Mój Łotrowy fanfic - "Stardust".

Podforum dla Star Wars fanów to jest.

Moderator: Nocna Straż

LuckyLolitka
Poziom 10
Awatar użytkownika
Rejestracja: 17 sie 2014, o 16:53

Mój Łotrowy fanfic - "Stardust".

Postautor: LuckyLolitka » 31 sty 2017, o 13:29

GWIAZDECZKA

- 2583 CB, czekasz na specjalne zaproszenie? Proszę, nie krępuj się.

Galen Erso splunął krwią napływającą mu do ust, tuż po tym jak jeden ze szturmowców Śmierci uderzył go na subtelnie wyrażony rozkaz Dyrektora.
Z całej siły.

Mężczyźnie aż zadzwoniło w uszach i zmuszony był paść na kolana, prosto w formującą się z wolna kałużę.
Galen poczuł jak zaczynają go piec wstrzymywane pod powiekami łzy.

Nie zobaczy ich. Nie dam gnojkowi tej satysfakcji. Nigdy w życiu. Nawet jeśli niewiele mi go zostało... - pomyślał.

Deszcz również przybierał na sile. Krople siekły niepowstrzymanie.
Zdawało się jakby cała Eadu płakała razem z nim.

- Moja Gwiazdeczka...Jyn...Wszystko co robiłem, zrobiłem dla niej.

Vader, pozornie chłodno przyglądał się z boku całej scenie.
Nikt nie zwrócił uwagi na jego durastalowe dłonie, mimowolnie zaciskające się w pięści.
Mrocznemu Lordowi nie podobało się to co widział i czego był świadkiem. Czuł jak ta sytuacja potęguje jego gniew, boleśnie szarpiąc mu nerwy.

Za to Dyrektor...chyba był innego zdania.
Usatysfakcjonowany przyłapaniem "szczura" w imperialnych szeregach, - choć tylko częściowo - Krennic pochylił się nonszalancko nad leżącym naukowcem.

- Nie chcę cię zmartwić, ale ta twoja...jak jej tam...- parsknął - a, "Gwiazdeczka", zaraz zginie. I nie pozostanie po niej nawet pyłek. Rozumiesz to? - oblizał usta.
- Tak właśnie kończą wszyscy zdrajcy, ci, którzy mi się sprzeciwiają.

Zachichotał szyderczo, aż do przesady rozciągając wargi w pełnym samozadowolenia uśmieszku.
- Ona nie ma żadnych szans. ŻADNYCH.
I obaj dobrze o tym wiemy.

Dyrektor Krennic wyprostował się, powoli i z godnością cedząc słowa przez zaciśnięte zęby.
- Lordzie Vader. Wiesz co należy robić.

Ale gdy się odwrócił, zorientował się że obok nie było już nikogo.


***
Zdrajczyni.
Jeszcze jedna.
Wszyscy zdrajcy są tacy sami.
Każdy bez wyjątku.
Każdy chce zagrozić dobru Imperium.
Każdy chce śmierci Palpatine...
...
I mojej.
- dodał w myślach już ciszej.

Spojrzał na swoją dłoń w czarnej rękawicy.
Zacisnął pięść jeszcze mocniej, by nie widzieć tego jak trzęsą mu się palce.

Dobrze że mój mistrz tego nie widzi.

Nagle przypomniał sobie jego sithañskie nauki z czasów Ryloth.

"Gardzę wszelkimi przejawami słabości, lordzie Vader. A nostalgia i sentymentalizm są największymi z nich.
My, Sithowie, depczemy je."

Zapamiętał błysk żywego ognia tańczący w oczach starca, gdy ten badawczo przyglądał się jego twarzy.

Masce. Nie mam już prawdziwej, ludzkiej twarzy.

Nie miał już twarzy.

"Nie zniosę ludzi słabych w moim otoczeniu. Czy to jest dla ciebie jasne, lordzie Vader?"

Zamknął oczy, i zacisnął powieki tak mocno jakby poraziło go same wspomnienie tych słów.

***

Część II
ŁOTRY


***

Wiedziałem od początku! - zagrzmiał Bodhi, enty raz od kiedy się poznali.
Festyjczyka czasem zastanawiało, co go podkusiło, by zabierać ze sobą tę niereformowalną marudę.
Jakby służba w imperialnym lotnictwie nie włączała w każdym rebelianckim umyśle czegoś na kształt ostrzegawczej migawki czerwonego alarmu. Sama przez się.

- O czym? Że jesteśmy skazani na porażkę?

Gdy wydął wargi, brwi sobie tylko znanym sposobem uciekły w górę czoła.

- Człowieku...a kto nie wiedział. Każdy z nas zna cenę jaką być może przyjdzie mu zapłacić.

- Na grobie Jyn też tak beznamiętnie będziesz prawił?

Gdyby nie błyskawiczna reakcja droida, który złapał swego szefa za kurtkę, możliwe że Bodhi straciłby przednie zęby.
Żeby tylko.

Kapitan pogroził drugiemu pilotowi palcem wskazującym.

- Wyleć z tym jeszcze raz, imperialny kmiocie, i masz w ryj. Nie żartuję.

Zaczepiony udawał że zasłania się w obronnym geście.

- Na księżyce Bogana...Koleś, weź wyluzuj.

Zasłaniając ręką policzek, żeby frustrat nie słyszał, syknął do maszyny.

- Co on taki wyrywny?

Droid obojętnie wzruszył mechanicznymi ramionami.

- Ten typ już tak ma. Z natury.
I nie mówią mi tego algorytmy. - westchnął z udawanym zrozumieniem.

- A co?

- Lata praktyki.


Tymczasem brunet wciąż nawijał, nie zwracając uwagi na to że właściwie zabrakło mu słuchaczy i mówi raczej do siebie.

- 3 Eskadry i 5 Brygad. KUR...! Musieli wysłać aż tyle?

Były członek Akademii przewrócił oczami.

- Cassian, naprawdę. Weź się w garść. Dziewczyna jest już martwa. Też mi jej żal, nawet nie wyobrażasz sobie jak bardzo, ale to jest wojna.

- Japa. Nie mogę się skupić.

- Popieram.

- Nie pomagasz mi, Puszko.

- Wiedziała o co toczy się gra. Ty też.

- Popieram po raz drugi!

- Możesz chociaż ty przymknąć tę blaszaną mordę?

- Kiedy ja tylko nakreślam, proszę pana, realistyczny obraz sytuacji!

- No i hu*, doigrałeś się. Po powrocie z tej wycieczki przerobię Cię na średniej klasy toster.

Teraz nawet KS20 poczuł się zobligowany do nerwowego zagruchotania podzespołami, zanim znów podjął drażliwy temat. Starał się przy tym odezwać możliwie jak najdelikatniejszym tonem.

- Panie Cassian, przecież nie ma sensu się złościć. On ma rację. - westchnął, zaskakująco naturalnie jak na droida.

- Nasza mała Jyn zginie, prawda?

Tym razem kapitan nie odpowiedział nic. Za bardzo zajęty był miażdżeniem obu własnych skroni. Naciskał je palcami tak silnie, aż nie zaczęły go boleć.

K2S0 nie rezygnował łatwo.

- Musiałby stać się cud żeby przetrwała podobne piekło. Szanse wynoszą 1 do 2400...
- Skończysz z tymi pieprzonymi wyliczankami albo przysięgam że wyrwę Ci ten przemądrzały procesor!

Urażony robot wzniósł ręce ku niebu w teatralnym geście.

- Słowo daję, ja tego kiedyś nie wytrzymam algorytmowo, tego całego..na-napięcia tu panującego!

Ze złości kopnął w stojący nieopodal kosz na odpadki, z którego wysypało się co nieco.

- Ile razy wam mówiłem, nadprogramowe śmieci się wy-no-si. Czy wy, istoty ludzkie, musicie wiecznie tworzyć wokół siebie SYF ELEMENTARNY?!

Kiedy nie doczekał się żadnego odzewu, uznał że czas na drzemkę.
- Pozwolicie że się wyłączę. Oczywiście, pozwalać mi nie musicie ale i tak zrobię jak chcę.

Z tym pożegnaniem faktycznie się wyłączył.

Bodhi klasnął w ręce.
- Ku..a, nareszcie. Już myślałem że z nim coś jest nie ten tego i nie może tego robić tak jak inne, normalne droidy.

- Czego?
- Wyłączać się.
- Mógłbyś wziąć z niego przykład.
- Tobie by się bardziej przydało. Za bardzo się tym przejmujesz.
- Może. Ale tak się składa że mam ważny powód.

- Wiem, brachu. Ale nie wszystko jeszcze stracone. Pamiętaj że walczymy o coś cholernie ważnego. Jyn...zwłaszcza dla niej. I dopóki jest nadzieja...

Cassian nie mógł powstrzymać lekkiego parsknięcia.
- Tak. Nadzieja. Już to gdzieś słyszałem. Gdy mam lepszy dzień...
- No?
- Wtedy jak ostatni naiwniak modlę się, byśmy dostali od niej coś więcej niż tylko solidny kop w dupcię...

***

Część III

WIZJE Z PRZESZŁOŚCI

***

Znalazł ją bez trudu. A właściwie wyczuł w Mocy, na długo przedtem zanim ją zobaczył...tak wiele emanowało z niej Światła.
Niemal go oślepiało.

Córka Galena Erso. To musi być ona.
Ciemne oczy, ciemne włosy.
Podobna do...


Zabrakło mu tchu nawet do tego by dokończyć tę myśl.
Nieoczekiwanie dla samego siebie, ucieszył się że nosi maskę, i nikt nie może odczytać żadnych uczuć malujących się na jego obliczu. A także tego iż jeszcze jeden szczegół przykuł wzrok Mrocznego Lorda.

Kryształ kyber wiszący na szyi dziewczyny jaśniał w ciemnościach, niczym zabłąkana latarnia morska na brzegu zdradliwego morza.
Przedmiot ten, choć również przywoływał przygnębiające wspomnienia, był niczym w porównaniu z nią...

Obecność Jyn, wewnętrzne Światło tej istoty ludzkiej, parzyła go tak silnie że natychmiast zwielokrotniła jego pragnienie zniszczenia jej.
Odebrania życia.
Zgaszenia Światła, dobrej energii - którego była skupiskiem.

Jeden ruch ręką i jesteś wolny.
Będzie po wszystkim.
Ten ból się wreszcie skończy, obiecuję.


Zawsze to sobie powtarzał.
Nawet wiecej...

Święcie wierzył w te przeklęte zaklęcie.
Za każdym razem gdy posłuszny swemu mistrzowi gasił czyiś płomień życia.

Zduś Światło w zarodku, a nie zdoła Cię oparzyć. Nigdy więcej nie zdoła Cię już skrzywdzić. Nie spłoniesz w nim po raz drugi.

Zapewnienia Lorda Sidiousa brzmiały tak szczerze, tak wiarygodnie...Były jak upojna melodia.

A jednak okazało się, że magiczne zaklęcie nie działa. Przynajmniej nie w jego przypadku.
Vader nieraz dziwił się, dlaczego tak jest.

Jak to możliwe...Czyżbym robił coś źle?

Palpatine rzucał na to zwykle jednym ze swych półuśmieszków i cierpliwie przekonywał że na efekty trzeba poczekać.
Że nadejdzie dzień gdy przelana krew zdrajców obłaskawi Mrok i przyniesie mu ukojenie.
A przede wszystkim uśmierzy ból, zmniejszy gniew, który trawił go nieustannie od wielu lat.
Wypełni pustkę w sercu która nastała po stracie pewnych...- tutaj Sith urywał, by zaraz ponownie podjąć temat.

"Wszystkie twoje rany się kiedyś zabliżnią, mój uczniu. A sam znów staniesz się prawdziwym człowiekiem...
Takie są zalety służby Ciemnej Stronie. Kiedyś się o tym przekonasz na własnej skórze."

Dlaczego więc...

W chwilach wyjątkowo dokuczliwego zwątpienia, zaczynał podejrzewać że dawny senator z Naboo go okłamuje.
Starał się odpychać podobne przeczucia, zaraz jak tylko ośmieliły się zmaterializować w jego umyśle.

Bo z jakiego powodu Palpatine miałby to robić? Po co miałby mu kłamać?

Nie dostrzegał żadnej przyczyny.

Poza tym...

Przecież od zawsze był dla mnie dobry.
A kiedy najbardziej potrzebowałem pomocy to właśnie ten staruszek ofiarował mi wsparcie..

Był przy mnie w najczarniejszej godzinie.

Nie opuścił mnie, jak wszyscy inni.
Qui-Gon.
Matka.
Ahsoka.
Rex.
Padme.
Obi-Wan.

Moje świetliste anioły...Gdzie są teraz?


Jak przez mgłę kojarzył pojedyncze, zamazane obrazy z dawnej przeszłości.

Kiedy czując otępieńczy ból, przesłaniający każde pośledniejsze uczucie, wpatrywał się tępo w mustafariańskie niebo, czekając na upragnioną śmierć...

...Czyjaś dłoń delikatnie gładząca jego straszliwie poparzony policzek.
W pierwszej chwili był pewien że to matka wróciła z zaświatów, by zabrać go ze sobą...

A jednak nie. Tą osobą nie była Shmi.

Spodziewał się ujrzeć w oczach Palpatine coś na kształt nieskończonego wstrętu.
Znów się pomylił. Wtedy go tam nie zobaczył.

Zatroszczył się o mnie jak nikt inny.

Chociaż...

Już gdy doszedł jako tako do siebie - jeśli w ogóle można to tak określić - dumny Władca Imperium zabrał go ponownie na gorące Mustafar.

Starzec, jak zwykle po przyjacielsku kładąc mu dłoń na ramieniu, powiedział wtenczas:

"Straciłeś swój dom, lecz ja wybuduję Ci drugi.
Lepszy.
Stanie właśnie tutaj, w miejscu Twojej największej porażki..."

Dopiero gdy młodszy mężczyzna posłał mu nieme pytanie, starszy podjął się dalszych wyjaśnień.
- Chcesz wiedzieć dlaczego?
Po to byś nigdy o niej nie zapomniał.
I nie powtórzył.

Zrobił pauzę, i wystudiowanym gestem pogroził palcem.

- Bo ja, lordzie Vader, nie toleruję porażek.
Zrozumiano?

Na ścieżce Sithów błędy ucznia automatycznie przechodzą na konto mistrza.
A więc, tak się niefortunnie składa, że Twoje obrażają mnie osobiście.
Może świątobliwy Kenobi lubił robić z siebie durnia. Ale ja nie.
Dlatego pytam: Ile razy zamierzasz mnie jeszcze obrazić, chłopcze?

Vader chciał gorąco zaprzeczyć. Przyrzec, nawet na Moc w której mądrość sam już nie do końca wierzył, że nigdy więcej nie zawiedzie swego sithañskiego Mistrza.

Że nigdy nie poniesie już żadnej porażki.
I że będzie dość silny, by sprostać wszystkim oczekiwaniom.

Być może jednak zabrakło mu odwagi potrzebnej do takiego stanowczego wyznania, gdyż nie odezwał się wcale.
Zamiast tego słuchał tyrady Lorda Sidiousa pokornie i w milczeniu, przerywanym jedynie własnym mechanicznym oddechem.
Z zamyślenia wyrwał go złośliwy, ściszony chichot.
- Czy wiesz może jak zwykł nazywać Cię nieodżałowany hrabia Dooku, zanim poczciwiec poświęcił się czemuś większemu?

Ten Skywalker, mistrzu, jest tylko chłopcem. Trzęsacym się kłębkiem emocji, który sam nie wie czego chce.
Obrazą Zakonu Jedi.
Niepojęte, że Yoda wpuścił go za drzwi...
Czy my naprawdę musimy zawierzyć nas los komuś jego pokroju? - powątpiewał.

- Skywalker to jeszcze niezdecydowane dziecko, które na dodatek boi się ciemności.
Z całym szacunkiem, mój panie, ale doprawdy...Nie mam pojęcia co w nim mistrz widzi.


Wyobraź sobie że ja go wtenczas wyśmiałem! - zagrzmiał Sidious.

Ten, jak powiadasz, chłopak z Tatooine - planety o dwóch bliźniaczych słońcach, jest wyjątkowy.
I jeśli tylko zdoła poddać się trawiącej go od lat nienawiści - przekonywałem hrabiego - stanie się jednoosobową armią zdolną zniszczyć wszystko co napotka na swej drodze.
Więcej mi nie potrzeba.
Przysłuży się Sithom jak nikt inny...

A pewnego dnia, przewyższy nawet mnie.
- Czy aby na pewno to dobry pomy...-zaczął jeszcze raz rodowity Serennczyk, lecz przerwano mu bezceremonialnie.
-...zrobi co trzeba. Nie obawiaj się.

Posłał białowłosemu kompanowi szeroki, pokrzepiający uśmiech.

- Wystarczy tylko aby ktoś poprowadził go za rękę.


Imperator przerwał, pozwalając by hipnotyczny dźwięk jego aksamitnie jadowitego głosu, a także treść tego co mówił, wniknęły głęboko do podświadomości ucznia.
I zagnieżdziły się tam na dobre.

Dopiero gdy uznał, iż wściekłość Vadera na siebie samego wzrosła do niemal niebotycznych rozmiarów, przemówił znowu.

- Byłeś największą nadzieją Sithów. Moją nadzieją.

Wierzyłem że mnie nie zawiedziesz. - westchnął z żalem.
- Być może się myliłem. Być może Dooku był tym który miał rację.
Zaś ja okazałem się nikim więcej niż zaślepionym głupcem, wymieniając Lorda Tyranusa, arystokratę pełną gębą i prawdziwą torpedę protonową w Mocy na...coś czym teraz jesteś.

Byłemu Rycerzowi Jedi zdawało się że pod cienkim płaszczykiem współczucia słyszy autentyczny cień pogardy w tonie rodowitego Nabooianina.
Lecz wrażenie te trwało przez króciutki, ledwie zauważalny moment.

Musiało być złudzeniem.

Tak, niewątpliwie.

- Zrozum, drogi chłopcze. Ja Ci ufałem, wprost bezgranicznie. Wierzyłem w Ciebie.
Byłem święcie przekonany że absolutnie niktnie jest w stanie Ci zagrozić...ani tym bardziej, tak skrzywdzić.
Że to nie jest możliwe, ponieważ mam najsilniejszego z silnych.

Będąc pewnym naszego wspólnego triumfu nawet...nawet pochwaliłem się Tobą przed tym zielonym skrzatem, jak on miał?

- Yoda.
- A właśnie, właśnie.

Nagle wbił oskarżycielski wzrok w towarzyszącą mu mroczną postać w czarnej zbroi.
A Vaderowi z każdą upływającą chwilą coraz trudniej było hamować narastający gniew.

- Tymczasem Ty nadużyłeś mojego zaufania i niezachwianej wiary, którymi tak hojnie Cię obdarzyłem.
Pozwoliłeś by taki...Kenobi- Sith wymówił te imię zupełnie jakby miał zamiar splunąć - zrobił z Ciebie kalekę. I zniszczył, przemieniając w...

Imperator nie dokończył, pozwalając by odpowiedź zawisła w powietrzu, ostatecznie niewypowiedziana.

- Żałosne i takie...przykre. - stwierdził w sposób obojętny, jak gdyby rozprawiali o Corusiańskiej, sztucznie sterowanej pogodzie.

- Co napawa mnie największym smutkiem to to, że wszystkie moje piękne plany legły w gruzach.
A przecież zdarzenia miały potoczyć się zupełnie innym torem!

Sidious, wtedy po raz pierwszy krzyknął na niego z mocą:

WIDZIAŁEM, WIDZIAŁEM TO W MOICH WIZJACH!

Ciebie przy moim boku.
"Razem będziemy niezwyciężeni! Sithowie wreszcie, po tysiącletnim wygnaniu osiągną to wszystko o czym marzyli jedynie w najśmielszych snach!" - powtarzałem sobie, wyczekując z niecierpliwością dnia w którym tak się stanie...

Mistrz zacisnął pięść i podniósł na wysokość ramienia.

Chciałem Cię wszystkim pokazywać z dumą.
"Anakin Skywalker, bohater Wojen Klonów - ten, który zakończył je zwycięstwem, stoi po mojej stronie. Spójrzcie, jaki wspaniały.
JACY MY, JESTEŚMY WSPANIALI!"

Po tej przemowie spuścił wzrok i zacisnął wymownie usta.

- Planowałem nawet oficjalnie uznać Cię za syna. Być ojcem którego nigdy nie miałeś.

Niestety...
Po twojej sromotnej porażce na Mustafar, wizja przepadła.
Z moich przepięknych planów zwycięstwa i wyjścia na powierzchnię, zostały pył i zgliszcza.
Zadbałeś o to osobiście, nieprawdaż, mój uczniu?

Lord Sithów zrobił długą pauzę, podczas której jego ponury kompan uświadomił sobie coś jeszcze...
Będąc Anakinem, nagminnie zdarzało mu się przerywać wykłady mistrza Jedi w pół zdania.
Zaś jako Vader...nie przerywał swemu nowemu panu nigdy.

Pozwalał starcowi prowadzić niemal niekończące się monologi bez najmniejszego wtrętu, a odzywał się wyłącznie wtedy gdy Palpatine sam zdecydował się spytać go o zdanie.
A czynił tak niezmiernie rzadko.

- Doprowadziłeś do tego, iż zmuszony byłem wszem i wobec ogłosić śmierć twego dawnego Ja, i ukryć cię przed wszystkimi, przed całym światem, na zawsze.
Zasłoniłem twarz za tą paskudną maską, aby cię oszczędzić.
A także po to byś nie przyniósł mi wstydu.

Żeby nikt nigdy nie dowiedział się prawdy.
Prawdy o tym że ja, spadkobierca czystej idei Dartha Bane`a - pokładłem nadzieję w "Wybrańcu", który okazał się zwykłym nieudacznikiem.

Wypowiadając ostatnie słowa Sidious zasyczał, złowieszczo i okrutnie.

- Chłopcze, nawet sobie nie wyobrażasz jak głęboko mnie zraniłeś.
Mam szczerą nadzieję że to się naprawdę nigdy więcej nie powtórzy.

***
CDN.

_________

Oczywiście czekam na Wasze opinie i uwagi, nawet, albo zwłaszcza, krytyczne ;)

PS. Planuję jeszcze 2 części.
'...he's just a slave to his emotions. It's obvious...'
'Exactly. Just a slave.'

https://youtu.be/IGIoCNERAig - <3 Moje dwa kochane męże, owieczki sentymentalne.
PetSanONLY @serducho TEAM LF @kwiatuszekTEAM ANI&KYLO

This site is supported by ads and donations.
If you see this text you are blocking our ads.
Please consider a Donation to support the site.


Wróć do „Gwiezdne Wojny”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość