ludzie wokół niego ginęli, a urwany w pół kobiecy krzyk sugerował, że znów został wdowcem, on jednak wciąż stał. Morze nieboszczyków jakby go omijało.
W końcu podjechał do niego. Nie był trupem. Był istotą o wiele starszą, mlecznobiałą i niebieskooką. Roose poczuł jednak, że łączy go z nim jakaś więź. Przypomniał sobie staruchę, która była niańką dzieci Neda Starka i jej opowieści o dowódcy Nocnej Straży - Nocnym Królu, który spłodził dzieci z białą kobietą. Niańki Boltonów też znały tę opowieść, ale w niej jego ród wywodził się właśnie od tych dzieci. Teraz zrozumiał, że to była prawda.
Nie umarł, ani nie zmienił się w Innego. Po prostu poczuł, że jest na swoim miejscu. Armia umarłych wracała za Mur. Poszedł z nimi.
ROOSE BOLTON
Moderator: Nocna Straż
Wróć do „Westeroski turniej na śmierć i życie!”
Kto jest online
Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości
