Chodzi mi konkretnie o Wozaków i Issarów – choć na świeżo mam tych pierwszych więc więcej o nich.
W „Kole o ośmiu szprychach” poznajemy bliżej lud Verdanno i rodzinę And’ewersa, która jest także zastępczą rodziną Kailean. Już z wcześniejszych opowiadań dowiadujemy się, że ze względu na przymierze z Laal – swoją boginią, Wozacy nie dosiadają koni, choć używają ich na inne sposoby, hodują i nie mają nawet większego problemu z tym, że jeżdżą na nich inne nacje. Ba, Kailean, jako przybrana córka, może dosiadać konia i nawet dostała Toryna od And’ewersa. Natomiast gdyby na coś takiego poważył się któryś z rodzonych synów – to skutkiem byłoby natychmiastowe i nieodwołane zerwanie więzów z rodziną i narodem. Przynajmniej w teorii. Ten konflikt służy jako źródło dramatyzmu co najmniej dwa razy – we wspomnianym opowiadaniu, kiedy najstarszy syn najpierw zarzuca młodszemu, że jest gotowy na taką „zdradę” a w końcu sam ją popełnia, ścigając morderców matki. Potem, w skali całego narodu, wracamy do tego w „Niebie ze stali” – kiedy Wozacy decydują się przyjąć swoje utracone dzieci mimo złamania przez nie Przysięgi.
Issarowie ze swoim zakazem pokazywania twarzy są jeszcze bardziej okrutni. Tu już nie ma wykluczenia tylko śmierć lub konieczność popełnienia morderstwa, a nawet domniemana utrata duszy.
Chodzi mi o to, że te zwyczaje są dość dziwne i raczej niewygodne w stosowaniu, a jednocześnie traktowane są śmiertelnie poważnie. Konflikt między nimi, a innymi wartościami, takimi jak rodzina czy życie ukochanej buduje dramatyzm znacznej części meekhańskiej sagi.
Mam zatem takie pytanie czy Was to rusza? Czy potraficie odczuwać empatię wobec bohaterów, czy po prostu przyjmujecie na wiarę, że mają poważny problem?
Majkosz na ostatnich DF opowiadał, jak Martin np. wykorzystuje klasyczny trójkąt z romansów rycerskich opisując Roberta-Cersei- Jaimego, dodając do niego jednak wątek kazirodztwa, który sprawia że romans kochanków rzeczywiście uważamy za zakazany. Sama bowiem kwestia lojalności wasala wobec seniora i wierności rycerskiemu kodeksowi, nie budzi w nas takich emocji jak w ludziach średniowiecza.
Tymczasem mam wrażenie (może mylne? ) że Wegner zostawia nas z tymi z tymi w gruncie rzeczy wymyślonymi problemami i każe w nie wierzyć.
Wierzycie?








